Kurayami-matsuri wyczaiłam przepadkiem w necie, myślałam, że to jakiś mały lokalny festiwalik, ale że Fuchu jest blisko Koganei w którym mieszka Marta, a i mi z Okutamy po drodze, stwierdzałam, że możemy się wybrać ;) Tym czasem okazało się to całkiem sporym eventem, z niezłym tłumkiem ludzi, wieloma pięknymi mikoshi (przenośne „ołtarze/kapliczki”, patrz na picasę ;) ) a przede wszystkim olbrzymimi bębnami takio (o średnicy ponad 2 m i dość niesamowitym dźwięku) ciągniętymi uliczkami. Wszystko to w festiwalowej atmosferze, przesiąkniętej zapachem zwyczajowych matsuriowych potraw (my wybrałyśmy okonomiyaki i yakisobę, zapiłyśmy równie tradycyjnymi ;) chuuhaikami prosto z kombini) i tradycyjną muzyką. Nie ma co pisać, trzeba zobaczyć! Najlepiej na filmikach, jak już wrócę do PL.
Potem ruszyłyśmy do akademików, Ania do siebie, ja do Marty, gdzie kontynuowałyśmy chuuhajki i gadałyśmy do nocy, by następnego dnia ruszyć do Edo-Tokyo tatemonoen czyli skansenu, który się znajduje w Matrowym Koganei. Bardzo fajne to miejsce i polecam. Mnie najbardziej podobały się wiejskie chaty z irori (paleniskiem), które nieodzownie kojarzy mi się z Noguchi Hideyo (japoński bakteriolog, gdy miał półtora roku wpadł do paleniska, (pod nieobecność matki, która zaharowywała się na polu) i poparzył sobie ciężko lewą dłoń. Dzięki staraniom nauczyciela i przyjaciół przeszedł operację poarzonej ęki i kontynuował nauę by zostać lekarzem. Tę historię zna każdy japonista dzięki bardzo nudnej, choć w założeniu wzruszającej, czytance na 2 roku, która zostawia traumę na lat wiele, jeśli nie do końca życia.) Marta zaś dość mocno się zajarała budynkami, które były wzorem dla filmu Miyazakiego "Spirited Away".
Pierwszy raz też było bardzo, bardzo gorąco.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz