piątek, 4 grudnia 2009

肺炎 i zakupy przez internet

Przez ostatnie 2 tygodnie byłam chora. Ciężko. Na zapalenie płuc. Trzeba być mną, żeby pojechać do Chin, nie mieć ubezpieczenia zdrowotnego i zachorować akurat na zapalenie płuc. Ale spoko jest. Tak naprawdę chora byłam tylko przez 3 dni, teraz czuję się bardzo dobrze, nawet nie kaszlę jakoś specjalnie, nacieszyłam się tygodniowym urlopem, dużo, dużo spałam, trochę seriali oglądałam, wypoczęłam sobie.

Wizyta u lekarza wyglądała tak: poszłam, a właściwie zawieziono mnie, bo byłam zbyt słaba, by iść- byłam z sąsiadką jako opiekunką i tłumaczką, i jej tatą- kierowcą; zarejestrowałam się, poszłam do pokoju pielęgniarek (?) gdzie zrobiono wywiad, założono kartę i zmierzono mi temperaturę, 38,1 na liczniku, zlecono badania; poszłam znów do rejestracji zapłacić za badania, podstawowe badanie krwi (za mało krwi pan wziął i musiał je powtórzyć T.T kłując mnie w drugi palec) i RTG klatki piersiowej (prawie zwymiotowałam na maszynę :D), nie wiem, czemu tak od razu prześwietlenie, bez osłuchania najpierw, miałam w tym roku sporo do czynienia z RTG więc trochę niezdrowo… Z wynikami obu badań do lekarza, który pogadał z moją sąsiadką, wpisał co trzeba w książeczce, pomartwił się moimi wynikami krwi (dużo rzeczy poza granicami normy ;() o czym spojrzał na zdjęcie i orzekł, że zapalenie płuc, kazałam sobie w krzakach napisać, żeby się upewnić, czy dobrze zrozumiałam tłumaczenie Sary, 肺炎- wątpliwości nie ma. Potem chciał robić więcej badań, ale nie chciałam, chciał mnie zostawić na 2 nocki w szpitalu, też nie chciałam (ja, sama, w chińskim szpitalu?! o nie… choć sam szpital wygadał bardzo normalnie, jak i u nas, ani wypas, ani muzeum, za to wszystkie pomieszczenia opisane i po chińsku i po ang), zapytał więc, czy mam trudności z oddychaniem, przyczepił jakaś maszynę do palca- ona mierzyła natlenienie krwi (a tego u nas nie mają!), na końcu tak jakby mu się przypomniało i mnie osłuchał, w gardło zajrzał, receptę wypisał i tyle było. Powiedziałam mu co biorę, to stwierdził, że ten antybiotyk mogę brać nadal (potem się okazało, że to słaby antybiotyk i na zapalenie płuc to nie bardzo- szczegół, mam nadzieję, że jednak zadziałał).
Tydzień później byłam na kontroli, jedno płuco się prawie wyleczyło, drugie nie, dostałam tydzień zwolnienia, ale moja firma powiedziała, że musze pracować, ze tydzień to już i tak długo, ze przedszkole nie może czekać, dzieci musza mieć lekcje i koniec. Witamy w Chinach- pracuj człowiecze!
Pracuję w dwóch przedszkolach i jedno mnie zwolniło, bo do pracy nie przyszłam (dokładnie to sobie innego nauczyciela znaleźli i tyle) i jestem teraz pół bezrobotna. Z jednej strony trochę już mi się odechciało pracowania i mi tak lepiej, z drugiej, no nieco mnie martwi, że teraz zarabiam tylko połowę. Na życie starczy spokojnie, ale już na moje wielkie zakupowe plany nie bardzo.
A będąc przy zakupach: w chorobie, nie mogąc za bardzo chodzić nigdzie zajęłam się testowaniem Chinach zakupów online :D I tak w ubiegły czwartek zakupiłam dwa dyski USB (dla mnie i Krzysia) w internetowym sklepie, po dokładnym riserczu (wszystko w krzakach ma się rozumieć). 2,5” Seagate, 320 GB 200zł/sztuka :D To jedyny moment, kiedy spadek kursu dolara mnie ucieszył. (I narobił chęci na dalsze elektroniczne zakupy.) Niestety moje zarobki skurczyły się dość znacznie w przeliczeniu na złotówki.
Dyski zostały zamówione w czwartek późnym wieczorem, dostarczono je już w sobotę popołudniu. Saabisu jak się patrzy. Kurier nie mówił nic po angielsku, więc zabawnie było z nim gadać przez telefon, ale skumałam jakoś, że już jest i trzeba mu domofon otworzyć (czemu domofonem nie zadzwonił?) i 5 minut później otworzyłam paczkę, wszystko pięknie, podpisałam papierek, zapłaciłam i przystąpiłam do testowania nowej zabawki :D Jak się podłączy, to ma ikonkę dokładnie taką, jak wygląda dysk. Bardzo pocieszne.

niedziela, 25 października 2009

szybki apdejt

Chyba muszę (przynajmniej tymczasowo), zawiesić bloga, bo jak widać w tym miesiącu dobitnie, nie daję rady. Postaram się z tym wpisem z Szanghaju skończyć, ale i to mocno nie wiem. Za tydzień zaś jeziemy do Xi’anu, może więc po Xianie. Pisanie tak często i dużo zabierało zbyt dużo czasu i wysiłku, a im więcej się dzieje, tym mniej czasu na pisanie- zależność oczywista. Ale będę czasem na blipie pisać.
Więc bardzo chciałabym napisać o SH więcej, bo jest o czym, oraz o moich przemyśleniach i nastrojach po (zwłaszcza, że pól notki gotowe, ale i tej nigdy nie skończę jak i kilku innych dawno, dawno temu zaczętych), o tym jak po SH, 8ego wieczorem, był u mnie Krzyś i gadaliśmy o naszych szanghajsko-mongolskich przygodach, zdjęcia przeglądaliśmy, omiyage zajadaliśmy. O tym, że w sobotę 10ego musiałam iść do pracy (odpracowywać święta), o Tym, że przyjechała do Pekinu na 3 miesiące Magda, moja współlokatorka z Tokio (co jest bezpośrednią przyczyną zmniejszenia się ilości mojego czasu, teraz jeszcze z nią się włóczę ;D), że była u mnie, potem ja u niej, że 13ego byłyśmy razem w zakupowym raju Silk and Pearl Market, który jest ewidentnie nastawiony na turystów, (gdzie wszycy niemal mówą po angielsku i rosyjsku (!),) ale jak się umie targować (z 1800 na 50y) i zna mniej więcej realną chińską wartość kupowanych rzeczy, to można kupić sporo fajnego stafu za rozsądne pieniądze; a sprzedają tam podróbki wszystkiego, ciuchów, butów, torebek, zegarków, Gucci, Prada, D&G, LV, CK, Channel, Chloe, Miumiu, name it. Są też maskotki (yey, moje nowe słodkie Totoro kosztujące 1/10 tego z w JPN bo tu nie znają praw autorskich ;)), porcelana, herbaty, kosmetyki, biżuteria (i taka serio, i taka plastykowa) i wszystko. Kupiłam więc spodnie, koszulową sukienkę, strasznie fajną torebkę, Totoro, zegarek, rajstopy.
Chciałabym napisać o dziwnej sytuacji w pracy, again, i o tym, jak miałam wizytację szefowej na lekcjach moich (powiedzieli, żem bardzo dobra, a nim widzieli moje lekcje, to napisali maila do aisecu, żem nie dobra więc stresa miałam trochu), o służbowym lunchu, na którym jadłam pierwszy raz chińskie curry (sama nie mogę uwierzyć, że dopiero teraz spróbowałam chińskiego curry… ale już się pilnie znaków nauczyłam i pisać, i czytać, wiem więc czego w menu szukać.)
O nowo ustanowionej 16ego (a kontynuowanej przedwczoraj) tradycji nocnych ploteczek z Krzysiem, jako dodatku do naszych standartowych piątkowych obiadokolacji suto zakrapianych co rusz innym azjatyckim alkoholem (wiem już, co za syf jest w chińkich wódkach, one są robione z SORGO, dlatego tak podłe. Wczoraj sprawdziliśmy w Carrefourze dużo chińskich alków i wszystkie były z sorga, czasami z dodatkiem pszenicy, no chyba, że było to wino, to bez sorga; a jak chińskie wino, to istnieje ono tylko wytrawne i nie ma ani semi dry, ani semi sweet; nie znaleźliśmy też żadnego alku z ryżu!!!! Rozważam przestawienie się na koreańskie soju (shochuu) na dobre).
I o kolejnych zakupach, i o kolejnych, i o obiedzie, i o kolejnym. I o tym, jak nie pojechaliśmy do Xianu w tym tyg, bo pieprzeni Chińczycy.
A najbardziej zaś chciałabym napisać o tym jak z Magdą, Ksenią i Krzysiem zwiedzaliśmy 18ego Zakazane Misto (wreszcie!), że było dość fajnie, strzeliliśmy milion zdjęć, zobaczyliśmy wystawę specjalną biżuterii Cartiera, gdzie zrozumiałam znaczenie słów: „Diamenty są najlepszym przyjacielem kobiety”, bo dotyczczas biżuteria nie leżała nawet na obrzeżach moich kręgów zainteresowań. Ale to, co zapamiętam najlepiej: to że strasznie, straaaaasznie wiaaaaaało, i jak już nas przewiało solidnie to zamarzaliśmy, mimo, że niby 19 stopni było. A same pałace- owszem, ładne, ale mocno przereklamowane. Potem zwyczajowo ruszyliśmy ku zachodzącemu słońcu, czyli znaleźć jakąś brudną chińską knajpę, a w niej coś do jedzenia (i się rozmrozić; na rozgrzanie podano nam wodę w której gotuje się ryż XD, jako że nie mieli żadnych ciepłych napojów, nawet herbaty). Z dalszych planów na wieczór (party w aiesecu) musiałam zwyczajnie zrezygnować, bo już i tak byłam spóźniona, a do tego zmęczona i przemarznięta. Zwięczeniem dnia były więc lody w Maku.
Dzień wcześniej zaś, 17ego, zwiedzaliśmy najpierw muzeum Guo Moruo (początek XX wieku, pisarz, tłumacz, lekarz, historyk, politycznie zaangażowany, studiował przez 9 lat w JPN) , potem zaś Pałac Księcia Gong (Prince Gong Mansion), gdzie powitały nas nieziemskie tłumy. Odsyłam standartowo do Wiki, kto ciekaw co i gdzie, i dlaczego tam. Wieczorem zaś, po spożyciu obiadku, ruszyliśmy do mojego ulubionego Houhai, barów na jeziorem na północ od zakazanego miasta, gdzie trwała jeszcze happy hour. Popijaliśmy więc Long Island Ice Tea (20y), sycąc krew akoholem, a oczy nocnym widokiem jeziora i odbijających się w jego tafli neonów. Jednak główną atrakcją były… koty. Znaleźliśmy bar, w którym na sofach siedziały dwa koty i jednogłośnie zdecydowaliśmy, że tam właśnie zostajemy. Głaskaliśmy więc koteczki, obfotografowaliśmy wszystko w koło i słuchaliśmy… POLSKIEGO REAGGE lecącego randomowo z głośników! XD Na koniec przespacerowaliśmy się tamże po ulicy handlowej i zakupiliśmy wszyscy po T-shircie (albo i 2) turystycznym z gatunku „I love Beijing” albo z nadrukiem twarzy Mao. Ja mam czarny z obrazkiem Ściany i napisami po chińsku i ang. „I climbed The Great Wall.” Kupiłam też sobie serię 5 ślicznych papierowych wycinanek z postaciami z Opery Pekińskiej.
Zapoznałam też sąsiadkę z mojego bloku i była u mnie na ploteczkach.
I tak to ostatnio było, drogie dzieci.

