Miałam dziś iść do pracy i spotkać tam dziewczynę z firmy, by mi przekazała książki i materiały z jakich będę uczyć w roku szkolnym w obu przedszkolach. Oczywiście dostałam rano SMSa (a tak bardzo domagałam się, by mi wysłała dokładny schedule, bym mogła sobie różne rzeczy zaplanować i się poumawiać z ludźmi) , żebym nie szła do pracy tylko przyjechała do biura. Whatever. Nie pcham się gdzie mnie nie chcą. Skoro już jechałam do miasta to umówiłam się z Tonym, the aiesecerem. Pojechaliśmy na sushi i sukiyaki do Wudaokou ^_^ Ach dobre było! Zwłaszcza sukiyaki (japoński hotpot). I chińczyk lubiący japońskie jedzenie~~! Potem zaś, już całkiem wieczorem, poszłam do Krzysia obejrzeć jego nowy pokój w innym akademiku. Całkiem spoko, choć nie powala. Za to bardzo ładna łazienka jak na chińskie standardy; w pokoju, nie wspólna na korytarzu. I jest kotarka w prysznicu, w mieszkaniach rzecz nie znana. A Sosu donosi, że u niego w Xianie też kotarkę w łazience ma. Mała rzecz a cieszy. Idąc do Krzysia kupiłam nam jeszcze jakiegoś dziwnego owoca (dragonfruit, ma fajny kształt, biały lekko słodkawy miąższ z malutkimi, czarnymi, jadalnymi pestkami) w ramach experymentowania i Tsin Tao (popularne piwo, tutejszy Żywiec).
Lato się kończy. Jak wracałam o północy było dość chłodno, pierwszy raz pomyślałam, że przydałby się żakiecik czy coś do włożenia. Ogólnie dni są nadal bardzo ciepłe, ale nie ma tych okropnych upałów (ostatni upalny dzień był tydzień temu), wreszcie czuć różnicę między dniem a nocą; wieczory i poranki są bardzo przyjemne, rześkie.
poniedziałek, 31 sierpnia 2009
niedziela, 30 sierpnia 2009
Temple of Heaven
Na dziś zaplanowane było Zakazane Miasto. Nic z tego, plac Tiananmen zamknięty był dla ludzi, metro się nie zatrzymywało na tych przystankach i w ogóle cyrk. Wszystko to z powodu ćwiczeń parady na narodowe święto 1ego października XD. To z tego powodu tez zostały na te 2 dni skrócone godziny metra.
Udaliśmy się więc w zastępstwie do Temple of Heaven oraz parku ją otaczającego. Sama nie wiem, co bardziej warte uwagi, świątynia czy park, w którym ludzie zajmują się rozwijaniem swych zainteresowań, najczęściej muzycznych i sportowych. Mamy więc amatorską orkiestrę dętą, sekcje tradycyjnych instrumentów smyczkowych, tradycyjnych dętych drewnianych, śpiewy solo a la opera pekińska do wtóru podkładu z głośnika mono i mój faworyt- chór śpiewający chińskie pieśni (brzmiące jak „ku chwale ludowej ojczyzny”), autentycznie podobały mi się pieśni bardzo. Oczywiście hałasu przy tym co niemiara, istna kakofonia, z każdej strony świata inne nuty, ale jakoś tak budzi to radość widza/ słuchacza niż poirytowanie, nawet, jeśli często słychać pewne niedociągnięcia (choć chór był bezbłędny). Niezliczone grupki tańczących i gimnastykujących się. Jogging. Taiji. Badminton. Karty. Kaligrafia wielkim pędzlem z gąbki moczonym w wodzie na chodnikowych płytach; 波兰Bolan z dedykacją dla uroczych gaijinów :D i to w zapisie klasycznym. Sama świątynia- widoczna będzie na zdjęciach- kiedyś kiedyś, jak odkryję sposób na ich uploadowanie.
Czasu zostało nam więcej niż pierwotny plan zakładał. Ruszyliśmy więc we troje do Pingguoyuan. Zjedliśmy lunch w „mojej” stołówce. Pozrywaliśmy zdjęcia i czas było ruszać na dworzec, gdzie pociąg do Xianu już czekał.
Udaliśmy się więc w zastępstwie do Temple of Heaven oraz parku ją otaczającego. Sama nie wiem, co bardziej warte uwagi, świątynia czy park, w którym ludzie zajmują się rozwijaniem swych zainteresowań, najczęściej muzycznych i sportowych. Mamy więc amatorską orkiestrę dętą, sekcje tradycyjnych instrumentów smyczkowych, tradycyjnych dętych drewnianych, śpiewy solo a la opera pekińska do wtóru podkładu z głośnika mono i mój faworyt- chór śpiewający chińskie pieśni (brzmiące jak „ku chwale ludowej ojczyzny”), autentycznie podobały mi się pieśni bardzo. Oczywiście hałasu przy tym co niemiara, istna kakofonia, z każdej strony świata inne nuty, ale jakoś tak budzi to radość widza/ słuchacza niż poirytowanie, nawet, jeśli często słychać pewne niedociągnięcia (choć chór był bezbłędny). Niezliczone grupki tańczących i gimnastykujących się. Jogging. Taiji. Badminton. Karty. Kaligrafia wielkim pędzlem z gąbki moczonym w wodzie na chodnikowych płytach; 波兰Bolan z dedykacją dla uroczych gaijinów :D i to w zapisie klasycznym. Sama świątynia- widoczna będzie na zdjęciach- kiedyś kiedyś, jak odkryję sposób na ich uploadowanie.
Czasu zostało nam więcej niż pierwotny plan zakładał. Ruszyliśmy więc we troje do Pingguoyuan. Zjedliśmy lunch w „mojej” stołówce. Pozrywaliśmy zdjęcia i czas było ruszać na dworzec, gdzie pociąg do Xianu już czekał.
sobota, 29 sierpnia 2009
happy cabbage 100 times!
W czwartek przyjechali moi kouhaje. Japonistyczny atak na Pekin zaczął się oczywiście od oblężenia Tiananmen, a właściwie to miejscówki pod Mao, która to została wyznaczona miejscem spotkania. Potem zaś ruszyliśmy na obiad i wróciliśmy do Krzysiowgo akademika, niezbyt pięknego. Na koniec udaliśmy się z Sosem i jego walizką bez kółka do mego apartamentu na przedmieściach, pomykając 3 liniami metra (13->2->1), gdzie pojawił się mój pierwszy językowy sukces- odczytałam obwieszczenie w krzakach o zmianach w kursowaniu metra, czyli skróceniu godzin jego funkcjonowania. Rzekłam „to nie może być prawda, powiedz, że to tylko wytwór mojej chorej wyobraźni”, w końcu jakże niby mogłam cokolwiek zrozumieć. A jednak T_T. Oczywiście zrozumiałam tylko wybiórczo i nie do końca dobrze, ale sam fakt odnotowania iż zmiany są i trza się mieć a baczności napawa mnie dumą. Zliczylimy też przejażdżkę zmotoryzowaną rikszą (dziś większość riksz jest z motorami a nie rowerami) ze stacji metra, bo już późno było i autobusy nie jeździły. Wpakowanie naszej dwójki oraz walizki do rikszy było wyczynem godnym fotki na Lords of the Logistic , drzwi na przykład nie daliśmy rady zamknąć i tylko je trzymaliśmy za taki sobie sznurek (kto wie, czy nie obecny tam właśnie na takie okazje jak pasażerowie z walizkami), żeby nie były otwarte na oścież.
