Chyba muszę (przynajmniej tymczasowo), zawiesić bloga, bo jak widać w tym miesiącu dobitnie, nie daję rady. Postaram się z tym wpisem z Szanghaju skończyć, ale i to mocno nie wiem. Za tydzień zaś jeziemy do Xi’anu, może więc po Xianie. Pisanie tak często i dużo zabierało zbyt dużo czasu i wysiłku, a im więcej się dzieje, tym mniej czasu na pisanie- zależność oczywista. Ale będę czasem na blipie pisać.
Więc bardzo chciałabym napisać o SH więcej, bo jest o czym, oraz o moich przemyśleniach i nastrojach po (zwłaszcza, że pól notki gotowe, ale i tej nigdy nie skończę jak i kilku innych dawno, dawno temu zaczętych), o tym jak po SH, 8ego wieczorem, był u mnie Krzyś i gadaliśmy o naszych szanghajsko-mongolskich przygodach, zdjęcia przeglądaliśmy, omiyage zajadaliśmy. O tym, że w sobotę 10ego musiałam iść do pracy (odpracowywać święta), o Tym, że przyjechała do Pekinu na 3 miesiące Magda, moja współlokatorka z Tokio (co jest bezpośrednią przyczyną zmniejszenia się ilości mojego czasu, teraz jeszcze z nią się włóczę ;D), że była u mnie, potem ja u niej, że 13ego byłyśmy razem w zakupowym raju Silk and Pearl Market, który jest ewidentnie nastawiony na turystów, (gdzie wszycy niemal mówą po angielsku i rosyjsku (!),) ale jak się umie targować (z 1800 na 50y) i zna mniej więcej realną chińską wartość kupowanych rzeczy, to można kupić sporo fajnego stafu za rozsądne pieniądze; a sprzedają tam podróbki wszystkiego, ciuchów, butów, torebek, zegarków, Gucci, Prada, D&G, LV, CK, Channel, Chloe, Miumiu, name it. Są też maskotki (yey, moje nowe słodkie Totoro kosztujące 1/10 tego z w JPN bo tu nie znają praw autorskich ;)), porcelana, herbaty, kosmetyki, biżuteria (i taka serio, i taka plastykowa) i wszystko. Kupiłam więc spodnie, koszulową sukienkę, strasznie fajną torebkę, Totoro, zegarek, rajstopy.
Chciałabym napisać o dziwnej sytuacji w pracy, again, i o tym, jak miałam wizytację szefowej na lekcjach moich (powiedzieli, żem bardzo dobra, a nim widzieli moje lekcje, to napisali maila do aisecu, żem nie dobra więc stresa miałam trochu), o służbowym lunchu, na którym jadłam pierwszy raz chińskie curry (sama nie mogę uwierzyć, że dopiero teraz spróbowałam chińskiego curry… ale już się pilnie znaków nauczyłam i pisać, i czytać, wiem więc czego w menu szukać.)
O nowo ustanowionej 16ego (a kontynuowanej przedwczoraj) tradycji nocnych ploteczek z Krzysiem, jako dodatku do naszych standartowych piątkowych obiadokolacji suto zakrapianych co rusz innym azjatyckim alkoholem (wiem już, co za syf jest w chińkich wódkach, one są robione z SORGO, dlatego tak podłe. Wczoraj sprawdziliśmy w Carrefourze dużo chińskich alków i wszystkie były z sorga, czasami z dodatkiem pszenicy, no chyba, że było to wino, to bez sorga; a jak chińskie wino, to istnieje ono tylko wytrawne i nie ma ani semi dry, ani semi sweet; nie znaleźliśmy też żadnego alku z ryżu!!!! Rozważam przestawienie się na koreańskie soju (shochuu) na dobre).
I o kolejnych zakupach, i o kolejnych, i o obiedzie, i o kolejnym. I o tym, jak nie pojechaliśmy do Xianu w tym tyg, bo pieprzeni Chińczycy.
A najbardziej zaś chciałabym napisać o tym jak z Magdą, Ksenią i Krzysiem zwiedzaliśmy 18ego Zakazane Misto (wreszcie!), że było dość fajnie, strzeliliśmy milion zdjęć, zobaczyliśmy wystawę specjalną biżuterii Cartiera, gdzie zrozumiałam znaczenie słów: „Diamenty są najlepszym przyjacielem kobiety”, bo dotyczczas biżuteria nie leżała nawet na obrzeżach moich kręgów zainteresowań. Ale to, co zapamiętam najlepiej: to że strasznie, straaaaasznie wiaaaaaało, i jak już nas przewiało solidnie to zamarzaliśmy, mimo, że niby 19 stopni było. A same pałace- owszem, ładne, ale mocno przereklamowane. Potem zwyczajowo ruszyliśmy ku zachodzącemu słońcu, czyli znaleźć jakąś brudną chińską knajpę, a w niej coś do jedzenia (i się rozmrozić; na rozgrzanie podano nam wodę w której gotuje się ryż XD, jako że nie mieli żadnych ciepłych napojów, nawet herbaty). Z dalszych planów na wieczór (party w aiesecu) musiałam zwyczajnie zrezygnować, bo już i tak byłam spóźniona, a do tego zmęczona i przemarznięta. Zwięczeniem dnia były więc lody w Maku.