niedziela, 11 października 2009

ShangHai (1) 2-3 X 2009

Lot z Pekinu do Szanghaju to 2 godziny (dojazd z mojego mieszkania na lotnisko zajmuje więcej XD); 25 minut spóźnienia; 1 zaprzyjaźniony Chińczyk.
Miesiąc temu napisałam na aiesecowej google grupie, czy ktoś nie chciałby zrobić apartament swapu. Wyszłam z założenia, że tak jak ja w święta chcę jechać do SH, tak ktoś stamtąd musi chcieć przyjechać do Beijingu i moglibyśmy się zamienić na ten tydzień mieszkaniami. Cisza. Pytanie ponowiłam. Dostałam odp. od Phila, aiesecera z SH, że on wprawdzie nie jedzie do BJ, ale też wyjeżdża zostawiając pusty pokój i jeśli chcę mogę u niego zamieszkać.
Miejscówka okazała się świetna. Mieszkanie wprawdzie bez luksusów (za to z KABINĄ PRYSZNICOWĄ!!) ale i tak spoko, jak na chińskie standardy; wyposażone w ratujący życie bezprzewodowy internet i wspaniały widok z okna na śmietankę szanghajsich wieżowców. Przede wszystkim bardzo dobrze położone, w dzielnicy Nowy Pudong (tej z najwypaśniejszymi budynkami z Shanghai Orietal Pearl, Jin Mao Tower i Shanghai Word Financial Center (zależnie jak liczyć, najwyższy budynek na świecie) na czele), przy 2 stacjach metra (linie 2,4,6), 4 przystanki metra/ autobusu od People’s Square i Nanjing Road.
Nieco samotny pierwszy wieczór spędziłam na spacerze po okolicy i podziwianiu nocnej panoramy miasta.
Drugiego dnia umówiłam się z Chińczykiem z samolotu, jako iż wyznał, że z radością oprowadziłby mnie po mieście. W zasadzie zaliczyliśmy większość punktów must see w SH, czyli JingAn Temple (i park nieopodal), YuYuan (absolutnie przepiękny), The Bund (w remoncie T.T- przygotowania do Expo2010), Nanjing Road West i East, Pepoles Square. A w między czasie zakupy i obiad w japońskiej sieciówce Cocoichibanya specjalizujące się w curry~~! Pierwsze omiyage z SH- laleczka kokeshi z YuYuan XD. A co!
Wieczorem zaś poszłam zobaczyć dość piękny pokaz sztucznych ogni (z okazji Mid-autumn day), całkiem niedaleko mieszkania, a zaraz po nim odebrałam z metra Mateusza, który przybył wieczorem z Nankinu. Razem z Zhou, współlokatorem naszego gospodarza ruszyliśmy ku nowej przygodzie, czyli zaliczyliśmy szanghajski klub, który jednak był dużym, dużym zawodem. Mało miejsca, malutki parkiet, pełno ludzi, muzyka jakiś niewyszukany pop z domieszką wszystkiego po trochu. Open bar kosztował aż 100y, drinki były beznadziejne, wybór mały, nawet nie używali soku pomarańczowego, tylko napoju. Usiedliśmy więc gdzieś na tyłach i piliśmy, bo nie bardzo było co innego robić, zjedliśmy też mooncake’i (zupełnie nie godne polecenia), by chińskiej tradycji stała się polska zadość. Potem zaś odkryliśmy VIP room, który wcale nie był dla VIPów i można było sobie tam ot tak wejść, a tam więcej miejsca do tańczenia, mniej ludzi i klimat nieco lepszy. Więc pobawiliśmy się trochę nawet, a trochę się upiliśmy, ale uczucie zawodu pozostało.

środa, 30 września 2009

Metro można też po prostu zamknąć

Otworzyli koło mnie nowe burżujskie centrum handlowe, 6 pięter, same markowe sklepy. Nie wiem, po co takie coś na przedmieściach, ale jest. Pobiegłam czym prędzej. Ważne, że supermarket tam jest równie burżujski co reszta, sprzedają tam więc trochę japońskiego stafu i ogólnie importowanego stafu z rożnych stron świata, a poza tym, jest CAŁY REGAŁ POLSKICH CIASTEK i ciasteczek firmy dr Geralt. No z 15 rodzajów. Ceny zaporowe, jak i większości importowanych produktów. Nie ma alkoholu prócz piwa (też głownie importowanego, także z Jpn, tym razem polskiego akcentu brak). Ale obok jest osobny sklep z winem tylko.
Dziś był u mnie Krzysiu znów, obczailiśmy to nowe centrum handlowe (jak się dobrze przyjrzeć to się okazuje, że jest 1,5 regału polskich ciastek), zjedliśmy obiadek w Yoshinoyi, a potem, tym razem grzeczni, piliśmy piwko i gadaliśmy sobie u mnie.
Miałam też iść z Tonym i jego znajomymi na jakieś harce w Sanlitun dziś. Ale… metro nie działa dziś od 22 do 15.30 jutro. Nie ma jak pojechać i jak wrócić… Głupi Pekin. Głupie święta.

sobota, 26 września 2009

YuanMingYuan

Stałą naszą wycieczkową ekipą (czyli ja, Krzyś, Xenia+ aparat) wybraliśmy się do ruin Old Summer Palace (YuanMingYuan), gdzie między innymi znajdował się niegdyś pałac w stylu zachodnim (a potem przyszli Francuzy i Angliki w 1860 i jak wszystko inne, to także zniszczyli. Gdziekolwiek się nie pójdzie w Pekinie, każda tabliczka ma ten sam akapit. „W .1860 r. budowla została zniszczona przez wojska angielskie i/lub francuskie. blablabla”). Było trochę ruin, wiele ogrodów, kanałów, jezioro. Bardziej wycieczka terenowa niż zwiedzanie w sumie. Był staw z rybami, na jakimś podeście przy nim, w jednym ze zbiorników „stadko” najbrzydszych rybek na świecie XD Wyglądały jak jakieś mutanty. Jedne z wyłupiastymi wielkimi oczami, inne z jakimiś naroślami, jakby im mózg z głowy wystawał. Nie doszliśmy między sobą, czy to specjalnie tak krzyżowane i hodowane dla rozrywki, czy to jakieś faktycznie chore rybki oddzielone od reszty zdrowych. Ja stawiam na to pierwsze.
Na koniec obiadek w lokalnej knajpce po drugiej stronie ruin. Średni był. Jakoś nie miałam dalej siły jechać do Wudaokou, jak to zwykle czynię.

czwartek, 24 września 2009

lecę do Szanghaju

Byłam dziś wieczorem na jakiejś aiesecowej konferencji opowiadać nowym/przyszłym aiesecerom o moich doświadczeniach jako praktykantki i o różnicach kulturowych. Poszło mi chyba mocno dobrze, co dziwne, bo zdecydowanie przemawianie do tłumów mi nie wychodzi. Nawet wygłoszenie referatu dla 10 osobowej grupy to problem (a może to wina tego, że referat jest pisany na wieczór przed i słabo przygotowany). Zdecydowanie jestem osobą do dialogu nie monologu. Byłam zupełnie nie przygotowana, prezentacje w ppt zrobiłam już na miejscu w 20 minut i gadałam co mi ślina na język przyniosła. I dobrze było. A przy okazji poznałam trochę ludzi, rozejrzałam się po kampusie (całkiem fajny był ten budynek) i zostałam nakarmiona.
Ale i tak głównym mym celem tamtejszej bytności był zakup samolotowych biletów (sama uczynić tego nie mogłam, potrzebny był mi Chińczyk). Jak już się otrząsnęłam po szoku porażki z biletami kolejowymi, zdecydowałam, że mimo wszystko nie mogę zmarnować moich jedynych być może tu wakacji i jednak jechać muszę. Rozejrzałam się za betami lotniczymi i ceny były do przyjęcia. Z podatkami i wszystkim zapłaciłam 1190 RMB w obie strony (ok. 510zł), choć dodatkowo trzeba doliczyć prawie 100 RMB na dojazdy do i z lotniska. Tylko godziny lotów mam nieciekawe.
(Jak później się zresztą okaże, jakby śledzić ceny pilniej i kupić odpowiedniego dnia, to mogłabym się zmieścić w 1050 RMB i mieć do tego lepsze godziny lotów, ale to zawsze ryzyko, bo nie wiadomo, czy ceny nie pójdą jednak w górę. No i jak się ma większą dowolność terminów to można naprawdę spoko trafić, choć nie ma takich promocji na tanie linie lotnicze w Europie)

poniedziałek, 21 września 2009

bilety na pociąg w CHRL

Wieczór dzisiejszy i wczorajszy zmarnowałam, stojąc w kolejce. Kolejce po bilety na pociąg. Zbliża się (jeden z trzech) długich weekendów w Chinach. Nastąpiło więc pospolite ruszenie. I w normalne dni z biletami na pociąg bywają problemy i wiedziałam, ze może nie być łatwo, ale to co me oczy zobaczyły przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Bilety sprzedaje się nie wcześniej niż na 10 dni przed odjazdem pociągu (poza pociągami kategorii D, wtedy 20 dni przed), sprzedaż zaczyna się punkt 19.00. Tony rzekł, byśmy byli tam o 6. Ja stwierdziłam, ze przybędę wcześniej, bo z Chińczykami to nigdy nie wiadomo. No nie wiadomo! Byłam tam tuż po 17, kolejka była już daleko poza budynek dworca, stanęłam jakieś 40m od kas… Moja kolej nadeszła ok. 20.30. Choć doskonale wiedziałam, że na upatrzone przeze mnie pociągi nie ma miejsc, bo na wyświetlaczy widniały czerwone zera, przy ich numerach. Stałam z nadzieją, ze może jakieś inne pociągi, jak nie do Nankinu, to do Szanghaju, albo Hangzhou, albo Suzhou, albo gdzieś. Wszystkie miejsca siedzące i leżące na wszystkie pociągi do całego regionu wyprzedane! Kilka miejsc stojących się ostało. Nie dziękuję, nie postoję.
Postanowiłam spróbować jeszcze raz dziś. A co tam!( Mogę pojechać drugiego dnia świąt.) Ponieważ miałam pracę, nie mogłam stanąć w kolejce odpowiednio wcześnie. Z pomocą przyszedł Krzysiu, który przybył na dworzec jeszcze przed 15 i był jednym z pierwszych. Ja dojechałam o 17, przed nami było ledwie kilka osób, za nami, kilkanaście, nic w porównaniu do wczoraj. Choć do 19 kolejka znacznie się wydłużyła i także wyszła daleko, daleko poza budynek. Stałam tak blisko, kupienie biletu wydawało się takie realne i na wyciągnięcie reki. Moja kolej była o 19.05. Tak… w 5 minut po rozpoczęciu sprzedaży nie było już nic, ani do Nankinu, ani SH. Aaaaaaa, co za popierdolone państwo. Jestem przekonana, że większość Tc biletów jest sprzedana jeszcze przed sprzedażą, załatwiana jakoś po znajomościach, zarezerwowana dla partyjnych, wykupiona przez biura podróży… Nie wiem, ale z pewnością jest z tym coś nie tak i jakeś przekręty, no bo kaman, żeby sprzedać tysiące biletów w 5 minut?
8 dni nic nie robienia w Pekinie też nie może być złe. T.T