Wcześniej tego samego dnia...
Jest tutaj obowiązek meldunku. Każdy mieszkający tu obcokrajowiec (choć spodziewam się, że Chińczycy też) musi się zarejestrować na komisariacie policji. Po przeprowadzce należało to zrobić jeszcze raz i na czwartek właśnie umówiłam się z firmą, że się tym zajmiemy. Zaczynam pracę o 14.20, powiedzieli mi, że przyjdą po mnie o 13. Zasugerowałam, że może by tak nieco wcześniej, by mieć zapas czasu, ale uznano to za zbędne. Oczywiście skończyło się tak, że do pracy wcale nie poszłam :D, bo policjantka nas obsługująca zażyczyła sobie, by landlord się stawił i potwierdził, że faktycznie pomieszkuję w jego mieszkaniu. (za pierwszym razem, w Liangxiang nie potrzeba było landlorda). Yey~~! No ale nie narzekam, nie napracowałam się i byłam pół godziny szybciej w domku…
Na piątek zaplanowałam nam wycieczkę do grobowców dynastii Ming i na Wielki Mur. Już wcześniej stwierdzałam, że po co się męczyć, skoro można wynaleźć jakąś firmę, która organizuje takie tripy. Jak się potem okazało, jak się dobrze pogoogluje i potarguje, to wychodzi taniej z firmą, prywatnym samochodem, wygodnie, niż samemu transportem miejskim. O zaoszczędzonym czasie i energii nawet nie wspomnę. Nam udało się za 100y od osoby, przejazd, bilety wstępu i lunch w cenie. Mogę podać namiary.
Po jakichś 2,5 godzinach snu wstaliśmy więc nieco po 5 by ruszyć do centrum (moje Pigguoyuan daleko niestety). W Wudaokou dołączyła do nas druga połowa wycieczki, czyli Asia (pl) i Yusuke (Jp)! (Krzyś ze względu na różne papierkowo-akademikowe komplikacje na uniwerku nie mógł ostatecznie jechać z nami). Mieli do nas dołączyć jeszcze jacyś ludzie, ale nie stawili się w umówionym miejscu i w sumie to mieliśmy private tour. Przewodnik był sympatyczny i prawie przyzwoicie mówił po angielsku (dało się go rozumieć zupełnie dobrze), choć Asia i Mateusz stwierdzili, że było w nim coś dziwnego.
Najpierw Grobowce Dynastii Ming; dokładnie zwiedzaliśmy grobowiec cesarza Changling. Miejsce bardzo ładne, położone wśród malowniczych pagórków na północ od Pekinu. Jednak spotkał nas wielki zawód, gdyż nie poszliśmy do „kamiennych zwierzątek” czyli Spilit Way, jedynej rzeczy, jaka mi się z tym miejscem kojarzy i gdzie zdjęcie należy mieć obowiązkowo T_T Na koniec zjedliśmy brzoskwinie z dobrym Fengshui, z których słynie okolica. (Wiadomo, jak większość rzeczy w Chinach, umiejscowienie grobowców i projekt architektoniczny są zgodne z zasadami fengshui.)
Dalej była wizyta w warsztato- galerio- sklepie z wyrobami z nefrytu, jadeitu i marmuru. Jednym z najpopularniejszych motywów, prócz koncentrycznych kul zawierających się w sobie (ach, jakże mi one ciągle z Danią się kojarzyły, pamiętacie zamek Rosenborg?), a rzeźbionych z jednego kawałka kamienia, była… kapusta pekińska! Podobno jest symbolem szczęścia. Happy cabbage!
Dalej jakiś duży sklep z różnymi chińskimi sztuczkami, ceramika (zwracał uwagę wiek niektórych pracownic, bardzo nieletnich, pętnasotoltenich może, choć jedna naprawdę wygadała jakby nie miala jeszcze dwunastu lat) nefryty, malarstwo akwarelami, wycinanki - naprawdę piękne, precyzyjnie wykonane, zdecydowanie mój faworyt, o wzorach zarówno tradycyjnych, jak i nowoczesnych, geometrycznych, interesujących graficznie, o ciekawej symetrii, pomysłowych po prostu; a także nieco motywów kiczowatych, jak chiński zodiak i znaki (z ai- miłość na czele), w których tłem był ten sam znak, powtórzony stukrotnie (co urocza pani podkreślała bardzo- „hundred times!”) w różnych stylach, ale czymże byłaby sztuka ludowa, bez odrobinki kiczu. Wzięłabym je do domu wszystkie! Jako omiyage chyba właśnie kupię sobie takie cosie prócz herbaty, bo lekkie, łatwe w transporcie, i pasujące niemal do każdego wnętrza.
W tym samym miejscu lunch. Najpierw podano nam ryżyk (a co!) i 5 dań, kurczak w jakimś cytrusowym sosie (zdecydowanie jestem na nie), wieprzowina, pyszna wołowina, jakieś fasolki (a bardzo mi smakują tutejsze dania z roślin strączkowych wszelkiego rodzaju). Na stole stała też mała, stumililitrowa buteleczka ichniego alkoholu. Spodziewam się, że tradycyjnego. Szybkie oględziny etykiety- 56% mocy. Nie mogliśmy nie spróbować! (na złą drogę sprowadziliśmy nawet towarzyszącego nam japończyka) Na smak- bimber. Po chwili doniesiono nam- zupę pomidorową (!), prawie jak nasza, tylko nieco rozwodniona, i pierożki. Swojsko. Plus hasło obiadu: „happy cabbage hundred times” i mój niepohamowany atak śmiechu (czyżbym miała aż tak słabą głowę?).
