poniedziałek, 21 czerwca 2010

Kurayami-matsuri i skansen

Kurayami-matsuri wyczaiłam przepadkiem w necie, myślałam, że to jakiś mały lokalny festiwalik, ale że Fuchu jest blisko Koganei w którym mieszka Marta, a i mi z Okutamy po drodze, stwierdzałam, że możemy się wybrać ;) Tym czasem okazało się to całkiem sporym eventem, z niezłym tłumkiem ludzi, wieloma pięknymi mikoshi (przenośne „ołtarze/kapliczki”, patrz na picasę ;) ) a przede wszystkim olbrzymimi bębnami takio (o średnicy ponad 2 m i dość niesamowitym dźwięku) ciągniętymi uliczkami. Wszystko to w festiwalowej atmosferze, przesiąkniętej zapachem zwyczajowych matsuriowych potraw (my wybrałyśmy okonomiyaki i yakisobę, zapiłyśmy równie tradycyjnymi ;) chuuhaikami prosto z kombini) i tradycyjną muzyką. Nie ma co pisać, trzeba zobaczyć! Najlepiej na filmikach, jak już wrócę do PL.
Potem ruszyłyśmy do akademików, Ania do siebie, ja do Marty, gdzie kontynuowałyśmy chuuhajki i gadałyśmy do nocy, by następnego dnia ruszyć do Edo-Tokyo tatemonoen czyli skansenu, który się znajduje w Matrowym Koganei. Bardzo fajne to miejsce i polecam. Mnie najbardziej podobały się wiejskie chaty z irori (paleniskiem), które nieodzownie kojarzy mi się z Noguchi Hideyo (japoński bakteriolog, gdy miał półtora roku wpadł do paleniska, (pod nieobecność matki, która zaharowywała się na polu) i poparzył sobie ciężko lewą dłoń. Dzięki staraniom nauczyciela i przyjaciół przeszedł operację poarzonej ęki i kontynuował nauę by zostać lekarzem. Tę historię zna każdy japonista dzięki bardzo nudnej, choć w założeniu wzruszającej, czytance na 2 roku, która zostawia traumę na lat wiele, jeśli nie do końca życia.) Marta zaś dość mocno się zajarała budynkami, które były wzorem dla filmu Miyazakiego "Spirited Away".
Pierwszy raz też było bardzo, bardzo gorąco.