niedziela, 20 września 2009

Badachu

Wybraliśmy się wczoraj do parku Badachu, położonego w mojej dzielnicy, słynnego z 8 buddyjskich świątyń (i zakonów) oraz 12 pięknych widoków. Park, owszem, bardzo ładny, widoczki ze wzgórz pewnie też- choć tego mogliśmy się tylko domyślać, bo powietrze było wyjątkowo fatalne i nic nie było widać. Zaliczyliśmy bodajże 6 lub 7 świątyń, wszystkie stare i potrzebujące remontu, co było pewną odmianą po budynkach pałacowych i świątyniach w centrum. W środku- wiadomo- posąg Buddy, albo posągi trzy. Do tego cała masa kiczowatych figurek, porcelanowych, pozłacanych, stoiska sprzedające kadzidła, różańce, świece (najczęściej w kształcie kwiatu lotosu). Zupełnie jak u nas na jakimś odpuście na stoisku z dewocjonaliami. Bardzo mi to psuje klimat zwiedzanych miejsc. A tutejsze kadzidła prawie nie mają zapachu!
Była tam jedna świątynia z zupełnie magicznym miejscem. Na środku jednego z dziedzińców stało drzewo obwieszone setkami, a może tysiącami czerwonych lampionów.
Z innych niespodzianek: świeżo zakupione baterie (do aparatu) okazały się rozładowane. Chiny XD
Zaś wieczorem było pożegnalne party Asi. Pojechaliśmy tam prosto z Badachu, nie zdążyliśmy nawet zjeść obiadu, bo chcieliśmy się załapać na (very) happy hour, czyli drinki przed 19.00 za 5y. Więc przybyliśmy o 18.40 Asia i Gloria już tam były, szybko wypiliśmy pierwszą kolejkę i zdążyliśmy zamówić jeszcze po dwie (trochu się krępowaliśmy zamawiać na raz po 2 drinki na osobę tak tuż przed tą 19, ale co tam, studentami jesteśmy…). Reszta towarzystwa zaczęła się schodzić. Momentalnie też zrobiło się nam weselej, zwłaszcza, że w brzuszkach pusto… Poszliśmy na chwilę znaleźć jakieś jedzenie na ulicznych standach. Padło na chiński rodzaj naleśniko- placka z kaczką i warzywami zawiniętymi w środku, który okazł się znacznie smaczniejszy niż się spodziewałam. Wieczór spędziłam bardzo uroczy, w towarzystwie najpierw Krzysia, (alkohol rozwiązuje języki, więc ploteczki były pierwsza klasa), a potem Yusuke i Tonego, i 4 kolejnych drinków w między czasie ;D
Tylko smutno, że nie będę już mieć Asi do towarzystwa. Ale przejedzie Magda, to mam nadzieję znów się będzie działo.

piątek, 18 września 2009

eins, zwei, drei polizei!

Był u mnie dziś Krzyś na ploteczkach (Asia nie dotarła, bo ma jakieś zatrucie pokarmowe T.T). Gdy go odprowadzałam na przystanek mijaliśmy ładnie umundurowanego policjanta, takiego, że zwrócił moją uwagę. Zmierzył nas wzrokiem. Gdy wracałam, minęłam go w drzwiach budynku. Obrócił się za mną, wyciągnął jakiś świstek- kopię mojego potwierdzenia zameldowania, pokazał palcem nazwisko i łamaną angielszczyzna zapytał, czy to ja. No ja- rzekłam. Okazało się, że funkcjonariusz tutaj właśnie do mnie przyszedł. Nikogo nie zastał i właśnie wracał, kiedy spostrzegł gajidzinkę… Pojechał ze mną na górę, poprosił, by mu pokazać świstek z zameldowaniem, paszport. Porównał dane, daty, podpisy, pieczątki i co tam jeszcze. Coś sobie zanotował. Rozejrzał się po mieszkaniu i zapytał ze 3 razy, czy mieszkam sama, czy aby na pewno. Podkreślił, że muszę mieszkać sama (skoro tak jest zarejestrowane,nie jako przepis odgórny), a jak już ktoś tu będzie, to też musi się na policji zameldować, jak nie, to mogą mnie deportować (wyjaśnione mi uroczym gestem ręki z gatunku „sio!”). Zapytał, czy wybieram się do Tybetu (sic!) (przynajmniej tak się domyślam, jako iż zdanie było zupełnie bez ładu i składu, słowa Tybet też nie mogłam zrozumieć, póki nie zapisał na mą próbę na kartce). Zostawił mi swój nr telefonu, poprosił o mój. Przez chwilę się wahałam, czy dawać mu, a co ma mnie kontrolować, ale w końcu stwierdziłam, że może byłby jeszcze bardziej podejrzliwy… Zostawił mi też swój nr i powiedział, że jakby coś, to mam dzwonić :) Gdzieś w między czasie zapytał, co robię w Chinach, co naturalnie było pytaniem bardzo niewygodnym, ze względu na moją do końca taką wizę, jaką mieć powinnam. Bo chwilowej konsternacji odpowiedziałam, że „Just living here, have some frinds…”, przyjął do wiadomości, ale nie wiem, czy go to usatysfakcjonowało. Ciekawe, czy to tak w ramach przedrocznicowych cyrków kontrolnych (dziś znów metro działa dziwnie, część nie działa wcale, część krócej), czy z zasady. Podobno mogę liczyć na kolejną wizytę/wizyty. Zastanawiam się, jaka będzie ich częstotliwość, wnikliwość, upierdliwość…

czwartek, 17 września 2009

ja chcę bilet!

Środa to znów Wudaokou. Samara (z mojego LC aiesecu) zaproponowała obiad razem tam, no a jak Wudaokou, to i Krzyś. Znaleźliśmy jakąś taką knajpę dalej od stacji metra, w nieco zapuszczonej uliczce, a jedzenie było naprawdę dobre, zwłaszcza moja krówka. Z pewnością tam wrócę. Wieczór był jeszcze młody, to się jeszcze do Lamamby na drinki wybraliśmy, choć nie zdążyliśmy na (very) happy hour. Plotkowaliśmy tam intensywnie, głównie przez Samarę, która jak na Chinkę zadaje (za)dużo osobistych pytań :D
Dziś zaś po pracy umówiona byłam z Tonym na obiad i kupowanie biletów. Ja coś tak od razu czułam, że to nie będzie łatwo. Więc naturalnie w kasie biletowej się nie da, bo przedsprzedaż tylko na 10 dni przed odjazdem pociągów, o 19. Choć są pociągi (kategorii D zdaje się), które kupuje się na 20/19 dni przed odjazdem, o 8 rano. Okazało się, że przez pośrednika taż nie da się kupić wcześniej, nie można też złożyć zamówienia na przód już dziś, by kupili, jak tylko będzie się dało. Na dodatek dworzec mówi inaczej, agencja inaczej. Sprzeczne info to to, co w Chinach lubię T.T Mój pociąg powrotny to Z10. Nikt nie wie, kiedy bilety będą sprzedawać, czy 10 czy 20 dni przed. Jest to jedyny pociąg, jakim mogę wracać, by dotrzeć do pracy na czas (oby). Jak nie dostanę biletu, to jestem w mega dupie. Bo oczywiście bilety na dzień wcześniej też już będą wyprzedane. Trzymajcie więc kciuki za sobotę o 8~! A tak poza tym, to muszę się jeszcze jakoś dostać do Nankinu. Co też nie będzie proste, ale powiedzmy, że mogę nie wybrzydzać z godzinami pociągów, klasą/rodzajem siedzeń. Cel: 19 w niedzielę. Oby moje czarne wizje wyprzedania wszystkich biletów w ciągu 5minut nie sprawdziły się. Nigdy nie zrozumiem tego biletowego systemu i dlaczego z tymi biletami są takie straszne kłopoty. Jest popyt, to gdzie podaż?! Nie wiedzą, jak się kasę robi? Albo niech zrobią droższe bilety, to ludzie przestaną szturmować pociągi XD A nie walka na kły i pazury.
Poza tym, to spędzam pierwszy od dawna wieczór w domu, bo wróciłam po porażce biletowej już o 21. Błogo mi. Chyba z radości obejrzę sobie ep Weeds. Straszne mam zaległości serialowe, w sumie od 2 tyg. nic nie widziałam. A tu zaraz nowe sezony wszystkich seriali startują, tyle dobra, a ja nie dam rady być na bieżąco…

wtorek, 15 września 2009

Fryzjer

Wybrałam się wczoraj po pracy na zakupy tutaj, w moim Jabłku. Zaczepił mnie jakiś koleś, mówiący trochę po ang., z pytaniem, czy nie chcę obciąć włosów……………… Duh?! No ale nalegał i nalegał, i namawiał, i namawiał… a że był słodki, to w końcu uległam. I tak miałam zamiar iść do fryzjera, ale później, jesienią, ale pomyślałam, że skoro już się trafia coś mówiącego choć odrobinę w ingliszu, to może jednak pójdę. Okazało się, że chłopiec nie jest fryzjerem (jeszcze) tylko się uczy i obcinał mnie jego nauczyciel (on mył mi włosy). Oprócz tego, że co chwilę wymyślali, co by mi tu „fajnego” zrobić (kolor, trwała i inne niezrozumiałe dla mnie), pozwoliłam się jedynie obciąć, za to zostawiłam mu wolną rękę (najpierw jak chciał krótko ciąć protestowałam, ale w końcu stwierdziłam, niech się dzieje wola nieba…). Jak pan mnie obcinał, na taką modną teraz typową chińską fryzurkę, to wyglądało pięknie, na mokrych, prostych włosach. Ale na wysuszonych… aaaaaaaaaa ja tak nie chcę! Na moich włosach przecież się nie da zrobić tego co na chińskich. W sumie to nie jest to zmiana drastyczna, ale i tak jestem niepocieszona. Jest szansa, że jak odrosną tak z 5 cm to będą jako tako wygadać, ale do tego czasu… T.T
A dzis byłam na randce z tym fryzjerem-to-be. XD Bardzo bardzo chciał bym została jego dziewczyną. Rzekłam mu, że mogę się z nim umówić na jadną randkę i zobaczymy jak wyjdzie (a założyłam, że nie wyjdzie, bo jego angielszczyzna to jednak za biedna, a ja za bardzo kocham gadać, żeby tak z niemową, haha) no ale nie znał słowa date i w końcu chcąc-nie chcąc zgodziłam się na bycie girlfriend ;D Sama randka zaś była fajna XD Poszliśmy na szaszłyki i piwo, siedzieliśmy przy stoliku, który nie widział chyba poziomicy, na metalowych taboretach, piwo piliśmy ze szklanek (tak, tu zawsze się piwo z małych szklanek pije), w które włożone były plastykowe kubeczki- taki system, by nie zmywać, ale żeby jednak ze szkła było, słuchaliśmy koreańskie muzyki z komórki (z przerwami na Michaela Jacksona). Jedzonko bardzo dobre, piwko odpowiednio schłodzone, klimat chińskiej suburbian randki poznany. Jak rzecze Aneczka, trzeba zbierać taikeny. Co czynię!

niedziela, 13 września 2009

polskie party~~!

Wczoraj był u mnie Krzysiu, pokręciliśmy się trochę po moim Pingguouan, poszliśmy na całkiem udane zakupy, kupilismy trochę ulicznego jedzenia, a jak zaczęło się późno robić ruszyliśmy do mieszkania. Plan był prosty- umeshu (którego Krzyś jeszcze nie miał okazji pić) i koreańskie soju (czyli kor. odpowiednik japońskiego shochu). Popiliśmy więc trochę, pojedliśmy. Bardzo uroczy wieczór.