Najedzeni (przejedzeni) udaliśmy się na Ścianę, w Badaling (troche szkoda, że to w tej najbardziej obleganej przez turystów części, ale poszliśmy w LEWO- pamiętajcie, zawsze w lewo, gdzie i tak mniej ludu niż po obleganej prawiej stronie) główny punkt naszej wycieczki. Mur jest cudowny, wspaniały, wielki i co tam jeszcze chcecie (choć widok na górki i pagórki, zielone, z gdzieniegdzie widocznymi skałami piaskowca), wart każdego przebytego w upale schodka, każdej kropelki potu, każdego zdjęcia. Zdjęć zaś strzeliliśmy co niemiara, 90% z mojej komendy. Myślę, że współtowarzysze chińskiej niedoli mogą mnie mieć za niespełna rozumu z powodu tej zdjęciowej obsesji. Ale my i tak wiemy, że to jedyna słuszna droga, ne?
W drodze powrotnej przejechaliśmy jeszcze przez miasteczko olimpijskie, obejrzeliśmy główny stadion, kilka hotli i oczywiście watercube’a. Zawitaliśmy też do tamtejszego muzeo-sklepu z jedwabiem, które mnie oczarowało bardzo! Jedwab jest zajedwabisty po prostu. Muzeum jest niewielkie, na jakieś 15-20 minut zwiedzania, za to bardzo konkretne, rzeczowe i akurat, bez miliona zbędnych nudnych eksponatów, a jednak informatywne. Miła i bardzo profesjonalna pani z uśmiechem numer pięć, mówiąca zrozumiale po angielsku, pokazywała to to, to tamto, a to moczenie kokonów (pomyślałam, „chciałabym pomacać taki kokon”, a w następnej sali- tak, okony do macania) , a to wyciąganie nitek, a to rozciąganie kokonów (by zrobić z nich np. kołderkę)- którego mogliśmy sami spróbować. (zdjęcie pstryk)
Złapali mnie. Zachwalali ten jedwab tak bardzo, że zimą grzeje a latem chłodzi, że hipoalergiczny, że dzięki długim włóknom nie zbija się, nie przesuwa wewnątrz poszwy, że wytrzymały, że można prać, i w ogóle cudowny. A po muzealnej części jest sklep. Ja pragnę takiej jedwabnej kołderki i poduszeczki. Ja tam jeszcze wrócę.
Na koniec zawitaliśmy do herbaciarni, gdzie próbowaliśmy kilku herbat. Moim faworytem zdecydowanie okazał się oolong, o interesującym aromacie i lekko słodkawym posmaku (ciekawe, czy jakby kupić w supermarkecie oolonga, to tez byłby taki cudny). Dobra była też czarna o smaku lychee. Pewnie dlatego, że czarna :D. I naturalnie słodka, zupełnie nie potrzeba cukru. Tutejsze pu-erh zaś nie miało nic wspólnego z tym paskudztwem, które piłam w Pl.
Po wycieczce wybraliśmy się do parku DiTan, na piwko pod chmurką, by odetchnąć po bardzo intensywnym dniu. W parku zaś barzoej interesujący od samego parku okazali się ludzie po nim spacerujący/biegający/ klaszczący/śpiewający/ grający w gry i na instrumentach. I choć takie widoki nie są tu niczym nadzwyczajnym, bo i na placu pod moim blokiem codziennie wieczorem ludzie się w taki czy inny sposób socjalizują i/lub sportują, to jednak w parku ma to bardziej magiczną atmosferę i jest nijako na większą skalę.
Na zakończenie dnia wybraliśmy się na osławioną kaoya, czyli pieczoną kaczkę po pekińsku, bo chłopcy koniecznie chcieli. Ta była nieco lepsza od tej w Liangxiang, ale nadal nie rozumiem o co tyle szumu.
Wcześniej tego samego dnia...
Jest tutaj obowiązek meldunku. Każdy mieszkający tu obcokrajowiec (choć spodziewam się, że Chińczycy też) musi się zarejestrować na komisariacie policji. Po przeprowadzce należało to zrobić jeszcze raz i na czwartek właśnie umówiłam się z firmą, że się tym zajmiemy. Zaczynam pracę o 14.20, powiedzieli mi, że przyjdą po mnie o 13. Zasugerowałam, że może by tak nieco wcześniej, by mieć zapas czasu, ale uznano to za zbędne. Oczywiście skończyło się tak, że do pracy wcale nie poszłam :D, bo policjantka nas obsługująca zażyczyła sobie, by landlord się stawił i potwierdził, że faktycznie pomieszkuję w jego mieszkaniu. (za pierwszym razem, w Liangxiang nie potrzeba było landlorda). Yey~~! No ale nie narzekam, nie napracowałam się i byłam pół godziny szybciej w domku…
Na piątek zaplanowałam nam wycieczkę do grobowców dynastii Ming i na Wielki Mur. Już wcześniej stwierdzałam, że po co się męczyć, skoro można wynaleźć jakąś firmę, która organizuje takie tripy. Jak się potem okazało, jak się dobrze pogoogluje i potarguje, to wychodzi taniej z firmą, prywatnym samochodem, wygodnie, niż samemu transportem miejskim. O zaoszczędzonym czasie i energii nawet nie wspomnę. Nam udało się za 100y od osoby, przejazd, bilety wstępu i lunch w cenie. Mogę podać namiary.
Po jakichś 2,5 godzinach snu wstaliśmy więc nieco po 5 by ruszyć do centrum (moje Pigguoyuan daleko niestety). W Wudaokou dołączyła do nas druga połowa wycieczki, czyli Asia (pl) i Yusuke (Jp)! (Krzyś ze względu na różne papierkowo-akademikowe komplikacje na uniwerku nie mógł ostatecznie jechać z nami). Mieli do nas dołączyć jeszcze jacyś ludzie, ale nie stawili się w umówionym miejscu i w sumie to mieliśmy private tour. Przewodnik był sympatyczny i prawie przyzwoicie mówił po angielsku (dało się go rozumieć zupełnie dobrze), choć Asia i Mateusz stwierdzili, że było w nim coś dziwnego.
Najpierw Grobowce Dynastii Ming; dokładnie zwiedzaliśmy grobowiec cesarza Changling. Miejsce bardzo ładne, położone wśród malowniczych pagórków na północ od Pekinu. Jednak spotkał nas wielki zawód, gdyż nie poszliśmy do „kamiennych zwierzątek” czyli Spilit Way, jedynej rzeczy, jaka mi się z tym miejscem kojarzy i gdzie zdjęcie należy mieć obowiązkowo T_T Na koniec zjedliśmy brzoskwinie z dobrym Fengshui, z których słynie okolica. (Wiadomo, jak większość rzeczy w Chinach, umiejscowienie grobowców i projekt architektoniczny są zgodne z zasadami fengshui.)
