niedziela, 2 sierpnia 2009

Tam gdzie słońce nie dochodzi.

Rozmawiałam ze Stevenem (ang. imię Chińczyka z aiesecu, który załatwił ten staż) dziś. W sumie miły i wydaje się skory do pomocy, tylko jak wszyscy- na wakacjach, nie w Beijinie.
Istnieje szansa, że od września jednak będę pracować w centrum bardziej. Ale po moich dotychczasowych kontaktach z Chińczykami nie nastawiam się na to wcale. W każdym razie jest mała nadzieja, że nie umrę tu z nudy i samotności.

Jak dotychczas nie wiedziałam tutaj (i jak byłam w centrum też) ani jednego białego człowieka (czarnego też) XD

Ciekawostka na dziś: światło na klatce schodowej jest na „fotokomórkę”, foto w cudzysłowie ponieważ światło się zapala na dźwięk, więc co piętro trzeba tupnąć :D

Pekin to miejsce, w którym słońce prawie nigdy nie świeci. Raj dla mnie, pomyśleć można. Do momentu, gdy się załapie, że to co zakrywa słońce to nie chmury, tylko osławiony smog. Przynajmniej tak zgaduję. Bo słońce jest w sumie lekko widoczne, prześwituje przez „chmury” i grzeje, ale światło nie dociera, a drzewa i budynki nie mają cienia. Nie ma też ani skrawka błękitnego nieba- cały czas szarobiałe, tylko przy słońcu widać lekki zarys chmur. Dalsze budowle wydają się spowita mgłą. Opaliłam się przez to T_T, bo słońca może nie widać, ale jednak jakieś promieniowanie dociera. Na szczęście nie mocno, bo to jednak nie to samo co „czyste” słonce.

A wieczorem… A wieczorem miasto przechodzi metamorfozę. Waaaaa. Raczej puste za dnia uliczki wypełniają się ludźmi, robi się gwarno, słuchać muzykę wszelkiego rodzaju, od tradycyjnej po pop, ale raczej w chińskim wydaniu (dziś słyszałam w supermarkecie chińską przeróbkę Ozone). Zapalają się neony. Na placu przy głównym skrzyżowaniu ludzie TAŃCZĄ. Są dwie grupy, jedna (same kobiety) tańczy coś w rodzaju aerobiku połączonego z tańcem, powtarzając ruchy za energiczną kobietą na przedzie. Druga grupka na placu obok, to pary, głównie starsze, zarówno mieszane jak i kobieta z kobietą, tańczą tańce towarzyskie 
Nad nimi rozciągnięte są sznury lampek, czerwonych i fioletowych, klimat nieziemski.

5 komentarzy:

Anna pisze...

Waaa, brzmi super! Znaczy nie zasmogowane niebo, ale wieczory. Tak sobie właśnie Chiny wyobrażam, byłam ciekawa, na ile to, co w filmach, jest w rzeczywistości. Czekam na jakieś zdjęcia^__^

Unknown pisze...

Nono;) Całkiem fajnie to wszystko brzmi. Bardzo mnie rozbawił fragment o braku mapy, ale w sumie co tam- ahoj przygodo?:D

Napisz coś o lekcjach z dzieciaczkami. Miałaś już jakieś?

I popieram Anię! Zdjęcia, zdjęcia!!!

neko pisze...

Zdjęcia będą, jak odkryję, jak obejść blokadę picasy, co mam nadzieję nastąpi jutro. Ale na razie nie strzelałam wielu fotek, zupełnie się nie spisuję ;)

aneczka pisze...

Ooo, może ty mi wyjaśnisz jak to jest z tymi angielskimi imionami Chińczyków? Tak po prostu wybierasz sobie jakie ci się podoba i zaczynasz go używać? Czy trzeba to jakoś rejestrować?

Fotokomórka dobra. Ciekawe czy trudniejszy jest mechanizm wyłapujący fale dźwiękowe czy świetlne...?

Promieniowanie UV przechodzi przez chmury. Najdotkliwiej się o tym przekonuje w górach na nartach.

Takie tańce muszą wyglądać chou-genialnie... Ciekawe czy im to jakoś łatwiej przychodzi przez tą wielkowiekową tradycję grupowego tai chi w parkach...

I skanduję raz jeszcze z resztą: zdjęcia, zdjęcia! ;)

neko pisze...

Nie wiem dokładnie, jak to jest z tymi imionami, ale każdy Chińczyk mówiący po ang. ma takowe; nie sądzę, że je rejestrują. Najczęściej sobie sami wybierają, albo im nauczyciel angielskiego wybiera, przynajmniej w teorii coś odrobinę podobnego do ich chińskiego imienia, w praktyce- zupełnie niepodobne ;]

Zdjęcia będą później. Bez marudzenia.