Dziś zaś zwiedzaliśmy Jingshan, sztuczne wzniesienie zaraz na północ od Zakazanego Miasta, z którego rozciąga się widok na cały kompleks pałacowy. Jest też i świątynia z kolejnym posągiem Buddy, oczywiście. Ruszyliśmy ku do Beihai park. Po drodze kupiliśmy czipsy na wagę. Takie chipsy rodzaju pringles, wszystkie równiutkie i tego samego kształtu, w kilku smakach, świeże i smaczne, dużo tańsze od tych paczkowanych w sklepach. A biorąc pod uwagę ile czipsów jem… muszę znaleźć czipsy na wagę w mojej okolicy! W parku zobaczyliśmy słynną BaiTa- białą lamaistyczną dagobę (stupę) na Nefrytowej Wyspie. Z daleka faktycznie robi wrażenia, ale z bliska to w sumie nic ciekawego. Obeszliśmy jezioro, zajrzeliśmy do kilku pawilonów, Okrągłego miasta, zaliczyliśmy Ścianę Dziewięciu Smoków. Wysłuchaliśmy też koncertu zespołu grającego ludowe melodie (3 instrumenty strunowe szarpane, 2 smyczkowe, bębenek, i jeszcze coś perkusyjnego.) Grali strasznie fajnie! Trochę w stylu OSTów z tych wszystkich chińskich superprodukcji jak przyczajony tygrys czy sztylety.

Po części turystycznej nadszedł czas na kulinarno- towarzysko- rozrywkową. W mieszkaniu MC, u Asi, robiliśmy polska imprezę. Choć główną atrakcji miała być naturalnie polska wódka, zaplanowałyśmy też robienie jedzenia. Kopytka, rosół, kisiel, pierogi z owocami, smażona ryba i sałatka jarzynowa (która była moim pomysłem i za której przygotowanie byłam odpowiedzialna- a dodajmy też, że wszystkim smakowała najbardziej i licznym komplementom nie było końca; zresztą była to jedyna (prócz kisielu z proszku) potrawa, która smakowała w miarę jak polski oryginał, ciężko tu o składniki…- to tylko część z przygotowanych potraw. Impreza była na 23, ale i tak ludzie się spóźnili nieco XD Jak już trochę pojedliśmy polano wódeczkę i impreza zaczęła się rozkręcać, a z planowanych 20 osób zrobiło się prawie 30. Po udanym domowym polskim początku ruszyliśmy na miasto w tany. Wsiedliśmy więc o 1.30 do taksówek i ruszyliśmy- a gdzieżby indziej- do Sanlitun. Zaliczyliśmy 3 kluby i bar gdzie drinki za 10y-20y są w cenie regularnej, nie happy hour :D. Wracaliśmy około 5.30, wcale już nie pierwszym, metrem. Tylko skończę pisać i będę spać cały dzień!

piątek, 11 września 2009

pies!

Jadłam dziś psa!
W ogóle to grafik napięty do granic możliwości dziś. Rano praca w Pingguoyuan, po południu praca w Baishiqiao, potem wizyta w biurze Firmy, by odebrać wypłatę- zapłacili mi za cały miesiąc, te dni, kiedy nie pracowałam też. (Oczywiście po kolejnych perturbacjach, wczoraj jak się znów wkurzyłam to stwierdziłam, że miarka się przebrała i rzucam ich w cholerę. Dziś niby nic, cicho sza, jest po mojemu, ale pełno małych kwestii nadal nie rozwiązanych.)
Dalej spotkanie z Tonym. Dacie wiarę- happy hours w Wudaokou i np. Gin&Tonic (i kilka innych drinków do wyboru) za 5y (2,10zł!!!)?
A potem z aiesecerami ów pies jako zwieńczenie wieczoru. Do tego w miejscu nie byle jakim, bo restauracja była zdecydowanie najładniejsza z tych, w których dotychczas tu jadłam. Uroczy (lovely?) ogródek w chińskim stylu, z chińskimi daszkami, czerwonymi latarniami, stawem, lotosami, mostkami, etniczną muzyką częściowo na żywo, nienachalną, tańcami w regionalnych strojach. Do tańców zostaliśmy potem zaproszeni! Będąc po kilku drinkach pobiegłam w podskokach i szło mi całkiem nieźle. Świetny klimat.

Pies. Był to hotpot. Trochę szkoda, bo akurat za chińskim hotpotem nie przepadam. Ja myślałam, że ten pies to będzie na woku smażony, albo w postaci tak szalenie tu popularnych szaszłyków. No ale nie marudzę.
Pies. Smakuje prawie jak wieprzowina, a wygląd i faktura wołowiny, mięso ciemne, włókniste, dość chude. Ogólnie smaczne, ale bez szału.

Plan na dalszą przyszłość: cykady i skorpiony.

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Lato się kończy

Miałam dziś iść do pracy i spotkać tam dziewczynę z firmy, by mi przekazała książki i materiały z jakich będę uczyć w roku szkolnym w obu przedszkolach. Oczywiście dostałam rano SMSa (a tak bardzo domagałam się, by mi wysłała dokładny schedule, bym mogła sobie różne rzeczy zaplanować i się poumawiać z ludźmi) , żebym nie szła do pracy tylko przyjechała do biura. Whatever. Nie pcham się gdzie mnie nie chcą. Skoro już jechałam do miasta to umówiłam się z Tonym, the aiesecerem. Pojechaliśmy na sushi i sukiyaki do Wudaokou ^_^ Ach dobre było! Zwłaszcza sukiyaki (japoński hotpot). I chińczyk lubiący japońskie jedzenie~~! Potem zaś, już całkiem wieczorem, poszłam do Krzysia obejrzeć jego nowy pokój w innym akademiku. Całkiem spoko, choć nie powala. Za to bardzo ładna łazienka jak na chińskie standardy; w pokoju, nie wspólna na korytarzu. I jest kotarka w prysznicu, w mieszkaniach rzecz nie znana. A Sosu donosi, że u niego w Xianie też kotarkę w łazience ma. Mała rzecz a cieszy. Idąc do Krzysia kupiłam nam jeszcze jakiegoś dziwnego owoca (dragonfruit, ma fajny kształt, biały lekko słodkawy miąższ z malutkimi, czarnymi, jadalnymi pestkami) w ramach experymentowania i Tsin Tao (popularne piwo, tutejszy Żywiec).

Lato się kończy. Jak wracałam o północy było dość chłodno, pierwszy raz pomyślałam, że przydałby się żakiecik czy coś do włożenia. Ogólnie dni są nadal bardzo ciepłe, ale nie ma tych okropnych upałów (ostatni upalny dzień był tydzień temu), wreszcie czuć różnicę między dniem a nocą; wieczory i poranki są bardzo przyjemne, rześkie.

niedziela, 30 sierpnia 2009

Temple of Heaven

Na dziś zaplanowane było Zakazane Miasto. Nic z tego, plac Tiananmen zamknięty był dla ludzi, metro się nie zatrzymywało na tych przystankach i w ogóle cyrk. Wszystko to z powodu ćwiczeń parady na narodowe święto 1ego października XD. To z tego powodu tez zostały na te 2 dni skrócone godziny metra.
Udaliśmy się więc w zastępstwie do Temple of Heaven oraz parku ją otaczającego. Sama nie wiem, co bardziej warte uwagi, świątynia czy park, w którym ludzie zajmują się rozwijaniem swych zainteresowań, najczęściej muzycznych i sportowych. Mamy więc amatorską orkiestrę dętą, sekcje tradycyjnych instrumentów smyczkowych, tradycyjnych dętych drewnianych, śpiewy solo a la opera pekińska do wtóru podkładu z głośnika mono i mój faworyt- chór śpiewający chińskie pieśni (brzmiące jak „ku chwale ludowej ojczyzny”), autentycznie podobały mi się pieśni bardzo. Oczywiście hałasu przy tym co niemiara, istna kakofonia, z każdej strony świata inne nuty, ale jakoś tak budzi to radość widza/ słuchacza niż poirytowanie, nawet, jeśli często słychać pewne niedociągnięcia (choć chór był bezbłędny). Niezliczone grupki tańczących i gimnastykujących się. Jogging. Taiji. Badminton. Karty. Kaligrafia wielkim pędzlem z gąbki moczonym w wodzie na chodnikowych płytach; 波兰Bolan z dedykacją dla uroczych gaijinów :D i to w zapisie klasycznym. Sama świątynia- widoczna będzie na zdjęciach- kiedyś kiedyś, jak odkryję sposób na ich uploadowanie.
Czasu zostało nam więcej niż pierwotny plan zakładał. Ruszyliśmy więc we troje do Pingguoyuan. Zjedliśmy lunch w „mojej” stołówce. Pozrywaliśmy zdjęcia i czas było ruszać na dworzec, gdzie pociąg do Xianu już czekał.

sobota, 29 sierpnia 2009

happy cabbage 100 times!

W czwartek przyjechali moi kouhaje. Japonistyczny atak na Pekin zaczął się oczywiście od oblężenia Tiananmen, a właściwie to miejscówki pod Mao, która to została wyznaczona miejscem spotkania. Potem zaś ruszyliśmy na obiad i wróciliśmy do Krzysiowgo akademika, niezbyt pięknego. Na koniec udaliśmy się z Sosem i jego walizką bez kółka do mego apartamentu na przedmieściach, pomykając 3 liniami metra (13->2->1), gdzie pojawił się mój pierwszy językowy sukces- odczytałam obwieszczenie w krzakach o zmianach w kursowaniu metra, czyli skróceniu godzin jego funkcjonowania. Rzekłam „to nie może być prawda, powiedz, że to tylko wytwór mojej chorej wyobraźni”, w końcu jakże niby mogłam cokolwiek zrozumieć. A jednak T_T. Oczywiście zrozumiałam tylko wybiórczo i nie do końca dobrze, ale sam fakt odnotowania iż zmiany są i trza się mieć a baczności napawa mnie dumą. Zliczylimy też przejażdżkę zmotoryzowaną rikszą (dziś większość riksz jest z motorami a nie rowerami) ze stacji metra, bo już późno było i autobusy nie jeździły. Wpakowanie naszej dwójki oraz walizki do rikszy było wyczynem godnym fotki na Lords of the Logistic , drzwi na przykład nie daliśmy rady zamknąć i tylko je trzymaliśmy za taki sobie sznurek (kto wie, czy nie obecny tam właśnie na takie okazje jak pasażerowie z walizkami), żeby nie były otwarte na oścież.

Wcześniej tego samego dnia...
Jest tutaj obowiązek meldunku. Każdy mieszkający tu obcokrajowiec (choć spodziewam się, że Chińczycy też) musi się zarejestrować na komisariacie policji. Po przeprowadzce należało to zrobić jeszcze raz i na czwartek właśnie umówiłam się z firmą, że się tym zajmiemy. Zaczynam pracę o 14.20, powiedzieli mi, że przyjdą po mnie o 13. Zasugerowałam, że może by tak nieco wcześniej, by mieć zapas czasu, ale uznano to za zbędne. Oczywiście skończyło się tak, że do pracy wcale nie poszłam :D, bo policjantka nas obsługująca zażyczyła sobie, by landlord się stawił i potwierdził, że faktycznie pomieszkuję w jego mieszkaniu. (za pierwszym razem, w Liangxiang nie potrzeba było landlorda). Yey~~! No ale nie narzekam, nie napracowałam się i byłam pół godziny szybciej w domku…

Na piątek zaplanowałam nam wycieczkę do grobowców dynastii Ming i na Wielki Mur. Już wcześniej stwierdzałam, że po co się męczyć, skoro można wynaleźć jakąś firmę, która organizuje takie tripy. Jak się potem okazało, jak się dobrze pogoogluje i potarguje, to wychodzi taniej z firmą, prywatnym samochodem, wygodnie, niż samemu transportem miejskim. O zaoszczędzonym czasie i energii nawet nie wspomnę. Nam udało się za 100y od osoby, przejazd, bilety wstępu i lunch w cenie. Mogę podać namiary.