Dalej była wizyta w warsztato- galerio- sklepie z wyrobami z nefrytu, jadeitu i marmuru. Jednym z najpopularniejszych motywów, prócz koncentrycznych kul zawierających się w sobie (ach, jakże mi one ciągle z Danią się kojarzyły, pamiętacie zamek Rosenborg?), a rzeźbionych z jednego kawałka kamienia, była… kapusta pekińska! Podobno jest symbolem szczęścia. Happy cabbage!
Dalej jakiś duży sklep z różnymi chińskimi sztuczkami, ceramika (zwracał uwagę wiek niektórych pracownic, bardzo nieletnich, pętnasotoltenich może, choć jedna naprawdę wygadała jakby nie miala jeszcze dwunastu lat) nefryty, malarstwo akwarelami, wycinanki - naprawdę piękne, precyzyjnie wykonane, zdecydowanie mój faworyt, o wzorach zarówno tradycyjnych, jak i nowoczesnych, geometrycznych, interesujących graficznie, o ciekawej symetrii, pomysłowych po prostu; a także nieco motywów kiczowatych, jak chiński zodiak i znaki (z ai- miłość na czele), w których tłem był ten sam znak, powtórzony stukrotnie (co urocza pani podkreślała bardzo- „hundred times!”) w różnych stylach, ale czymże byłaby sztuka ludowa, bez odrobinki kiczu. Wzięłabym je do domu wszystkie! Jako omiyage chyba właśnie kupię sobie takie cosie prócz herbaty, bo lekkie, łatwe w transporcie, i pasujące niemal do każdego wnętrza.
W tym samym miejscu lunch. Najpierw podano nam ryżyk (a co!) i 5 dań, kurczak w jakimś cytrusowym sosie (zdecydowanie jestem na nie), wieprzowina, pyszna wołowina, jakieś fasolki (a bardzo mi smakują tutejsze dania z roślin strączkowych wszelkiego rodzaju). Na stole stała też mała, stumililitrowa buteleczka ichniego alkoholu. Spodziewam się, że tradycyjnego. Szybkie oględziny etykiety- 56% mocy. Nie mogliśmy nie spróbować! (na złą drogę sprowadziliśmy nawet towarzyszącego nam japończyka) Na smak- bimber. Po chwili doniesiono nam- zupę pomidorową (!), prawie jak nasza, tylko nieco rozwodniona, i pierożki. Swojsko. Plus hasło obiadu: „happy cabbage hundred times” i mój niepohamowany atak śmiechu (czyżbym miała aż tak słabą głowę?).
Najedzeni (przejedzeni) udaliśmy się na Ścianę, w Badaling (troche szkoda, że to w tej najbardziej obleganej przez turystów części, ale poszliśmy w LEWO- pamiętajcie, zawsze w lewo, gdzie i tak mniej ludu niż po obleganej prawiej stronie) główny punkt naszej wycieczki. Mur jest cudowny, wspaniały, wielki i co tam jeszcze chcecie (choć widok na górki i pagórki, zielone, z gdzieniegdzie widocznymi skałami piaskowca), wart każdego przebytego w upale schodka, każdej kropelki potu, każdego zdjęcia. Zdjęć zaś strzeliliśmy co niemiara, 90% z mojej komendy. Myślę, że współtowarzysze chińskiej niedoli mogą mnie mieć za niespełna rozumu z powodu tej zdjęciowej obsesji. Ale my i tak wiemy, że to jedyna słuszna droga, ne?
W drodze powrotnej przejechaliśmy jeszcze przez miasteczko olimpijskie, obejrzeliśmy główny stadion, kilka hotli i oczywiście watercube’a. Zawitaliśmy też do tamtejszego muzeo-sklepu z jedwabiem, które mnie oczarowało bardzo! Jedwab jest zajedwabisty po prostu. Muzeum jest niewielkie, na jakieś 15-20 minut zwiedzania, za to bardzo konkretne, rzeczowe i akurat, bez miliona zbędnych nudnych eksponatów, a jednak informatywne. Miła i bardzo profesjonalna pani z uśmiechem numer pięć, mówiąca zrozumiale po angielsku, pokazywała to to, to tamto, a to moczenie kokonów (pomyślałam, „chciałabym pomacać taki kokon”, a w następnej sali- tak, okony do macania) , a to wyciąganie nitek, a to rozciąganie kokonów (by zrobić z nich np. kołderkę)- którego mogliśmy sami spróbować. (zdjęcie pstryk)
Złapali mnie. Zachwalali ten jedwab tak bardzo, że zimą grzeje a latem chłodzi, że hipoalergiczny, że dzięki długim włóknom nie zbija się, nie przesuwa wewnątrz poszwy, że wytrzymały, że można prać, i w ogóle cudowny. A po muzealnej części jest sklep. Ja pragnę takiej jedwabnej kołderki i poduszeczki. Ja tam jeszcze wrócę.
Na koniec zawitaliśmy do herbaciarni, gdzie próbowaliśmy kilku herbat. Moim faworytem zdecydowanie okazał się oolong, o interesującym aromacie i lekko słodkawym posmaku (ciekawe, czy jakby kupić w supermarkecie oolonga, to tez byłby taki cudny). Dobra była też czarna o smaku lychee. Pewnie dlatego, że czarna :D. I naturalnie słodka, zupełnie nie potrzeba cukru. Tutejsze pu-erh zaś nie miało nic wspólnego z tym paskudztwem, które piłam w Pl.
Po wycieczce wybraliśmy się do parku DiTan, na piwko pod chmurką, by odetchnąć po bardzo intensywnym dniu. W parku zaś barzoej interesujący od samego parku okazali się ludzie po nim spacerujący/biegający/ klaszczący/śpiewający/ grający w gry i na instrumentach. I choć takie widoki nie są tu niczym nadzwyczajnym, bo i na placu pod moim blokiem codziennie wieczorem ludzie się w taki czy inny sposób socjalizują i/lub sportują, to jednak w parku ma to bardziej magiczną atmosferę i jest nijako na większą skalę.
Na zakończenie dnia wybraliśmy się na osławioną kaoya, czyli pieczoną kaczkę po pekińsku, bo chłopcy koniecznie chcieli. Ta była nieco lepsza od tej w Liangxiang, ale nadal nie rozumiem o co tyle szumu.
środa, 26 sierpnia 2009
poprawka po sobocie
Po udanym wyjściu sobotnim, które w założeniu było tylko wypadem do baru na kilka drinków a skończyło się na tańcach, ustaliliśmy, że trzeba wrócić w tygodniu i wybrać się do klubu z prawdziwego zdarzenia. W tygodniu- bo wstęp tańszy dla chłopców a dziewczyny free, w weekend zabawa kosztuje, a do tego tłumy ludu wszędzie. A skoro są wakacje trzeba skorzystać, nie?! Poszliśmy więc od razu w poniedziałek, co będziemy czekać.