Dzień wcześniej zaś, 17ego, zwiedzaliśmy najpierw muzeum Guo Moruo (początek XX wieku, pisarz, tłumacz, lekarz, historyk, politycznie zaangażowany, studiował przez 9 lat w JPN) , potem zaś Pałac Księcia Gong (Prince Gong Mansion), gdzie powitały nas nieziemskie tłumy. Odsyłam standartowo do Wiki, kto ciekaw co i gdzie, i dlaczego tam. Wieczorem zaś, po spożyciu obiadku, ruszyliśmy do mojego ulubionego Houhai, barów na jeziorem na północ od zakazanego miasta, gdzie trwała jeszcze happy hour. Popijaliśmy więc Long Island Ice Tea (20y), sycąc krew akoholem, a oczy nocnym widokiem jeziora i odbijających się w jego tafli neonów. Jednak główną atrakcją były… koty. Znaleźliśmy bar, w którym na sofach siedziały dwa koty i jednogłośnie zdecydowaliśmy, że tam właśnie zostajemy. Głaskaliśmy więc koteczki, obfotografowaliśmy wszystko w koło i słuchaliśmy… POLSKIEGO REAGGE lecącego randomowo z głośników! XD Na koniec przespacerowaliśmy się tamże po ulicy handlowej i zakupiliśmy wszyscy po T-shircie (albo i 2) turystycznym z gatunku „I love Beijing” albo z nadrukiem twarzy Mao. Ja mam czarny z obrazkiem Ściany i napisami po chińsku i ang. „I climbed The Great Wall.” Kupiłam też sobie serię 5 ślicznych papierowych wycinanek z postaciami z Opery Pekińskiej.
Zapoznałam też sąsiadkę z mojego bloku i była u mnie na ploteczkach.
I tak to ostatnio było, drogie dzieci.
niedziela, 25 października 2009
niedziela, 11 października 2009
ShangHai (1) 2-3 X 2009
Lot z Pekinu do Szanghaju to 2 godziny (dojazd z mojego mieszkania na lotnisko zajmuje więcej XD); 25 minut spóźnienia; 1 zaprzyjaźniony Chińczyk.
Miesiąc temu napisałam na aiesecowej google grupie, czy ktoś nie chciałby zrobić apartament swapu. Wyszłam z założenia, że tak jak ja w święta chcę jechać do SH, tak ktoś stamtąd musi chcieć przyjechać do Beijingu i moglibyśmy się zamienić na ten tydzień mieszkaniami. Cisza. Pytanie ponowiłam. Dostałam odp. od Phila, aiesecera z SH, że on wprawdzie nie jedzie do BJ, ale też wyjeżdża zostawiając pusty pokój i jeśli chcę mogę u niego zamieszkać.
Miejscówka okazała się świetna. Mieszkanie wprawdzie bez luksusów (za to z KABINĄ PRYSZNICOWĄ!!) ale i tak spoko, jak na chińskie standardy; wyposażone w ratujący życie bezprzewodowy internet i wspaniały widok z okna na śmietankę szanghajsich wieżowców. Przede wszystkim bardzo dobrze położone, w dzielnicy Nowy Pudong (tej z najwypaśniejszymi budynkami z Shanghai Orietal Pearl, Jin Mao Tower i Shanghai Word Financial Center (zależnie jak liczyć, najwyższy budynek na świecie) na czele), przy 2 stacjach metra (linie 2,4,6), 4 przystanki metra/ autobusu od People’s Square i Nanjing Road.
Nieco samotny pierwszy wieczór spędziłam na spacerze po okolicy i podziwianiu nocnej panoramy miasta.
Drugiego dnia umówiłam się z Chińczykiem z samolotu, jako iż wyznał, że z radością oprowadziłby mnie po mieście. W zasadzie zaliczyliśmy większość punktów must see w SH, czyli JingAn Temple (i park nieopodal), YuYuan (absolutnie przepiękny), The Bund (w remoncie T.T- przygotowania do Expo2010), Nanjing Road West i East, Pepoles Square. A w między czasie zakupy i obiad w japońskiej sieciówce Cocoichibanya specjalizujące się w curry~~! Pierwsze omiyage z SH- laleczka kokeshi z YuYuan XD. A co!