Po jakichś 2,5 godzinach snu wstaliśmy więc nieco po 5 by ruszyć do centrum (moje Pigguoyuan daleko niestety). W Wudaokou dołączyła do nas druga połowa wycieczki, czyli Asia (pl) i Yusuke (Jp)! (Krzyś ze względu na różne papierkowo-akademikowe komplikacje na uniwerku nie mógł ostatecznie jechać z nami). Mieli do nas dołączyć jeszcze jacyś ludzie, ale nie stawili się w umówionym miejscu i w sumie to mieliśmy private tour. Przewodnik był sympatyczny i prawie przyzwoicie mówił po angielsku (dało się go rozumieć zupełnie dobrze), choć Asia i Mateusz stwierdzili, że było w nim coś dziwnego.
Najpierw Grobowce Dynastii Ming; dokładnie zwiedzaliśmy grobowiec cesarza Changling. Miejsce bardzo ładne, położone wśród malowniczych pagórków na północ od Pekinu. Jednak spotkał nas wielki zawód, gdyż nie poszliśmy do „kamiennych zwierzątek” czyli Spilit Way, jedynej rzeczy, jaka mi się z tym miejscem kojarzy i gdzie zdjęcie należy mieć obowiązkowo T_T Na koniec zjedliśmy brzoskwinie z dobrym Fengshui, z których słynie okolica. (Wiadomo, jak większość rzeczy w Chinach, umiejscowienie grobowców i projekt architektoniczny są zgodne z zasadami fengshui.)

Dalej była wizyta w warsztato- galerio- sklepie z wyrobami z nefrytu, jadeitu i marmuru. Jednym z najpopularniejszych motywów, prócz koncentrycznych kul zawierających się w sobie (ach, jakże mi one ciągle z Danią się kojarzyły, pamiętacie zamek Rosenborg?), a rzeźbionych z jednego kawałka kamienia, była… kapusta pekińska! Podobno jest symbolem szczęścia. Happy cabbage!
Dalej jakiś duży sklep z różnymi chińskimi sztuczkami, ceramika (zwracał uwagę wiek niektórych pracownic, bardzo nieletnich, pętnasotoltenich może, choć jedna naprawdę wygadała jakby nie miala jeszcze dwunastu lat) nefryty, malarstwo akwarelami, wycinanki - naprawdę piękne, precyzyjnie wykonane, zdecydowanie mój faworyt, o wzorach zarówno tradycyjnych, jak i nowoczesnych, geometrycznych, interesujących graficznie, o ciekawej symetrii, pomysłowych po prostu; a także nieco motywów kiczowatych, jak chiński zodiak i znaki (z ai- miłość na czele), w których tłem był ten sam znak, powtórzony stukrotnie (co urocza pani podkreślała bardzo- „hundred times!”) w różnych stylach, ale czymże byłaby sztuka ludowa, bez odrobinki kiczu. Wzięłabym je do domu wszystkie! Jako omiyage chyba właśnie kupię sobie takie cosie prócz herbaty, bo lekkie, łatwe w transporcie, i pasujące niemal do każdego wnętrza.
W tym samym miejscu lunch. Najpierw podano nam ryżyk (a co!) i 5 dań, kurczak w jakimś cytrusowym sosie (zdecydowanie jestem na nie), wieprzowina, pyszna wołowina, jakieś fasolki (a bardzo mi smakują tutejsze dania z roślin strączkowych wszelkiego rodzaju). Na stole stała też mała, stumililitrowa buteleczka ichniego alkoholu. Spodziewam się, że tradycyjnego. Szybkie oględziny etykiety- 56% mocy. Nie mogliśmy nie spróbować! (na złą drogę sprowadziliśmy nawet towarzyszącego nam japończyka) Na smak- bimber. Po chwili doniesiono nam- zupę pomidorową (!), prawie jak nasza, tylko nieco rozwodniona, i pierożki. Swojsko. Plus hasło obiadu: „happy cabbage hundred times” i mój niepohamowany atak śmiechu (czyżbym miała aż tak słabą głowę?).

Najedzeni (przejedzeni) udaliśmy się na Ścianę, w Badaling (troche szkoda, że to w tej najbardziej obleganej przez turystów części, ale poszliśmy w LEWO- pamiętajcie, zawsze w lewo, gdzie i tak mniej ludu niż po obleganej prawiej stronie) główny punkt naszej wycieczki. Mur jest cudowny, wspaniały, wielki i co tam jeszcze chcecie (choć widok na górki i pagórki, zielone, z gdzieniegdzie widocznymi skałami piaskowca), wart każdego przebytego w upale schodka, każdej kropelki potu, każdego zdjęcia. Zdjęć zaś strzeliliśmy co niemiara, 90% z mojej komendy. Myślę, że współtowarzysze chińskiej niedoli mogą mnie mieć za niespełna rozumu z powodu tej zdjęciowej obsesji. Ale my i tak wiemy, że to jedyna słuszna droga, ne?

W drodze powrotnej przejechaliśmy jeszcze przez miasteczko olimpijskie, obejrzeliśmy główny stadion, kilka hotli i oczywiście watercube’a. Zawitaliśmy też do tamtejszego muzeo-sklepu z jedwabiem, które mnie oczarowało bardzo! Jedwab jest zajedwabisty po prostu. Muzeum jest niewielkie, na jakieś 15-20 minut zwiedzania, za to bardzo konkretne, rzeczowe i akurat, bez miliona zbędnych nudnych eksponatów, a jednak informatywne. Miła i bardzo profesjonalna pani z uśmiechem numer pięć, mówiąca zrozumiale po angielsku, pokazywała to to, to tamto, a to moczenie kokonów (pomyślałam, „chciałabym pomacać taki kokon”, a w następnej sali- tak, okony do macania) , a to wyciąganie nitek, a to rozciąganie kokonów (by zrobić z nich np. kołderkę)- którego mogliśmy sami spróbować. (zdjęcie pstryk)
Złapali mnie. Zachwalali ten jedwab tak bardzo, że zimą grzeje a latem chłodzi, że hipoalergiczny, że dzięki długim włóknom nie zbija się, nie przesuwa wewnątrz poszwy, że wytrzymały, że można prać, i w ogóle cudowny. A po muzealnej części jest sklep. Ja pragnę takiej jedwabnej kołderki i poduszeczki. Ja tam jeszcze wrócę.

Na koniec zawitaliśmy do herbaciarni, gdzie próbowaliśmy kilku herbat. Moim faworytem zdecydowanie okazał się oolong, o interesującym aromacie i lekko słodkawym posmaku (ciekawe, czy jakby kupić w supermarkecie oolonga, to tez byłby taki cudny). Dobra była też czarna o smaku lychee. Pewnie dlatego, że czarna :D. I naturalnie słodka, zupełnie nie potrzeba cukru. Tutejsze pu-erh zaś nie miało nic wspólnego z tym paskudztwem, które piłam w Pl.

Po wycieczce wybraliśmy się do parku DiTan, na piwko pod chmurką, by odetchnąć po bardzo intensywnym dniu. W parku zaś barzoej interesujący od samego parku okazali się ludzie po nim spacerujący/biegający/ klaszczący/śpiewający/ grający w gry i na instrumentach. I choć takie widoki nie są tu niczym nadzwyczajnym, bo i na placu pod moim blokiem codziennie wieczorem ludzie się w taki czy inny sposób socjalizują i/lub sportują, to jednak w parku ma to bardziej magiczną atmosferę i jest nijako na większą skalę.

Na zakończenie dnia wybraliśmy się na osławioną kaoya, czyli pieczoną kaczkę po pekińsku, bo chłopcy koniecznie chcieli. Ta była nieco lepsza od tej w Liangxiang, ale nadal nie rozumiem o co tyle szumu.

środa, 26 sierpnia 2009

poprawka po sobocie

Po udanym wyjściu sobotnim, które w założeniu było tylko wypadem do baru na kilka drinków a skończyło się na tańcach, ustaliliśmy, że trzeba wrócić w tygodniu i wybrać się do klubu z prawdziwego zdarzenia. W tygodniu- bo wstęp tańszy dla chłopców a dziewczyny free, w weekend zabawa kosztuje, a do tego tłumy ludu wszędzie. A skoro są wakacje trzeba skorzystać, nie?! Poszliśmy więc od razu w poniedziałek, co będziemy czekać.

Klub chiński wielkomiejski nie różni się wiele od wielkomiejskich angielskich czy japońskich. Klabing przez duże K. Lans, design, światła, muzyka. Odrobina piany, dużo dymu i śliczne bańki mydlane, które bardzo mnie cieszyły. Na szczęście się nie znam, ale szybko w oczy rzuca się KASA bywalców. Na stołach alkohol- często całe butelki a nie tylko drinki, talerze z owocami. Trendy ppl. Mniej obcokrajowców niż się spodziewałam, ale może dlatego, że środek tygodnia?

Na parkiecie tłumy. Przy stolikach tłumy. Poniedziałek! Nie chcę nawet wiedzieć, jak wygląda klub w sobotę (ale coś mi się zdaje, że szybko się przekonam XD).
Ponieważ przyszłam dopiero o 23.30 (a wyszłam z domu o 22 XD) ominęła mnie pierwsza klejka. Na szczęście Tony („chińczyk- clubbing- person”) tuż przed pierwszą zarządził wyjście na drinka, czyli wymarsz do pobliskiego sklepu (jest duch w narodzie!). bo klubowe drinki drogie. Zaszliśmy więc, a tam na półeczce stało sobie… no co domyślniejsi już wiedzą… UMESHU~~. I to nie to chińskie, tylko japońskie. Znaczy się made In china, ale japońską metodą, przez japoński koncern (nie Choya) z napisem w hiraganie うめしゅ, kwiatuszkami śliwy ume na etykiecie. 30y, 335ml, 15%, 30 minut. Okazuje się, że jak umeshu pyszne jest z kieliszka (lub w drinku), z lodem, powoli, tak jest to marny alkohol na picie pod sklepem. Znaczy się po pól butelki miałam trochu dość. Ja- umeshu! No ale chłopcy zdecydowali jeszcze, że pragną jakiegoś jedzenia i poszliśmy kupować chińskie nadziewane naleśniki, co dało mi więcej czasu.

Potem już tylko bawiliśmy się do rana (hitem imprezy były różnokolorowe rurki wypełnione fluorescencyjnym płynem), zmieniwszy jeszcze klub, by na dobre zakończenie nocy (lub dobre rozpoczęcie dnia), wpaść o 5 do Maka.
W domku byłam jakoś tak o 6.30 i myślałam sobie, a spoko, pracę mam na 2.20, wyśpię się. Aha… Udało mi się zdrzemnąć 2 godzinki, a potem już tylko przewracałam się z boku na bok. A przecież normalnie spanie do 11-12 nie sprawa mi problemów. No ale odpoczęłam chwilkę, pointernetowałam, zjadłam lunch i prace też przeżyłam. Od razu widać, że od czerwca nabrałam kondycji :D Dopiero wieczorem poczułam, że jednak trochę przesadziłam z tym klabingiem i tak o 20.30 po prostu mnie ścięło i poszłam spać.