Klub chiński wielkomiejski nie różni się wiele od wielkomiejskich angielskich czy japońskich. Klabing przez duże K. Lans, design, światła, muzyka. Odrobina piany, dużo dymu i śliczne bańki mydlane, które bardzo mnie cieszyły. Na szczęście się nie znam, ale szybko w oczy rzuca się KASA bywalców. Na stołach alkohol- często całe butelki a nie tylko drinki, talerze z owocami. Trendy ppl. Mniej obcokrajowców niż się spodziewałam, ale może dlatego, że środek tygodnia?
Na parkiecie tłumy. Przy stolikach tłumy. Poniedziałek! Nie chcę nawet wiedzieć, jak wygląda klub w sobotę (ale coś mi się zdaje, że szybko się przekonam XD).
Ponieważ przyszłam dopiero o 23.30 (a wyszłam z domu o 22 XD) ominęła mnie pierwsza klejka. Na szczęście Tony („chińczyk- clubbing- person”) tuż przed pierwszą zarządził wyjście na drinka, czyli wymarsz do pobliskiego sklepu (jest duch w narodzie!). bo klubowe drinki drogie. Zaszliśmy więc, a tam na półeczce stało sobie… no co domyślniejsi już wiedzą… UMESHU~~. I to nie to chińskie, tylko japońskie. Znaczy się made In china, ale japońską metodą, przez japoński koncern (nie Choya) z napisem w hiraganie うめしゅ, kwiatuszkami śliwy ume na etykiecie. 30y, 335ml, 15%, 30 minut. Okazuje się, że jak umeshu pyszne jest z kieliszka (lub w drinku), z lodem, powoli, tak jest to marny alkohol na picie pod sklepem. Znaczy się po pól butelki miałam trochu dość. Ja- umeshu! No ale chłopcy zdecydowali jeszcze, że pragną jakiegoś jedzenia i poszliśmy kupować chińskie nadziewane naleśniki, co dało mi więcej czasu.
Potem już tylko bawiliśmy się do rana (hitem imprezy były różnokolorowe rurki wypełnione fluorescencyjnym płynem), zmieniwszy jeszcze klub, by na dobre zakończenie nocy (lub dobre rozpoczęcie dnia), wpaść o 5 do Maka.
W domku byłam jakoś tak o 6.30 i myślałam sobie, a spoko, pracę mam na 2.20, wyśpię się. Aha… Udało mi się zdrzemnąć 2 godzinki, a potem już tylko przewracałam się z boku na bok. A przecież normalnie spanie do 11-12 nie sprawa mi problemów. No ale odpoczęłam chwilkę, pointernetowałam, zjadłam lunch i prace też przeżyłam. Od razu widać, że od czerwca nabrałam kondycji :D Dopiero wieczorem poczułam, że jednak trochę przesadziłam z tym klabingiem i tak o 20.30 po prostu mnie ścięło i poszłam spać.
Klub chiński wielkomiejski nie różni się wiele od wielkomiejskich angielskich czy japońskich. Klabing przez duże K. Lans, design, światła, muzyka. Odrobina piany, dużo dymu i śliczne bańki mydlane, które bardzo mnie cieszyły. Na szczęście się nie znam, ale szybko w oczy rzuca się KASA bywalców. Na stołach alkohol- często całe butelki a nie tylko drinki, talerze z owocami. Trendy ppl. Mniej obcokrajowców niż się spodziewałam, ale może dlatego, że środek tygodnia?
Na parkiecie tłumy. Przy stolikach tłumy. Poniedziałek! Nie chcę nawet wiedzieć, jak wygląda klub w sobotę (ale coś mi się zdaje, że szybko się przekonam XD).
Ponieważ przyszłam dopiero o 23.30 (a wyszłam z domu o 22 XD) ominęła mnie pierwsza klejka. Na szczęście Tony („chińczyk- clubbing- person”) tuż przed pierwszą zarządził wyjście na drinka, czyli wymarsz do pobliskiego sklepu (jest duch w narodzie!). bo klubowe drinki drogie. Zaszliśmy więc, a tam na półeczce stało sobie… no co domyślniejsi już wiedzą… UMESHU~~. I to nie to chińskie, tylko japońskie. Znaczy się made In china, ale japońską metodą, przez japoński koncern (nie Choya) z napisem w hiraganie うめしゅ, kwiatuszkami śliwy ume na etykiecie. 30y, 335ml, 15%, 30 minut. Okazuje się, że jak umeshu pyszne jest z kieliszka (lub w drinku), z lodem, powoli, tak jest to marny alkohol na picie pod sklepem. Znaczy się po pól butelki miałam trochu dość. Ja- umeshu! No ale chłopcy zdecydowali jeszcze, że pragną jakiegoś jedzenia i poszliśmy kupować chińskie nadziewane naleśniki, co dało mi więcej czasu.
Potem już tylko bawiliśmy się do rana (hitem imprezy były różnokolorowe rurki wypełnione fluorescencyjnym płynem), zmieniwszy jeszcze klub, by na dobre zakończenie nocy (lub dobre rozpoczęcie dnia), wpaść o 5 do Maka.
W domku byłam jakoś tak o 6.30 i myślałam sobie, a spoko, pracę mam na 2.20, wyśpię się. Aha… Udało mi się zdrzemnąć 2 godzinki, a potem już tylko przewracałam się z boku na bok. A przecież normalnie spanie do 11-12 nie sprawa mi problemów. No ale odpoczęłam chwilkę, pointernetowałam, zjadłam lunch i prace też przeżyłam. Od razu widać, że od czerwca nabrałam kondycji :D Dopiero wieczorem poczułam, że jednak trochę przesadziłam z tym klabingiem i tak o 20.30 po prostu mnie ścięło i poszłam spać.
poniedziałek, 24 sierpnia 2009
Saturday night in SanLiTun
Mija więc kolejny pekiński weekend, nic nie zwiedziłam, niczego się nie nauczyłam, ale… przynajmniej poimprezowałam. Destynacją naszą tym razem było < http://en.wikipedia.org/wiki/Sanlitun>SanLiTun. W aiesecowym gronie 10 osób ruszyliśmy na podbój dzielnicy, a ofiarą nasza padł bar shooters.