wtorek, 4 maja 2010

Okutama

W Golden Week wybrałam się z zaprzyjaźnioną japońska rodzinką nad jezioro Okutama (który to wyjazd zaproponowali mi po jakiejś godzinie znajomości XD całe szczęście, że nie jestem psychopatycznym mordercą ;)), leżące na zachodnim krańcu Tokio, tam gdzie już nawet pociąg nie dociera. A jak wiadomo, w Japonii miejsc, w które nie docierają pociągi jest bardzo niewiele. Jedną noc spędziliśmy w namiocie, drugą zaś w drewnianym domku. Ten ośrodek: http://www.yamafuru.com/ Polecam^^
Dojazd na miejsce zajął nam prawie 5 godzin, takie były korki na autostradzie Chuuou >.>;; Ale podróż była wyjątkowo przyjemna, ponieważ jechaliśmy kabrioletem. Jak już zjechaliśmy z tej przeklętej autostrady, cudowanie było jechać wąskimi uliczkami między małymi domkami, wśród lasów, gór , rzek, tuneli z otwartym dachem.
Japońskie wakacje na łonie natury wyglądają nieco inaczej niż nasze. Kamping jest perfekcyjnie przygotowany, zorganizowany, ze stołami, wiatami, grillami, bieżącą wodą (tylko zimna). Dnia zaś nie spędza się na spacerach po okolicy i w pobliżu namiotu/domku, lecz bierze udział w różnego rodzaju warsztatach (część z nich nastawiona typowo na dzieci, a więc z lekka nudnawa). Najpierw więc byłam na warsztatach tougei- robienia naczyń z gliny. Stworzyłam śliczny prostokątny talerzyk w stylu oribe z motywem liści klonu (które to świeże liście odcisnęłam w glinie, a potem poprawiłam kontury zaostrzonym patyczkiem). Talerzyk wyglądał dość profesjonalnie i bardzo podobnie do wzrou, sama byłam zaskoczna, że tak dobrze wyszedł i jestem mocno dumna, rzecz muszę, a w koło wszyscy powtarzali jouzu jouzu i nawet mój glina-sensej mnie nie poprawiał. Potem zrobiłam yunomi, czli kubek, ten z kolei zupełnie mi nie szedł, ale jako iż jestem gaijinką, sensei poświęcił mi dużo czasu naprawiając to, co nie wychodziło, więc kubeczek też wyszedł niczego sobie i bardzo profesjonalny. A potem powiedziano mi, że jestem special guest, więc mogę także wybrać kolor glazury, jaką położą po wypaleniu gliny^^ (normalnie w bizi sezonie nie można wybierać).
Byłam też na 3 spacerach przyrodoznawczych, choć bardziej były to warsztaty dla dzieci, bo szliśmy kilkadziesąt metrów ścieżką w las i robiliśmy coś. Pierwszy spacer był nocny, mieliśmy wsłuchiwać się w odgłosy nocnej fauny, a także spróbować wpatrzyć musasabi, japońskie latające wiewiórki (lotopałanka style ;). Niestety nie mieliśmy szczęścia, a taką wiewiórkę to akurat bardzo chciałam zobaczyć. Następnego dni byliśmy na spacerze porannym, o 7 rano >.<; i oglądaliśmy leśne runo. Hajlajtem były znalezione zwłoki lisopodbnego zwierza: ten (kuno-podobne to).
A jeszcze potem byłam na spacerze na którym zbieraliśmy płatki kwiatów i liście, a potem kolorowaliśmy ich sokami obrazek liścia. Znów stałam się 4latką >.>; No ale uznałam, że jako przedszkolanka powinnam się dokształcać ;D
Drugiego dnia był też najlepszy warsztat- robienia makaronu soba!!! Ha! Warto było patrzeć, jak babcia robi kluski i pierożki, bo szło mi świetnie~~ A potem zjedliśmy własnoręcznie zrobioną sobę na lunch^^ A na kolację 2 razy grill  z pysznym mięskiem (krówka), warzywniami i obowiązkową yakisobą.
Momentami czułam się jak antropolog w badający jakieś dzikie plemię ;) Choć moja obecność z pewnością wpływała na obiekty badań, wbrew antropologicznej metodzie, to jednak co innego jest, gdy idzie się do kogoś na kolację na chwilkę i wpada w dziurę gościnności , a co innego gdy się spędza 3 dni non stop razem, trudno ukryć pewne rzeczy, nawyki, zwyczaje, więc mogłam zobaczyć Japończyków dokonujących obrządku wakacjowania :D A też oni na początku sobie nie zdawali sprawy, że może i nie mówię po jap, ale rozumiem prawie wszystko ;)

Prosto z wioseczki Okutama wybrałam się do Fuchu na festiwal ciemności. Towarzyszyły mi sempajki Marta i Ania.

piątek, 30 kwietnia 2010

Dzień w którym zostałam (oficjalnie zarejestrowanym) kosmitą.

Pojechałam odebrać dziś odebrać moją gaijin kartę. Pojechałam, to za duże słowo, jako, że mój autobus nie przyjeżdżał i nie przyjeżdżał i po 25 minutach się poddałam. Faktycznie, był koszmarny korek, więc najpierw czekałam cierpliwie, ale potem zaczęłam się bać, że mi urząd zamkną i zdecydowałam się iść pieszo. Jedyna zaleta- odkryłam kaitenzushi po drodze  A ponad godzinny spacer pozwolił mam nadzieję spalić trochę świeżo nabytego tłuszczyku, bo utyłam tu już 2 kilo T.T
Tak więc mam moje 外国人登録証明書 czyli Gaijin kartę, zwaną oficjalnie Certificate of Alien Registration.

Wróciłam zaś drogą eksperymentalną, od północnej strony, niezdanym mi autobusem. Dzięki temu odkryłam, że niedaleko mam sukiyę, jedną z „trzech wielkich” (obok matsui i yoshinoi) sieciówek gyuudon/kare. Yosh~~ Tyle, że w tamtą stronę zawsze mi nie po drodze.