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Saturday night in SanLiTun

Mija więc kolejny pekiński weekend, nic nie zwiedziłam, niczego się nie nauczyłam, ale… przynajmniej poimprezowałam. Destynacją naszą tym razem było < http://en.wikipedia.org/wiki/Sanlitun>SanLiTun. W aiesecowym gronie 10 osób ruszyliśmy na podbój dzielnicy, a ofiarą nasza padł bar shooters.

Na początku przeżyłam szok wielki, bo się okazało, że za zajęcie stolika w barze (właściwie każdym w Pekinie) się płaci. Tutaj 300-400y. Dopiero dość mocno potem okazało się, że tak owszem płaci się za stolik, ale jest to do „przepicia” czyli nijako ta opłata to minimalna ilość zamówienia, a nie kwota dodatkowa prócz drinków (kamień z serca). A drinki tanie były, 20-25 y. Ale trochę to eliminuje wieczorki w kameralnym gronie :(
Drinki maja tu jak w Jpn, słabe i bez polotu. Sączyłam więc odważnie jak za dawnych czasów, ale okazało się, że 2 drinki i piwo (tutejsze piwo też słabe, 3,5%) zupełnie mi starczyły. Są jednak zalety słabej głowy. Byłam więc pierwszą osobą na parkiecie XD Ktoś musiał przecież imprezę rozkręcić. Na szczęście mają w tym aiesecu jednego bardzo wyluzowanego Chińczyka, który dotrzymał mi kroku, a jak sam stwierdził, jest clubbing person, a reszta już ruszyła za nami. Yey?! Mamy też iść na imprezę w tygodniu, kiedy to wejście jest free.

Przypomniała mi się momentalnie Japonia. Lato nieustannej tokijskiej imprezy, do 6-7 rano po pracy, ladies nights, drinks, gdzie jako dziewczę białe byłam zawsze w centrum uwagi, zachwytów i komplementów, rzeczy w Pl mi obcej. Nie wiem, ja jakoś w Polsce nie umiem się tak bawić, 100% luzu, 100% siebie, na całego. W pl zawsze za bardzo myślę co robię, jak wygadam, obserwuję innych, raczej nie wychylam się z tłumu, no może po za j-rockowymi bibkami sempajek, ale to na zupełnie innej zasadzie, dużo śmiechu, szaleństwa i skakania, ubranka, choć to nawet nie moje klimaty.
Nawet w Anglii jakoś tak inaczej mi się bawiło. Nie wiem, od czego to zależy i pewnie już się nie dowiem.

Miałam zamiar grzecznie ostatnim metrem do domku… ależ naiwna byłam, ostatecznie wracałam taksówką, co uczyniło ten wypad drogim ponad miarę i chyba nie obejdzie się bez wypłacenia dodatkowej kasy z bankomatu, bo raczej nie dotrwam do wypłaty. Choć w sumie to zapłaciłam 80y za prawie godzinę jazdy- i blisko 30 km, cena raczej niewygórowana.

wtorek, 18 sierpnia 2009

Przeprowadzka

Przeprowadziłam się. Jestem jeszcze bardzo mało zorientowana (i mam wrażenie, że firma jest tak samo niezorientowana) co i jak, ale obawiam się, że będę tego żałować.
Samo mieszkanie jest ładne, jak na Chińskie standardy nawet bardzo ładne. Duża kawalerka- pokój z aneksem kuchennym, łazienka i jeszcze taka maluteńka tyci tyci kuchnia, tylko z kuchenką gazową, żeby można było zamknąć drzwi jak się smaży i zapach nie roznosił się po całym mieszkaniu. Lodówka, szafki, zlew itp. są w pokoju. Całość ma ok. 40 m2. dla jednej osoby to w sam raz.
Nie mam pralki!!! Chcę umrzeć.
Nie mam normalnego materaca, tylko taki z trawą czy czymś tam w środku, cienki i twardy i nie mogę spać bo mnie w żebra i biodra uwiera. Na net też musiałam poczekać 3 dni.
Mieszkam na 23, ostatnim piętrze! Nawet nie chce myśleć, co będzie jak się winda zepsuje albo nie będzie prądu (zdarza się to tutaj). No dobra, tak naprawdę to mieszkam na 20 piętrze, bo tutaj nie ma pięter 4, 13 i 14 !!! :D Zabobonni ci ludzie XD.
Wspominałam już, że nie mam pralki?! Nie mogę absolutnie tego przeżyć. A, nie ma też gdzie prania wieszać. Ani sznurków, ani nic.
Cały czas mówiłam mojemu pracodawcy, że chce mieszkać i pracować bardziej w centrum, ale nim się zdecyduję, chcę zobaczyć i mieszkanie, i nowe przedszkole, i przetestować ewentualne dojazdy. Mocno to podkreślałam. Tymczasem postawiono mnie przed faktem dokonanym, po prostu musiałam zmienić przedszkole i tyle. Strasznie mnie to wkurzyło! Takie tutaj chyba mają podeście do człowieka, jak klocek lego, który można przełożyć z jednego miejsca na drugie nie pytając o zdanie. Świadome decyzje? Zapomnij.
Niby mieszkam koło metra. Aha, tylko, że idę na stację 25 minut, mogę ewentualnie podjechać 2 przystanki autobusem, ale do autobusu też musze iść 7 minut. Można powiedzieć, że to przecież nie tragedia, ale przy takich upałach, jakie są teraz, to masakra, a od listopada, jak się zrobi zimno to już w ogóle będzie strasznie. Do przedszkola tak samo- długi spacer albo autobus, jeszcze nie byłam, to nie wiem dokładnie. Ale najdziwniejsze jest to, że mam pracować w 2 przedszkolach, w tym tutaj rano 3 godziny, w tym drugim 2 h po południu, 4 razy w tyg. Tamto jest w samym centrum-centrum i dojazdy będą mi zajmować 70-90 min w jedną stronę. Więcej jazdy niż pracy w każdym razie.

Sama okolica jest mało ciekawa. Jakieś remonty, budowy, błoto.
Niedaleko jest akademik jakiegoś koledżu/uniwerku przemysłowego czy czegoś. A naprzeciw akademika- stołówka. Ryż z sosem z warzywami można dostać już za 3 yuany. Duża parcja.
Przy metrze jest sklep „wszystko za 2 yuany” (90groszy).
W drugą stronę, odpowiednik naszych hal targowych. Na ogół to 3-6 piętrowy budynek, w którym indywidualni kupcy mają swoje boxy i sprzedają chiński szajs. Ciuchy, buty, bieliznę, akcesoria, kosmetyki, elektronikę i miliony innych made-in-china rzeczy.

Jestem zła. Chcę do mojego wygodnego życia na przedmieściach. Gdzie były owe osiedla, przemyślane, zaplanowane i zbudowane od zera, stosunkowo czyste i schludne, z zadbaną zielenią, kwiatkami, krzaczkami, żywopłotami, drzewkami. Gdzie do pracy szłam 8 minut, miałam całkowity luz i więcej się obijałam niż robiłam.

niedziela, 16 sierpnia 2009

Najpierw zaległy post z zeszłego weekendu.
Wybrałam się do Miasta. Najpierw Chinki z aiesecu zabrały mnie do punktu serwisu Nikona, żeby naprawić mój aparat, któremu się coś z obiektywem stało. W czasie, kiedy oni obczajali co jest nie tak i ile będzie mnie kosztować naprawa poszłyśmy na zakupy do jakiegoś dużego let out center. Ciuchy były tam przecenione często po 70 procent, ale i tak ciężko było znaleźć szmatkę za mniej niż 100y. Nie dziękuję?! A One się cieszyły, że Tano, no kaman, to ja wolę przecenę w naszym H&M, Newyorkerze czy gdziekolwiek, ceny lepsze mają. Ale upolowałam moją pierwsze chińskie ubranko- piękną szarą sukienko-bluzę asian style („worek style”). Jak z JPN! Potem poszłyśmy szukać obiadu, idziemy, idziemy a tam- Yoshinoya!!! Prawie się rozpłakałam. Gyuudon~~! Spożywany przeze mnie prawie codziennie w Japonii, nie jedzony od niemal 2 lat gyuudon! (na dzień dzisiejszy mam obczajoną lokalizację 5 Yoshinoi, najważniejsze zaś to, ze jednak jest na Dworcu Zachodnim, gdzie kończy bieg mój wioskowy autobus i jak jadę do centrum, to na ogół tam wysiadam. W czasie obiadu zadzwonili z serwisu, że naprawa aparatu kosztowałaby 950 yuanów (cały obiektyw trzeba wymienić), czyli ponad 400zł, to sobie nowy lepiej kupię. A aparaty i ogólnie elektronika są tu na ogół droższe niż u nas (no chyba, że chce się jakiś no name) T_T. Zastanawiam się, czy nie lepiej w Polsce kupić, taniej, wiadomo, że nie podróbka i będzie mieć gwarancję.
Z tymi smutnymi wieściami ruszyłyśmy do Houhai, absolutnie przegenialnego miejsca! W centrum Pekinu jest Zakazane Miasto, na wschodzie i północy od pałacowego kompleksu znajdują się jeziora. Kilka (a może już kilkanaście) lat temu dzielnica tak, Houhai, przekształciła się w centrum rozrywki, wąskimi uliczkami, pozostałościami hutongów, rikszami pomykającymi żwawo i masą barów wokół caluśkiego jeziora. Całości dopełniają sklepiczki z towarami wszelakimi, w tym tradycyjnego rzemiosła (targowanie się jest obowiązkowe, można nawet negocjować ceny drinków w barach XD) oraz standy z jedzeniem, po mocno zawyżonych cenach. Atmosfera cudowna, światła neonów odbijające się w tafli wody, łódeczki pływające po jeziorach, mostki, feeria kolorów, mieszanka zapachów i dźwięków (choć nie do końca podoba mi się pomysł muzyki na żywo, bo głośno i trudno się gada, a w większości barów jest jakaś piosenkarka/ piosenkarz). Niestety, gdy miejsce stało się modne ceny poszły w górę- tanio nie jest (poza happy hour wczesnym wieczorem). Ale za urok i klimat miejsca, można sobie pozwolić na drinka czy dwa po dość wygórowanych cenach.

W niedzielę zaś wybrałyśmy się już w wąskim, 4 osobowym aiesecowym gronie zwiedzać świątynię lamajską Yonghegong. Wielka i piękna. Dużo posągów buddy, w tym jeden kilkunastometrowy (18?). Właśnie jak skończyłyśmy oglądać ostatni pawilon i miałyśmy wracać zaczęło lać. Strasznie. Ściana wody. Siedziałyśmy tam ponad godzinę i czekałyśmy,by przestało, ale oczywiście nie przestało. Zdecydowałyśmy się iść, po 50 metrach byłyśmy całkowicie przemoczone. Pojechałyśmy jeszcze do Wudaokou (gdzie jest aiesecowy dom i biuro) i poszłyśmy na obiad na SUSHI~~~! :D Średnie sushi w średniej cenie.
A potem na zakupy. Mają tam taką halę ze sklepikami z koreańskim stafem, od ciuchów po kosmetyki. Jest też jeden sklep z ubrankami japońskimi, ale drogi T_T A na ulicy kupiłam sobie wreszcie 4 (nie miałam więcej kasy T_T) badziewie koszulki za 10 yuanów za sztukę (4,5zł), właśnie takie, jakie zawsze widziałam oczyma wyobraźni w Polsce i z myślą o których nie brałam tutaj wielu ubrań. Powrót do domu zajął mi 2h 45 min XD. 3 linie metra, każdą po 3 przystanki plus przejście (a między linią 13 i 2 idzie się chyba z 15 minut XD), potem z metra na dworzec zachodni (20-25 minut piechotą)- tego, że metro nie dochodzi do największego dworca na świecie (jak czytałam na Wiki) i trzeba iść tyle do dziś nie mogę pojąć. Na dworcu się trochę zgubiłam, bo część przejść (tych mi znanych) jest zamknięta wieczorem XD i strasznie się stresowałam, że nie zdążę na ostatni autobus, ale udało się nawet na przedostatni zdążyć^^ nocą droga zajęła tylko 45 minut a nie ponad godzinę.

wtorek, 11 sierpnia 2009

dzień wolny gratis

Dostałam SMSa, że dziś w przedszkolu będzie policja i mam tam nie iść, gdyż nie do końca mam taką wizę, jaką mieć powinnam. Mojemu byłemu niedoszłemu pracodawcy nie chciało się załatwiać wizowych formalności. Niby zawsze mogę mówić, że pracuję jako wolontariusz niosąc kaganek oświaty, ale i tak poczułam się jak w Japonii, gdzie co dzień kminiłam, czy aby policja do roboty nie przyjdzie i nas zgarnie.