Na początku przeżyłam szok wielki, bo się okazało, że za zajęcie stolika w barze (właściwie każdym w Pekinie) się płaci. Tutaj 300-400y. Dopiero dość mocno potem okazało się, że tak owszem płaci się za stolik, ale jest to do „przepicia” czyli nijako ta opłata to minimalna ilość zamówienia, a nie kwota dodatkowa prócz drinków (kamień z serca). A drinki tanie były, 20-25 y. Ale trochę to eliminuje wieczorki w kameralnym gronie :(
Drinki maja tu jak w Jpn, słabe i bez polotu. Sączyłam więc odważnie jak za dawnych czasów, ale okazało się, że 2 drinki i piwo (tutejsze piwo też słabe, 3,5%) zupełnie mi starczyły. Są jednak zalety słabej głowy. Byłam więc pierwszą osobą na parkiecie XD Ktoś musiał przecież imprezę rozkręcić. Na szczęście mają w tym aiesecu jednego bardzo wyluzowanego Chińczyka, który dotrzymał mi kroku, a jak sam stwierdził, jest clubbing person, a reszta już ruszyła za nami. Yey?! Mamy też iść na imprezę w tygodniu, kiedy to wejście jest free.
Przypomniała mi się momentalnie Japonia. Lato nieustannej tokijskiej imprezy, do 6-7 rano po pracy, ladies nights, drinks, gdzie jako dziewczę białe byłam zawsze w centrum uwagi, zachwytów i komplementów, rzeczy w Pl mi obcej. Nie wiem, ja jakoś w Polsce nie umiem się tak bawić, 100% luzu, 100% siebie, na całego. W pl zawsze za bardzo myślę co robię, jak wygadam, obserwuję innych, raczej nie wychylam się z tłumu, no może po za j-rockowymi bibkami sempajek, ale to na zupełnie innej zasadzie, dużo śmiechu, szaleństwa i skakania, ubranka, choć to nawet nie moje klimaty.
Nawet w Anglii jakoś tak inaczej mi się bawiło. Nie wiem, od czego to zależy i pewnie już się nie dowiem.
Miałam zamiar grzecznie ostatnim metrem do domku… ależ naiwna byłam, ostatecznie wracałam taksówką, co uczyniło ten wypad drogim ponad miarę i chyba nie obejdzie się bez wypłacenia dodatkowej kasy z bankomatu, bo raczej nie dotrwam do wypłaty. Choć w sumie to zapłaciłam 80y za prawie godzinę jazdy- i blisko 30 km, cena raczej niewygórowana.
Na początku przeżyłam szok wielki, bo się okazało, że za zajęcie stolika w barze (właściwie każdym w Pekinie) się płaci. Tutaj 300-400y. Dopiero dość mocno potem okazało się, że tak owszem płaci się za stolik, ale jest to do „przepicia” czyli nijako ta opłata to minimalna ilość zamówienia, a nie kwota dodatkowa prócz drinków (kamień z serca). A drinki tanie były, 20-25 y. Ale trochę to eliminuje wieczorki w kameralnym gronie :(
Drinki maja tu jak w Jpn, słabe i bez polotu. Sączyłam więc odważnie jak za dawnych czasów, ale okazało się, że 2 drinki i piwo (tutejsze piwo też słabe, 3,5%) zupełnie mi starczyły. Są jednak zalety słabej głowy. Byłam więc pierwszą osobą na parkiecie XD Ktoś musiał przecież imprezę rozkręcić. Na szczęście mają w tym aiesecu jednego bardzo wyluzowanego Chińczyka, który dotrzymał mi kroku, a jak sam stwierdził, jest clubbing person, a reszta już ruszyła za nami. Yey?! Mamy też iść na imprezę w tygodniu, kiedy to wejście jest free.
Przypomniała mi się momentalnie Japonia. Lato nieustannej tokijskiej imprezy, do 6-7 rano po pracy, ladies nights, drinks, gdzie jako dziewczę białe byłam zawsze w centrum uwagi, zachwytów i komplementów, rzeczy w Pl mi obcej. Nie wiem, ja jakoś w Polsce nie umiem się tak bawić, 100% luzu, 100% siebie, na całego. W pl zawsze za bardzo myślę co robię, jak wygadam, obserwuję innych, raczej nie wychylam się z tłumu, no może po za j-rockowymi bibkami sempajek, ale to na zupełnie innej zasadzie, dużo śmiechu, szaleństwa i skakania, ubranka, choć to nawet nie moje klimaty.
Nawet w Anglii jakoś tak inaczej mi się bawiło. Nie wiem, od czego to zależy i pewnie już się nie dowiem.
Miałam zamiar grzecznie ostatnim metrem do domku… ależ naiwna byłam, ostatecznie wracałam taksówką, co uczyniło ten wypad drogim ponad miarę i chyba nie obejdzie się bez wypłacenia dodatkowej kasy z bankomatu, bo raczej nie dotrwam do wypłaty. Choć w sumie to zapłaciłam 80y za prawie godzinę jazdy- i blisko 30 km, cena raczej niewygórowana.
wtorek, 18 sierpnia 2009
Przeprowadzka
Przeprowadziłam się. Jestem jeszcze bardzo mało zorientowana (i mam wrażenie, że firma jest tak samo niezorientowana) co i jak, ale obawiam się, że będę tego żałować.
Samo mieszkanie jest ładne, jak na Chińskie standardy nawet bardzo ładne. Duża kawalerka- pokój z aneksem kuchennym, łazienka i jeszcze taka maluteńka tyci tyci kuchnia, tylko z kuchenką gazową, żeby można było zamknąć drzwi jak się smaży i zapach nie roznosił się po całym mieszkaniu. Lodówka, szafki, zlew itp. są w pokoju. Całość ma ok. 40 m2. dla jednej osoby to w sam raz.
Nie mam pralki!!! Chcę umrzeć.
Nie mam normalnego materaca, tylko taki z trawą czy czymś tam w środku, cienki i twardy i nie mogę spać bo mnie w żebra i biodra uwiera. Na net też musiałam poczekać 3 dni.
Mieszkam na 23, ostatnim piętrze! Nawet nie chce myśleć, co będzie jak się winda zepsuje albo nie będzie prądu (zdarza się to tutaj). No dobra, tak naprawdę to mieszkam na 20 piętrze, bo tutaj nie ma pięter 4, 13 i 14 !!! :D Zabobonni ci ludzie XD.
Wspominałam już, że nie mam pralki?! Nie mogę absolutnie tego przeżyć. A, nie ma też gdzie prania wieszać. Ani sznurków, ani nic.
Cały czas mówiłam mojemu pracodawcy, że chce mieszkać i pracować bardziej w centrum, ale nim się zdecyduję, chcę zobaczyć i mieszkanie, i nowe przedszkole, i przetestować ewentualne dojazdy. Mocno to podkreślałam. Tymczasem postawiono mnie przed faktem dokonanym, po prostu musiałam zmienić przedszkole i tyle. Strasznie mnie to wkurzyło! Takie tutaj chyba mają podeście do człowieka, jak klocek lego, który można przełożyć z jednego miejsca na drugie nie pytając o zdanie. Świadome decyzje? Zapomnij.