Wieczorem zaś poszłam zobaczyć dość piękny pokaz sztucznych ogni (z okazji Mid-autumn day), całkiem niedaleko mieszkania, a zaraz po nim odebrałam z metra Mateusza, który przybył wieczorem z Nankinu. Razem z Zhou, współlokatorem naszego gospodarza ruszyliśmy ku nowej przygodzie, czyli zaliczyliśmy szanghajski klub, który jednak był dużym, dużym zawodem. Mało miejsca, malutki parkiet, pełno ludzi, muzyka jakiś niewyszukany pop z domieszką wszystkiego po trochu. Open bar kosztował aż 100y, drinki były beznadziejne, wybór mały, nawet nie używali soku pomarańczowego, tylko napoju. Usiedliśmy więc gdzieś na tyłach i piliśmy, bo nie bardzo było co innego robić, zjedliśmy też mooncake’i (zupełnie nie godne polecenia), by chińskiej tradycji stała się polska zadość. Potem zaś odkryliśmy VIP room, który wcale nie był dla VIPów i można było sobie tam ot tak wejść, a tam więcej miejsca do tańczenia, mniej ludzi i klimat nieco lepszy. Więc pobawiliśmy się trochę nawet, a trochę się upiliśmy, ale uczucie zawodu pozostało.
Miesiąc temu napisałam na aiesecowej google grupie, czy ktoś nie chciałby zrobić apartament swapu. Wyszłam z założenia, że tak jak ja w święta chcę jechać do SH, tak ktoś stamtąd musi chcieć przyjechać do Beijingu i moglibyśmy się zamienić na ten tydzień mieszkaniami. Cisza. Pytanie ponowiłam. Dostałam odp. od Phila, aiesecera z SH, że on wprawdzie nie jedzie do BJ, ale też wyjeżdża zostawiając pusty pokój i jeśli chcę mogę u niego zamieszkać.
Miejscówka okazała się świetna. Mieszkanie wprawdzie bez luksusów (za to z KABINĄ PRYSZNICOWĄ!!) ale i tak spoko, jak na chińskie standardy; wyposażone w ratujący życie bezprzewodowy internet i wspaniały widok z okna na śmietankę szanghajsich wieżowców. Przede wszystkim bardzo dobrze położone, w dzielnicy Nowy Pudong (tej z najwypaśniejszymi budynkami z Shanghai Orietal Pearl, Jin Mao Tower i Shanghai Word Financial Center (zależnie jak liczyć, najwyższy budynek na świecie) na czele), przy 2 stacjach metra (linie 2,4,6), 4 przystanki metra/ autobusu od People’s Square i Nanjing Road.
Nieco samotny pierwszy wieczór spędziłam na spacerze po okolicy i podziwianiu nocnej panoramy miasta.
Drugiego dnia umówiłam się z Chińczykiem z samolotu, jako iż wyznał, że z radością oprowadziłby mnie po mieście. W zasadzie zaliczyliśmy większość punktów must see w SH, czyli JingAn Temple (i park nieopodal), YuYuan (absolutnie przepiękny), The Bund (w remoncie T.T- przygotowania do Expo2010), Nanjing Road West i East, Pepoles Square. A w między czasie zakupy i obiad w japońskiej sieciówce Cocoichibanya specjalizujące się w curry~~! Pierwsze omiyage z SH- laleczka kokeshi z YuYuan XD. A co!
Wieczorem zaś poszłam zobaczyć dość piękny pokaz sztucznych ogni (z okazji Mid-autumn day), całkiem niedaleko mieszkania, a zaraz po nim odebrałam z metra Mateusza, który przybył wieczorem z Nankinu. Razem z Zhou, współlokatorem naszego gospodarza ruszyliśmy ku nowej przygodzie, czyli zaliczyliśmy szanghajski klub, który jednak był dużym, dużym zawodem. Mało miejsca, malutki parkiet, pełno ludzi, muzyka jakiś niewyszukany pop z domieszką wszystkiego po trochu. Open bar kosztował aż 100y, drinki były beznadziejne, wybór mały, nawet nie używali soku pomarańczowego, tylko napoju. Usiedliśmy więc gdzieś na tyłach i piliśmy, bo nie bardzo było co innego robić, zjedliśmy też mooncake’i (zupełnie nie godne polecenia), by chińskiej tradycji stała się polska zadość. Potem zaś odkryliśmy VIP room, który wcale nie był dla VIPów i można było sobie tam ot tak wejść, a tam więcej miejsca do tańczenia, mniej ludzi i klimat nieco lepszy. Więc pobawiliśmy się trochę nawet, a trochę się upiliśmy, ale uczucie zawodu pozostało.
Subskrybuj:
Posty (Atom)