Mam więc drugi już, nieplanowany wolny dzień (1ego sierpnia mieli w przedszkolu jakiś event i też powiedzieli, że mogę nie przychodzić). Wolałabym wiedzieć o takim wolnym z wyprzedzeniem, by sobie zaplanować jakieś zwiedzanie, a nie marnować czas na net, zakupy i spanie.
Z drugie zaś strony, jest jeszcze bardziej gorąco niż zwykle i od wczoraj świeci słońce! Niebo na dobrą sprawę ma niebieski kolor, choć nie jest to nasz lazurowy, tylko taki mocno „sprany”, tudzież przybrudzony smogiem blady błękit. Nawet chmury da się wyróżnić.
Za gorąco, by się gdzieś ruszać, a jeszcze by na mnie świeciło… Posiedzę sobie w moim klimatyzowanym pokoju. Poszukam w necie, co fajnego można zwiedzać w bardziej sprzyjających warunkach pogodowych!

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

Pierwsza wizyta w chińskim mieszkaniu, czyli babskie pogaduszki.

Dzisiaj po pracy Tina z która pracuję, zaproponowała, żebyśmy razem z innymi dziewczynami pojechały do niej do mieszkania, po drdze kupiły jedzenie na wnos i zjadły razem obiad. Przystałam na propozycje bez namysłu. Było przezabawnie, jedzenie dobre i tanie. Przez chwilę oglądałyśmy TV, (mam u siebie w mieszkaniu TV, ale jeszcze nie miałam okazji go włączyć), ale że nic nie kumałam, to Tina postanowiła włączyć jakieś DVD, żeby były ang. napisy. Wyjęła pierwza lepsza płytkę DVD, a tam Hong Kong Gigolo. A że się seksili na ekranie co 5 minut („to oni maja tu takie filmy?!?!?’- pomyślałam sobie), to miałyśmy kilka zabawnych, a kilka poważnych rozmów tematycznych. Niestety niewiele się dowiedziałam, bo ich angielski jest tak biedny, że w tej dziedzinie nie kumają zupełnie nic, nie było nawet sensu dopytywać. Na szczęście w można tutaj sporo gestami wyjaśnić, albo powołać się na aktualnie pokazywaną na ekranie scenę. Na przykład jęknięcie zachodu jednej- „Mój chłopak nigdy taki nie jest/ tak nie robi” :D przy wskazaniu na jakiś namiętny moment.
Gadałam w weekend z aiesecerami i powiedzieli, że oni tutaj to robią jak wszędzie, cenzura, godziny policyjne w akademikach, tradycyjna moralność niewielki wpływ mają na młodych ludzi, ale się o tym nie mówi.
Byłam w sobotę na zakupach z Chinkami, chciałam sobie między innymi jakiś stanik kupić, ale nie ma tu mojego rozmiaru. Jak już w końcu znalazłam coś, co mogłoby pasować, to naturalnie brzydki był. Zażartowałam do jednej- że nie chodzi tylko o rozmiar, musi być jeszcze ładny, bo nigdy nie wiadomo, czy ktoś mnie nie będzie w tym oglądać, a Chinka sucho rzuciła „nie rozumiem, co masz na myśli”. Samo zdanie raczej kumała, bo daje radę o ang. nie wiem tylko, czy nie wychwyciła aluzji, czy po prostu chciała z automatu urwać temat.
Dlatego tak strasznie się zdziwiłam, jak wyluzowane były te moje przedszkolanki. Chociaż, jak temat zszedł na prezerwatywy (tego słowa naturalnie też nie znały i by się dogadać, o czym teraz właściwie jest mowa, musiałyśmy przewinąć film do sceny, w której pojawia się ów artefakt) to Tina wyjęła całą kolekcję ze swej torebki XD i 2 dziewczyny chyba jednak nie miały z tym do czynienia, bo otworzyły i zaczęły obczajać uo co loto XD A wesoło było bardzo.
Sam film zaś powinien był być ocenzurowany, albo w ogóle zakazany, ale wszystko tu pirackie DVD, zapewne ściągnięte z netu. Z zakupem tak surowo zakazanego porno podobno tez nie ma problemu, tylko trzeba wiedzieć gdzie.
Samo mieszkanie też było całkiem spoko, spore (wygada na to, ze nie mają tutaj takich klitek jak w JPN) 2 sypialnie, living room, kuchnia, łazienka z europejskim kibelkiem; względnie czyste; sensownie urządzone. Zdziwiłam się. I zupełnie niedrogie 1100 RMB+ rachunki około RMB200, do podziału na 3. Wygląda na to, ze różnice wynajmu mieszkania na przedmieściach a w centrum są ogromne, mówiono mi, że w centrum trudno znaleźć pokój za RMB 2000, a w Liangsiang, które przecież jest nadal w Pekinie, 3-pokojowie mieszkanie to 1100, czyli jakieś 500zł

sobota, 8 sierpnia 2009

Impreza na pekińskiej prowincji

W piątek wybrałam się z dziołszkami z pracy do klubu, bo ku mojemu ogromnemu zdziwieniu okazało się, że w Liangxiang, gdzie mieszkam (około 110.000 mieszkańców), są nawet 2 kluby. Spodziewałam się totalnej porażki i klimatu imprezy w remizie, ale zapał mój był wielki i nawet fakt, że pogadać sobie nie możemy raczej (dwie dziewuszki mówią słabo po ang, a następne trzy znają tylko pojedyncze słowa i zupełnie nic nie kumają) nie mógł go ostudzić. Zostałam zaskoczona na plus, klub wyglądał spoko, całkiem fajnie urządzony, ładne mebelki, nic bardzo fancy, ale nie mają się czego wstydzić. Muzyka też była spoko, różnorodna: elektroniczna- dramy- taneczne remixy różnych kawałków (np. lambada i wszędzie teraz panujący Michael Jackson), dla szukających czegoś ambitnego raczej lipa, ale żeby skoczyć się pobawić i powygłupiać- w sam raz.( + piękny DJ.) A wygłupiałyśmy się sporo i w ogóle był taki luzik bez lansu (z naszej strony, bo część Chinek jak z okładki żurnala, zarówno glamour jak i gyaru).
Przyszłyśmy do klubu, a właściwie zostałyśmy przywiezione przez chłopaka jednej z dziewczyn, po 22, ale było jeszcze pustawo, nikt nie tańczył. Postanowiłyśmy rozkręcić imprezę, poszłyśmy na parkiet a za nami ruszyły jeszcze jakieś 2 czupiradła, trwała+tapir, tona tapety i odstawały parę zupełnie zsynchronizowanych układów tanecznych do kliku kolejnych kawałków. Ciekawe ile to ćwiczyły… Wygadały przezabawnie; bardzo były wczute. Na początku myślałam, że może to pracownice klubu zapodają kroki XD ale jednak one tak same z siebie. Tak około 23 się towarzystwo rozruszało.

Aż tu nagle o północy muzykę nieco ściszono, zapalono światła, ludzie zeszli z parkietu a na środek wyszedł jakiś wylansowany koleś, coś tam sobie pogadał do gości i zaczął śpiewać (nienajlepiej mu szło). Trwało to dobre pół godziny, z jakimś konkursem w międzyczasie i mnie prawie zmarłam ze śmiechu. To się nazywa klimat.

A dodam jeszcze, że co chwile podchodziła do mnie któraś z kelnerek, żeby mi powiedzieć „You are sooo beautiful” bardzo łamaną angielszczyzną z zachwytem w głosie. Fufufufu, nie powiem, miło mi było, zwłaszcza słysząc to od dziewczyn. Zresztą zdarza mi się to nie tylko w klubie, jak mierzę jakieś ciuchy w sklepie, albo po prostu jadę autobusem… Można się dowartościować XD
Ewidentnie nie jest to klub, do którego zagadają biali.

wtorek, 4 sierpnia 2009

Kici kici?

Wiecie, jestem tu już od ponad tygodnia, ale jakoś nigdzie nie widziałam ani jednego kota!
Tak, mnie też w pierwszej chwili, gdy to sobie uświadomiłam, do głowy napłynęła myśl- "wszystkie koty zjedzone".
Widuję ludzi z psami, więc to nie to, że się nie trzyma zwierząt w domach. Hmm, może na moim wielkim blokowisku dzikich kotów nie ma, a domowych po prostu się nie wypuszcza na dwór, tylko trzyma zawsze w mieszkaniach, tak jak i u nas? I dlatego ich nigdzie nie widać? W końcu kot to nie pies, nie weźmiesz go na smycz i na spacer.
Ale tak bym sobie pogłaskała jakiegoś nekochana.

niedziela, 2 sierpnia 2009

Tam gdzie słońce nie dochodzi.

Rozmawiałam ze Stevenem (ang. imię Chińczyka z aiesecu, który załatwił ten staż) dziś. W sumie miły i wydaje się skory do pomocy, tylko jak wszyscy- na wakacjach, nie w Beijinie.
Istnieje szansa, że od września jednak będę pracować w centrum bardziej. Ale po moich dotychczasowych kontaktach z Chińczykami nie nastawiam się na to wcale. W każdym razie jest mała nadzieja, że nie umrę tu z nudy i samotności.

Jak dotychczas nie wiedziałam tutaj (i jak byłam w centrum też) ani jednego białego człowieka (czarnego też) XD

Ciekawostka na dziś: światło na klatce schodowej jest na „fotokomórkę”, foto w cudzysłowie ponieważ światło się zapala na dźwięk, więc co piętro trzeba tupnąć :D

Pekin to miejsce, w którym słońce prawie nigdy nie świeci. Raj dla mnie, pomyśleć można. Do momentu, gdy się załapie, że to co zakrywa słońce to nie chmury, tylko osławiony smog. Przynajmniej tak zgaduję. Bo słońce jest w sumie lekko widoczne, prześwituje przez „chmury” i grzeje, ale światło nie dociera, a drzewa i budynki nie mają cienia. Nie ma też ani skrawka błękitnego nieba- cały czas szarobiałe, tylko przy słońcu widać lekki zarys chmur. Dalsze budowle wydają się spowita mgłą. Opaliłam się przez to T_T, bo słońca może nie widać, ale jednak jakieś promieniowanie dociera. Na szczęście nie mocno, bo to jednak nie to samo co „czyste” słonce.