Niby mieszkam koło metra. Aha, tylko, że idę na stację 25 minut, mogę ewentualnie podjechać 2 przystanki autobusem, ale do autobusu też musze iść 7 minut. Można powiedzieć, że to przecież nie tragedia, ale przy takich upałach, jakie są teraz, to masakra, a od listopada, jak się zrobi zimno to już w ogóle będzie strasznie. Do przedszkola tak samo- długi spacer albo autobus, jeszcze nie byłam, to nie wiem dokładnie. Ale najdziwniejsze jest to, że mam pracować w 2 przedszkolach, w tym tutaj rano 3 godziny, w tym drugim 2 h po południu, 4 razy w tyg. Tamto jest w samym centrum-centrum i dojazdy będą mi zajmować 70-90 min w jedną stronę. Więcej jazdy niż pracy w każdym razie.
Sama okolica jest mało ciekawa. Jakieś remonty, budowy, błoto.
Niedaleko jest akademik jakiegoś koledżu/uniwerku przemysłowego czy czegoś. A naprzeciw akademika- stołówka. Ryż z sosem z warzywami można dostać już za 3 yuany. Duża parcja.
Przy metrze jest sklep „wszystko za 2 yuany” (90groszy).
W drugą stronę, odpowiednik naszych hal targowych. Na ogół to 3-6 piętrowy budynek, w którym indywidualni kupcy mają swoje boxy i sprzedają chiński szajs. Ciuchy, buty, bieliznę, akcesoria, kosmetyki, elektronikę i miliony innych made-in-china rzeczy.
Jestem zła. Chcę do mojego wygodnego życia na przedmieściach. Gdzie były owe osiedla, przemyślane, zaplanowane i zbudowane od zera, stosunkowo czyste i schludne, z zadbaną zielenią, kwiatkami, krzaczkami, żywopłotami, drzewkami. Gdzie do pracy szłam 8 minut, miałam całkowity luz i więcej się obijałam niż robiłam.
Samo mieszkanie jest ładne, jak na Chińskie standardy nawet bardzo ładne. Duża kawalerka- pokój z aneksem kuchennym, łazienka i jeszcze taka maluteńka tyci tyci kuchnia, tylko z kuchenką gazową, żeby można było zamknąć drzwi jak się smaży i zapach nie roznosił się po całym mieszkaniu. Lodówka, szafki, zlew itp. są w pokoju. Całość ma ok. 40 m2. dla jednej osoby to w sam raz.
Nie mam pralki!!! Chcę umrzeć.
Nie mam normalnego materaca, tylko taki z trawą czy czymś tam w środku, cienki i twardy i nie mogę spać bo mnie w żebra i biodra uwiera. Na net też musiałam poczekać 3 dni.
Mieszkam na 23, ostatnim piętrze! Nawet nie chce myśleć, co będzie jak się winda zepsuje albo nie będzie prądu (zdarza się to tutaj). No dobra, tak naprawdę to mieszkam na 20 piętrze, bo tutaj nie ma pięter 4, 13 i 14 !!! :D Zabobonni ci ludzie XD.
Wspominałam już, że nie mam pralki?! Nie mogę absolutnie tego przeżyć. A, nie ma też gdzie prania wieszać. Ani sznurków, ani nic.
Cały czas mówiłam mojemu pracodawcy, że chce mieszkać i pracować bardziej w centrum, ale nim się zdecyduję, chcę zobaczyć i mieszkanie, i nowe przedszkole, i przetestować ewentualne dojazdy. Mocno to podkreślałam. Tymczasem postawiono mnie przed faktem dokonanym, po prostu musiałam zmienić przedszkole i tyle. Strasznie mnie to wkurzyło! Takie tutaj chyba mają podeście do człowieka, jak klocek lego, który można przełożyć z jednego miejsca na drugie nie pytając o zdanie. Świadome decyzje? Zapomnij.
Niby mieszkam koło metra. Aha, tylko, że idę na stację 25 minut, mogę ewentualnie podjechać 2 przystanki autobusem, ale do autobusu też musze iść 7 minut. Można powiedzieć, że to przecież nie tragedia, ale przy takich upałach, jakie są teraz, to masakra, a od listopada, jak się zrobi zimno to już w ogóle będzie strasznie. Do przedszkola tak samo- długi spacer albo autobus, jeszcze nie byłam, to nie wiem dokładnie. Ale najdziwniejsze jest to, że mam pracować w 2 przedszkolach, w tym tutaj rano 3 godziny, w tym drugim 2 h po południu, 4 razy w tyg. Tamto jest w samym centrum-centrum i dojazdy będą mi zajmować 70-90 min w jedną stronę. Więcej jazdy niż pracy w każdym razie.
Sama okolica jest mało ciekawa. Jakieś remonty, budowy, błoto.
Niedaleko jest akademik jakiegoś koledżu/uniwerku przemysłowego czy czegoś. A naprzeciw akademika- stołówka. Ryż z sosem z warzywami można dostać już za 3 yuany. Duża parcja.
Przy metrze jest sklep „wszystko za 2 yuany” (90groszy).
W drugą stronę, odpowiednik naszych hal targowych. Na ogół to 3-6 piętrowy budynek, w którym indywidualni kupcy mają swoje boxy i sprzedają chiński szajs. Ciuchy, buty, bieliznę, akcesoria, kosmetyki, elektronikę i miliony innych made-in-china rzeczy.
Jestem zła. Chcę do mojego wygodnego życia na przedmieściach. Gdzie były owe osiedla, przemyślane, zaplanowane i zbudowane od zera, stosunkowo czyste i schludne, z zadbaną zielenią, kwiatkami, krzaczkami, żywopłotami, drzewkami. Gdzie do pracy szłam 8 minut, miałam całkowity luz i więcej się obijałam niż robiłam.
niedziela, 16 sierpnia 2009
Najpierw zaległy post z zeszłego weekendu.
Wybrałam się do Miasta. Najpierw Chinki z aiesecu zabrały mnie do punktu serwisu Nikona, żeby naprawić mój aparat, któremu się coś z obiektywem stało. W czasie, kiedy oni obczajali co jest nie tak i ile będzie mnie kosztować naprawa poszłyśmy na zakupy do jakiegoś dużego let out center. Ciuchy były tam przecenione często po 70 procent, ale i tak ciężko było znaleźć szmatkę za mniej niż 100y. Nie dziękuję?! A One się cieszyły, że Tano, no kaman, to ja wolę przecenę w naszym H&M, Newyorkerze czy gdziekolwiek, ceny lepsze mają. Ale upolowałam moją pierwsze chińskie ubranko- piękną szarą sukienko-bluzę asian style („worek style”). Jak z JPN! Potem poszłyśmy szukać obiadu, idziemy, idziemy a tam- Yoshinoya!!! Prawie się rozpłakałam. Gyuudon~~! Spożywany przeze mnie prawie codziennie w Japonii, nie jedzony od niemal 2 lat gyuudon! (na dzień dzisiejszy mam obczajoną lokalizację 5 Yoshinoi, najważniejsze zaś to, ze jednak jest na Dworcu Zachodnim, gdzie kończy bieg mój wioskowy autobus i jak jadę do centrum, to na ogół tam wysiadam. W czasie obiadu zadzwonili z serwisu, że naprawa aparatu kosztowałaby 950 yuanów (cały obiektyw trzeba wymienić), czyli ponad 400zł, to sobie nowy lepiej kupię. A aparaty i ogólnie elektronika są tu na ogół droższe niż u nas (no chyba, że chce się jakiś no name) T_T. Zastanawiam się, czy nie lepiej w Polsce kupić, taniej, wiadomo, że nie podróbka i będzie mieć gwarancję.