A ponarzekam sobie teraz na autobusy. W Tokio jest całkiem sporo autobusów, choć zawsze kojarzone jest z zatłoczonymi pociągami i metrem. Ale nie ma nigdzie mapy komunikacji autobusowej. Całe Tokio obsługuje pewnie kilkanaście, jak nie więcej przewoźników, każdy ma swoją stronę, swoje schematy komunikacji, rzadziej dokładne mapki. O angielskim zapomnij. Nie ma strony, która by to zbierała do kupy, wyszukiwała połączenia, przesiadki itp. W mojej okolicy sjest przynamniej 3 przewoźników, ale nawet w urzędzie dzielnicy w punkcie informacji nikt nie potrafił mi powiedzieć, jak trafić spowrotem do domu mam, nie mieli mapek, ulotek itp. Do tego oczywiście każda firma ma swoje bilety, nie ma biletów godzinnych ani nic podobnego. Bywają czasem jednodniowe, ale tylko na jednego przewoźnika i zdaje się na ograniczonym terenie, a nie w całym Tokio. Wspólnych przystanków też się nie praktykuje, poza komunikacyjnymi węzłami w rodzaju dworzec, choć i tam, rzecz jasna przystanki SA osobne, ale w miarę obok siebie. Trasy autobusów są bardzo krótkie i mało rozmaite, trzeba się więc przesiadać, co przy braku biletów czasowych powoduje kumulację kosztów. Tak więc by dojechać do urzędu dzielnicy, jakieś 4km w linii prostej, na przykład powinnam wsiąść w autobus 21, potem zaś przesiąść się na jeżdżący co 2 godziny 30. Potrzebne mi więc 4 bilety po 210y, czyli krótka przejażdżka kosztuje mnie 27zł XD Chociaż i tak najbardziej boli mnie brak wyszukiwarki lub chociaż mapy z zaznaczonymi WSZYSTKIMI autobusami. Tęsknię za Pekinem i jego dziką siecią pół-darowych autobusów!

czwartek, 29 kwietnia 2010

GV

Dzisiejsze Global village w Yoyogi olimpic memorial center było znacznie lepiej zorganizowane, choć nie obyło się bez trudności technicznych i 30min poślizgu na początku.
(Droga dojazdu jaką mi podali też była z kosmosu wzięta, JR, przesiadki… tymczasem Yoyogi leży na mojej nitce metra, szybciej i taniej. Nie wiem, jak oni sprawdzają te połączenia >.>;;;;;;; a dodajmy, że każdy siedzi z nosem w komórce, z internetem of kors, i w kółko sprawdza a to pociągi, a to maile, a to newsy.)
Najpierw graliśmy w klika śmiesznych gier integracyjnych, jak to w aiesecu >.>’’ (w tym gra karciana, która zupełnie nie miała sensu, bo źle zapisali zasady, ale coż…) a potem przygotowaliśmy standy o różnych krajach. Było 3 Japończyków, którzy mieli praktyki w PL i mieli pełno fajnego stafu o Polsce i opowiadali w około (to wtóru ze mną) jak to w Polsce fajowo jest i że to wymarzone miejsce na staż :DDD Bardzo to przyjemne było.
Po częsce oficjalnej nastąpiła część mniej oficjalna, czyli nomikaj! Frekwencja bardzo dopisała, więc było bardzo wesoło. Za to bar do którego poszliśmy nie dopisał. Miejsce małe i zupełnie bez klimatu, nie mieli umeshu (!!!), a drinki były niedobre, zbyt słodkie i słabe, robione z jakichś napojów, a nie soków, jak zirytowana zamówiłam klasyka- skrew driver, to nawet nie był z sokiem pomarańczowym, tylko jakimś zółtym płynem XD. Ale poza tym było bardzo zabawnie i głośno, jeden chłopaczek zaliczył nawet zgona (podczas kiedy ja bardzo gambarowałam, by w ogóle się upić, bez efektu, więcej płynu po prostu nie zmieściło się do żołądka), inny wyznawał wszystkim miłość. Poznałam też, dziś rano przybyłego, praktykanta z Węgier.
Zrobiłam skan Japończyków, 2 którzy mi się podobają mają po 18 lat. >.>;;; dodajmy, że w Japonii pełnoletniość to wiek 20, tak wiec umawiałabym się z miseinensha, którzy teoretycznie nawet pić nie mogą. Praktycznie łoczwscie każdy pije i nie ma z tym nigdy problemów. Praworządność.

