W Golden Week wybrałam się z zaprzyjaźnioną japońska rodzinką nad jezioro Okutama (który to wyjazd zaproponowali mi po jakiejś godzinie znajomości XD całe szczęście, że nie jestem psychopatycznym mordercą ;)), leżące na zachodnim krańcu Tokio, tam gdzie już nawet pociąg nie dociera. A jak wiadomo, w Japonii miejsc, w które nie docierają pociągi jest bardzo niewiele. Jedną noc spędziliśmy w namiocie, drugą zaś w drewnianym domku. Ten ośrodek: http://www.yamafuru.com/ Polecam^^
Dojazd na miejsce zajął nam prawie 5 godzin, takie były korki na autostradzie Chuuou >.>;; Ale podróż była wyjątkowo przyjemna, ponieważ jechaliśmy kabrioletem. Jak już zjechaliśmy z tej przeklętej autostrady, cudowanie było jechać wąskimi uliczkami między małymi domkami, wśród lasów, gór , rzek, tuneli z otwartym dachem.
Japońskie wakacje na łonie natury wyglądają nieco inaczej niż nasze. Kamping jest perfekcyjnie przygotowany, zorganizowany, ze stołami, wiatami, grillami, bieżącą wodą (tylko zimna). Dnia zaś nie spędza się na spacerach po okolicy i w pobliżu namiotu/domku, lecz bierze udział w różnego rodzaju warsztatach (część z nich nastawiona typowo na dzieci, a więc z lekka nudnawa). Najpierw więc byłam na warsztatach tougei- robienia naczyń z gliny. Stworzyłam śliczny prostokątny talerzyk w stylu oribe z motywem liści klonu (które to świeże liście odcisnęłam w glinie, a potem poprawiłam kontury zaostrzonym patyczkiem). Talerzyk wyglądał dość profesjonalnie i bardzo podobnie do wzrou, sama byłam zaskoczna, że tak dobrze wyszedł i jestem mocno dumna, rzecz muszę, a w koło wszyscy powtarzali jouzu jouzu i nawet mój glina-sensej mnie nie poprawiał. Potem zrobiłam yunomi, czli kubek, ten z kolei zupełnie mi nie szedł, ale jako iż jestem gaijinką, sensei poświęcił mi dużo czasu naprawiając to, co nie wychodziło, więc kubeczek też wyszedł niczego sobie i bardzo profesjonalny. A potem powiedziano mi, że jestem special guest, więc mogę także wybrać kolor glazury, jaką położą po wypaleniu gliny^^ (normalnie w bizi sezonie nie można wybierać).
Byłam też na 3 spacerach przyrodoznawczych, choć bardziej były to warsztaty dla dzieci, bo szliśmy kilkadziesąt metrów ścieżką w las i robiliśmy coś. Pierwszy spacer był nocny, mieliśmy wsłuchiwać się w odgłosy nocnej fauny, a także spróbować wpatrzyć musasabi, japońskie latające wiewiórki (lotopałanka style ;). Niestety nie mieliśmy szczęścia, a taką wiewiórkę to akurat bardzo chciałam zobaczyć. Następnego dni byliśmy na spacerze porannym, o 7 rano >.<; i oglądaliśmy leśne runo. Hajlajtem były znalezione zwłoki lisopodbnego zwierza: ten (kuno-podobne to).
A jeszcze potem byłam na spacerze na którym zbieraliśmy płatki kwiatów i liście, a potem kolorowaliśmy ich sokami obrazek liścia. Znów stałam się 4latką >.>; No ale uznałam, że jako przedszkolanka powinnam się dokształcać ;D
Drugiego dnia był też najlepszy warsztat- robienia makaronu soba!!! Ha! Warto było patrzeć, jak babcia robi kluski i pierożki, bo szło mi świetnie~~ A potem zjedliśmy własnoręcznie zrobioną sobę na lunch^^ A na kolację 2 razy grill z pysznym mięskiem (krówka), warzywniami i obowiązkową yakisobą.
Momentami czułam się jak antropolog w badający jakieś dzikie plemię ;) Choć moja obecność z pewnością wpływała na obiekty badań, wbrew antropologicznej metodzie, to jednak co innego jest, gdy idzie się do kogoś na kolację na chwilkę i wpada w dziurę gościnności , a co innego gdy się spędza 3 dni non stop razem, trudno ukryć pewne rzeczy, nawyki, zwyczaje, więc mogłam zobaczyć Japończyków dokonujących obrządku wakacjowania :D A też oni na początku sobie nie zdawali sprawy, że może i nie mówię po jap, ale rozumiem prawie wszystko ;)
Prosto z wioseczki Okutama wybrałam się do Fuchu na festiwal ciemności. Towarzyszyły mi sempajki Marta i Ania.
wtorek, 4 maja 2010
Subskrybuj:
Posty (Atom)