A wieczorem… A wieczorem miasto przechodzi metamorfozę. Waaaaa. Raczej puste za dnia uliczki wypełniają się ludźmi, robi się gwarno, słuchać muzykę wszelkiego rodzaju, od tradycyjnej po pop, ale raczej w chińskim wydaniu (dziś słyszałam w supermarkecie chińską przeróbkę Ozone). Zapalają się neony. Na placu przy głównym skrzyżowaniu ludzie TAŃCZĄ. Są dwie grupy, jedna (same kobiety) tańczy coś w rodzaju aerobiku połączonego z tańcem, powtarzając ruchy za energiczną kobietą na przedzie. Druga grupka na placu obok, to pary, głównie starsze, zarówno mieszane jak i kobieta z kobietą, tańczą tańce towarzyskie 
Nad nimi rozciągnięte są sznury lampek, czerwonych i fioletowych, klimat nieziemski.

piątek, 31 lipca 2009

Ja chcę internet!

Nadal nie mam Internetu T_T Zabija mnie to. Wszyscy wiemy, że jestem uzależniona od netu, ale tutaj to jednak sprawa życia lub śmierci. Tak naprawdę, nie wiem nawet, gdzie mieszkam. Nie mam mapy papierowej, bo spodziewałam się mieć google maps (albo raczej baidu, chiński odp. googli, jeśli chodzi o mapy Chin, dokładniejszy od googli). Nie mam jak sprawić komunikacji miejskiej. Wprawdzie stąd mam tylko jeden autobus do miasta, więc nie ma co kminić, ale jak już pisałam wcześniej, trzeba się przesiadać dużo, by gdzieś dojechać, bez dokładnej wiedzy co i jak- zapomnij. Na ulicy też o drogę nie spytam, bo nie mówią tu po ang. wcale. Są jeszcze jakieś małe lokalne autobusy, jeżdżące po dzielnicy, też nie mam jak sprawdzić, a mapek brak.
Nie mam też słownika, bo naturalnie korzystam z internetowego. Nie mam jak się kontaktować w aiesecerami. Bez netu nie da się tu żyć.
Był u mnie jakiś koleś od netu, oczywiście nie kuma po ang, choć i tak nie zle, bo znał z 10 słów, naprawdę zawyża poziom. Kminił długo, dzwonili do firmy internetowej namiętnie, ale nic nie wskórał. Chciał mi się wytłumaczyć, ale ja mu tylko ting bu dong (nie rozumiem) mogłam, więc potem mieliśmy sesję tłumaczeniową przez telefon z opiekującą się mną Chinką. Wiem tylko tyle, że jutro ma przyjść znów i mam dostać nowe hasło do netu (bo ogólne net jest i kabel działa, ale mi wywala komunikat, że ma zły login i/lub hasło, nikt nie wie dlaczego). Zapytałam więc, czy jest tu jakaś kafejka internetowa, ona zapytała kolesia, bo nie wiedziała, a on powiedział, że jest i że ze mną pojedzie, pokaże i przywiezie XD Więc pojechaliśmy autobusem, 5 przystanków (tak naprawdę to nie tak daleko, ale autobus jedzie trochę na około), pointernetowałam, przy okazji zaliczyłam McDonalds, lody były doskonałe, jak u nas; okazało się niestety, że cheesburgery nie wszędzie smakują tak samo. To znaczy ten był oczywiście bardzo podobny w smaku, ale nie taki sam, był jakiś taki suchy, miał tylko 1 plasterek ogórka i nie miał cebulki.
Mój towarzysz zaś przyjechał rowerem (!) i zawiózł mnie na bagażniku do domu :D :D :D Nie wiem, czy jeżdżenie na bagażniku nie liczy się tutaj za randkę XD

środa, 29 lipca 2009

^o^

Internet ma być jutro.

Byłam dziś w centrum Pekinu^^ Miałam tam szkolenie i podpisywałam kontrakt.
Jechałam najpierw do centrum 50 min autobusem (choć niby powinien jechać 35, co się nigdy nie zdarza, jak mi powiedziano). Potem po centrum autobusem 2 przystanki, metrem 5 pryst., znów autobusem 3 przyst.(choć można też pojechać jednym, ale jedzie się o wiele dłużej.) Tutaj nie da się tylko jednym autobusem/metrem pojechać, gdziekolwiek chce się jechać, trzeba się przesiadać, autobusy jeżdżą jedynie do 21-22, rzadko później, metro do ok. 23 (choć nie wiem, jak wszystkie linie). Za to kursują często, są tanie, zwłaszcza jak się używa karty do elektronicznego czytnika, (choć jak się trzeba tyle przesiadać, to już nie jest tak tanio), w większości autobusów jest naprawdę wydajna klima, więc przyjemnie chłodno. Nie wiem, czy jest to źle pomyślane i rozplanowane, czy taka specyfika miasta, że nie da się lepiej, ale chyba to pierwsze. Nawet metro takie dziwnie rozplanowane się wydaje, mało stacji przesiadkowych. Na przystankach nie ma ani mapek trasy konkretnego autobusu, ani schematu komunikacji, choćby tylko dzielnicy. Nic. Jest za to pinyin, a niekiedy napisy po ang.

Jak już wszystko pozałatwiałam, to postanowiłam się przejść po mieście. Nie odchodziłam daleko od przystanku mojego autobusu, żeby się nie zgubić, ale wystarczyło, by złapać klimat. Kupiłam też jakieś ichnie jedzenie z ulicznych standów- dwa małe szaszłyczki, a potem miejscową odmianę dużego naleśnika z warzywami (świeże i piklowane) i sosem. Dość ostre, ale po tajskiej kuchni nie zrobiło większego wrażenia :D Pogadałam też nieco stafu sprzedawanego prosto z płachty na ziemi, torebki, portfele, skarpetki, ubrania. Gotowana kukurydza, owoce na patyku (arbuz, mango)- popularna orzeźwiająca w upale przekąska, czyli plasterek owocu nadziany na patyk jak od szaszłyka.

W drodze powrotnej, jak już wysiadłam z autobusu, zaczepiła mnie sympatyczna Chinka, która chce wymieniać naukę ang za chiński, podobno sama jest nauczycielką chińskiego, po ang też jako tako daje radę. Chyba skorzystam.

Jutro pierwsze lekcje ze skośnymi dziećmi XD.

the first day

No więc jestem w Chinach. Na razie wszystko wygląda spoko.
Mieszkam na zadupiu, w znaczeniu: daleko od centrum, ale na wielkim blokowisku, nie daleko sklepy, knajpki, bank, przystanki autobusowe itp. Nieco dalej, 3-6 przystanków autobusem jest większa dzielnica handlowa, ze sklepikami, butikami i dużym supermarketem. Jest też McDonalds i KFC. Jeszcze nie korzystałam.
Mieszkanie jest ok. Duuuuże! (spokojnie mogę zmieścić gości, nawet 6-8 osób, bo są dwa duże łóżka, sofa, materac, więc zapraszam serdecznie! :* ) 2 sypialnie, livingroom, kuchnia, łazienka, przeszklony taras, spiżarnio-balkon (?) w kuchni. Tylko dosyć zapuszczone, lokatorzy pomiszkujący tu tymczasowo, po kilka miesięcy ewidentne nie dbali o to, co nie ich, widać też, że nie malowane, od kiedy zbudowano (blok typu „nowe budownictwo” na oko dałabym mu z 15 lat, kiepska jakość wykończenia.). Nie spocznę, póki nie wyszoruję wszystkiego czymś domestosopodobnym. Pralka niestety typu japońskiego, czyli ulepszona Frania; tylko zimna woda. Moje ubrania będą wiecznie niedoprane 
Jest klima, nie ma ogrzewania! (Znaczy się można zimą klime na tryb ogrzewanie włączyć, ale z tego co słyszałam, to marne rozwązanie i bardzo drogie, a choć mieszkanie Am za darmo, to rachunki płacę sama.)
W pokoju mam wieeeelką szafę typu komandor, taką, jakiej zawsze pragnęłam, by poupychać nadmiar ubranek, a teraz gdy szafę mam, to ubrań brak. To znak znaczy się musi być- by iść wdzianka nakupować! :D A ubrania mają niekiedy dość fajne, takie „korean-japan style” jakie lubię, a jakich w Polsce tylko na allegro uświadczysz. Niestety ceny zupełnie zwyczajne, więc raczej szaleństwa nie będzie.

Przyjechały po mnie na lotnisko 2 panie, sympatyczne, jedna mówiła po ang. Zabrały na obiad (nium, dobre jedzonko, dobre! ^_^), do mieszkania, pokazały przedszkole, zawiozły do banku wymienić pieniądze, na zakupy. Chiny wcale nie są tanie! T_T Wydałam dziś prawie 200 yuanów i właściwie nic nie kupiłam. Supermarket- chleb, mleko, jogurt, woda mineralna, majonez, keczup itp. - ceny jak u nas, a produkty zachodnich koncernów (nestle, knorr) nawet droższe! Najtańsze płatki śniadaniowe- 12 zł !!!!!!!!!!! Może ichsine jedzenie jest tańsze, nie miałam czasu sprawdzać. Kola jest tańsza. Kupiłam pościel (najtańsza jaka była 89 yuanów czyli ok. 40 zł- za to jest dość piękna, w domu takiej nie mam ;) mam nadzieję, że nie tylko do pierwszego prania), ręcznik 23 yuany, jakiś staf do mieszania.
Zastanawiam się, jak wyglądają sklepiczki poza supermarketem. I co dziwnego można w nich kupić.

Poza tym, jest tu trochę jak w Japonii. Pod domem rośnie drzewo kaki (persymon), słychać też cykady, w koło krzaki i więcej krzaków, neony, skośni ludzie, tłumy, mushiatsui (gorąco i parno), także nocą.

Nie wiem, kiedy przyjdzie do mnie internet.

Ciekawostka na dziś: Używają 2 rodzajów wtyczek elektrycznych jednocześnie. Jedne z trzema płaskimi ukośnie położonymi bolcami, drugie z dwoma, również płaskimi, równoległymi- do tych spokojnie można wkładać nasz polskie okrągłe wtyczki, dziurki są przysuwane to nich, mimo, że tych się tutaj akurat nie używa. Nie trzeba więc przejściówki.

wtorek, 23 czerwca 2009

invitation letter

Dostałam dziś invitation letter z mojej chińskiej firmy, sporządzony przez odpowiedni chiński urząd^^ Radość ta kosztowała mnie 59$+ 30zł prowizji za przelew; wydatek, o którym nikt mnie nie poinformował wcześniej, tylko dopiero, jak list był już gotowy. Oficjalnie więc uznaję dzień dzisiejszy dniem pierwszym mej chińskiej przygody. Choć tak naprawdę walczę ze skośnym już od 2,5 miesiąca, wcześniej zaś walczyłam z aieseciem.
Oczywiście, mimo moich wyraźnych próśb, życzeń i zażaleń nic nie jest tak, jak chciałam. Mam więc zaproszenie na jedynie 180 dni (chciałam na dłużej, by móc jeszcze podróżować), bo na tyle można dostać wizę (służbową, nie pracowniczą) bez miliona papierków, a tylko z owym letterem i potwierdzeniem zameldowania. Innych papierków, bym miała odpowiednią wizę pracowniczą nikomu nie chciało się załatwiać. Ponadto mam ten letter tylko w formie elektronicznej, (całe szczęście, że świat idzie na przód, konsulat Chin też, i takie elektroniczne są akceptowane) ale przez to mogę się ubiegać tylko o wizę "jednokrotną", (mogę wjechać na niej do Chin tylko raz, niezależnie od długości pobytu, więc żadne wycieczki do Korei lub Japonii nie są możliwe), do wielokrotnej trzeba mieć już papierowy oryginał dokumentu. Podobno da się to jakoś zmienić na miejscu, ale nie wiem, czy będę w stanie walczyć z Urzędem.