niedziela, 25 kwietnia 2010

BBQ

Dziś było Aiesecowe BBQ party^^ Miało się ono odbyć w Parku Ooifutou, o 12. Była godzina 11, właśnie wsiadłam do metra, gdy zadzwonił telefon, że będzie gdzie indziej i żebym przyjechała do Shinjuku, ktoś po mnie wyjdzie. Cudnie, miałam zupełnie inny bilet kupiony. W Shinjuku okazało się, że BBQ jest w Musashi Koganei. Wkurzyłam się. Tylko przez grzeczność dla Marty sempai, która tam mieszka, nie powiem, że jest to w chuj daleko na zachód od centrum (a ja mieszkam na północnym wschodzie). Ale przynajmniej jedzie się bardzo convenient JR Chuuou-sen, trzeba przyznać. Jak wysiedliśmy okazało się, że do parku trzeba jeszcze pojechać autobusem, 25 minut. Wściekłam się jeszcze bardziej, jako iż byłam umówiona wieczorem i nie mogłam zostać długo. Myślałam, że nie warte to było czasu i kasy zmarnowanego na dojazd (w obie strony raptem 50zł) Przybyliśmy więc o 13.30 dopiero, i 2 godziny potem musiałam iść, by się nie spóźnić >.>
Sam grill zaś był eventem wyjątkowo przyjemnym i pysznym, jedzenia było pełno, yakisoba, różne grillowane mięska i warzywa, trochę chipsów, ciastek i innych. Pogoda była piękna,wreszcie ciepło i słonecznie; najadłam się pyszności, pogadałam z aiesecerami, nastrzelałam trochę zdjęć^^ miałam okazję doświadczyć zjawiska (zdecydowanie zjawisko to dobre słowo) japońskiego grillowania w parku (jak się okazało, to była przyczyna zmiany miejsca, pierwszy park nie miał wyznaczonego BBQ miejsca, a choć od początku planowano BBQ nikt tego nie sprawdził XD gdzie się podział japoński perfekcjonizm?!). Dobrze się bawiłam^^
Widziałam też yaezakurę (odmiana wiśni). Śliczna! Takie różowe „puchate” kwiatuszki~~ Wolę ją nawet od klasycznej, elegnackiej, zwiewnej pięciopłatkowej sakury.

sobota, 24 kwietnia 2010

Payday

Kolejny tydzień zleciał błyskawicznie. Pracy mam niewiele, toteż i zmęczona nie jestem. Jetlag wreszcie minął. Dostałam dziś wypłatę, i to większą, niż się spodziewałam i wreszcie nie jestem biedna! Byłam na zakupach of kors. Najpierw spotkałam się z Martą w parku Ueno (znalezienie się na stacji zajęło nam ponad pół godziny XD), zjadłyśmy tam późny lunch- take out prosto z Matsui, a także sempai nakarmiała mnie土佐文旦 ( japońskie „mini pomelo”- niezidentyfikowany owoc nie występujący nawet w wikipedii), które dostała od zaprzyjaźnionej rodzinki. Zwieńczeniem wieczoru były nader udane zakupy w mym ulubionym Donquijote i lody w Maku.
Ostatnio wrzuciłam trochę zdjęć tutaj, zajęło to 3 godziny prawie, a jak widać poniżej, przestały działać, więc oficjalnie zaprzestaję takich praktyk. Tutaj tekst. Foto na picasie. Kiedyś.

sobota, 17 kwietnia 2010

global village

Byłam na Uniwerku Rikkyo na czymś, co się w aiesecu nazywa global village- takie spotkanie z zaproszonymi praktykantami, którzy przyjechali tu na praktyki oraz praktykantami miejscowymi, którzy mieli okazję wyjechać na staż. Szczerze, mało ciekawe to było, w sumie był to głównie jikoushoukaj tylko, imię nazwisko, gdzie, kiedy i tyle, nikt nie opowiadał nic więcej o samym stażu. No ale spotkałam jeszcze kilku EP, w tym z mojego komitetu, wypatrzyłam też 2 całkiem hot Japończyków ;) tylko, że nie z mojego komitetu, więc nie bardzo jest jak ich spotkać. Był też jeden Japończyk, który był na wolontariacie w Polsce, w 3mieście, przez 2 miesiące teraz w lutym-kwietniu i był z wystąpieniem także w moim liceum! :D Więc sobie pofgadaliśmy dużo, zwłaszcza, że Polska mu się bardzo bardzo podobała (!) i chce jeszcze raz pojechać, jeśli się tylko uda :) Nice!

Wieczorem zaś spotkałam się z Martą i Pauliną w Ikebukuro , poplotkowałyśmy trochę, zorientowałyśmy się kto, co, gdzie robi i mieszka. Na koniec zachciało nam się zakupów, ale w sumie to właśnie sklepy zamykali, więc udało nam się trochę butów po oglądać i o Uniqlo (powiedzmy- jap. H&M) zahaczyć. Zaaaakupy, tego mi brakuje!