Z tymi smutnymi wieściami ruszyłyśmy do Houhai, absolutnie przegenialnego miejsca! W centrum Pekinu jest Zakazane Miasto, na wschodzie i północy od pałacowego kompleksu znajdują się jeziora. Kilka (a może już kilkanaście) lat temu dzielnica tak, Houhai, przekształciła się w centrum rozrywki, wąskimi uliczkami, pozostałościami hutongów, rikszami pomykającymi żwawo i masą barów wokół caluśkiego jeziora. Całości dopełniają sklepiczki z towarami wszelakimi, w tym tradycyjnego rzemiosła (targowanie się jest obowiązkowe, można nawet negocjować ceny drinków w barach XD) oraz standy z jedzeniem, po mocno zawyżonych cenach. Atmosfera cudowna, światła neonów odbijające się w tafli wody, łódeczki pływające po jeziorach, mostki, feeria kolorów, mieszanka zapachów i dźwięków (choć nie do końca podoba mi się pomysł muzyki na żywo, bo głośno i trudno się gada, a w większości barów jest jakaś piosenkarka/ piosenkarz). Niestety, gdy miejsce stało się modne ceny poszły w górę- tanio nie jest (poza happy hour wczesnym wieczorem). Ale za urok i klimat miejsca, można sobie pozwolić na drinka czy dwa po dość wygórowanych cenach.
W niedzielę zaś wybrałyśmy się już w wąskim, 4 osobowym aiesecowym gronie zwiedzać świątynię lamajską Yonghegong. Wielka i piękna. Dużo posągów buddy, w tym jeden kilkunastometrowy (18?). Właśnie jak skończyłyśmy oglądać ostatni pawilon i miałyśmy wracać zaczęło lać. Strasznie. Ściana wody. Siedziałyśmy tam ponad godzinę i czekałyśmy,by przestało, ale oczywiście nie przestało. Zdecydowałyśmy się iść, po 50 metrach byłyśmy całkowicie przemoczone. Pojechałyśmy jeszcze do Wudaokou (gdzie jest aiesecowy dom i biuro) i poszłyśmy na obiad na SUSHI~~~! :D Średnie sushi w średniej cenie.
A potem na zakupy. Mają tam taką halę ze sklepikami z koreańskim stafem, od ciuchów po kosmetyki. Jest też jeden sklep z ubrankami japońskimi, ale drogi T_T A na ulicy kupiłam sobie wreszcie 4 (nie miałam więcej kasy T_T) badziewie koszulki za 10 yuanów za sztukę (4,5zł), właśnie takie, jakie zawsze widziałam oczyma wyobraźni w Polsce i z myślą o których nie brałam tutaj wielu ubrań. Powrót do domu zajął mi 2h 45 min XD. 3 linie metra, każdą po 3 przystanki plus przejście (a między linią 13 i 2 idzie się chyba z 15 minut XD), potem z metra na dworzec zachodni (20-25 minut piechotą)- tego, że metro nie dochodzi do największego dworca na świecie (jak czytałam na Wiki) i trzeba iść tyle do dziś nie mogę pojąć. Na dworcu się trochę zgubiłam, bo część przejść (tych mi znanych) jest zamknięta wieczorem XD i strasznie się stresowałam, że nie zdążę na ostatni autobus, ale udało się nawet na przedostatni zdążyć^^ nocą droga zajęła tylko 45 minut a nie ponad godzinę.
Wybrałam się do Miasta. Najpierw Chinki z aiesecu zabrały mnie do punktu serwisu Nikona, żeby naprawić mój aparat, któremu się coś z obiektywem stało. W czasie, kiedy oni obczajali co jest nie tak i ile będzie mnie kosztować naprawa poszłyśmy na zakupy do jakiegoś dużego let out center. Ciuchy były tam przecenione często po 70 procent, ale i tak ciężko było znaleźć szmatkę za mniej niż 100y. Nie dziękuję?! A One się cieszyły, że Tano, no kaman, to ja wolę przecenę w naszym H&M, Newyorkerze czy gdziekolwiek, ceny lepsze mają. Ale upolowałam moją pierwsze chińskie ubranko- piękną szarą sukienko-bluzę asian style („worek style”). Jak z JPN! Potem poszłyśmy szukać obiadu, idziemy, idziemy a tam- Yoshinoya!!! Prawie się rozpłakałam. Gyuudon~~! Spożywany przeze mnie prawie codziennie w Japonii, nie jedzony od niemal 2 lat gyuudon! (na dzień dzisiejszy mam obczajoną lokalizację 5 Yoshinoi, najważniejsze zaś to, ze jednak jest na Dworcu Zachodnim, gdzie kończy bieg mój wioskowy autobus i jak jadę do centrum, to na ogół tam wysiadam. W czasie obiadu zadzwonili z serwisu, że naprawa aparatu kosztowałaby 950 yuanów (cały obiektyw trzeba wymienić), czyli ponad 400zł, to sobie nowy lepiej kupię. A aparaty i ogólnie elektronika są tu na ogół droższe niż u nas (no chyba, że chce się jakiś no name) T_T. Zastanawiam się, czy nie lepiej w Polsce kupić, taniej, wiadomo, że nie podróbka i będzie mieć gwarancję.
Z tymi smutnymi wieściami ruszyłyśmy do Houhai, absolutnie przegenialnego miejsca! W centrum Pekinu jest Zakazane Miasto, na wschodzie i północy od pałacowego kompleksu znajdują się jeziora. Kilka (a może już kilkanaście) lat temu dzielnica tak, Houhai, przekształciła się w centrum rozrywki, wąskimi uliczkami, pozostałościami hutongów, rikszami pomykającymi żwawo i masą barów wokół caluśkiego jeziora. Całości dopełniają sklepiczki z towarami wszelakimi, w tym tradycyjnego rzemiosła (targowanie się jest obowiązkowe, można nawet negocjować ceny drinków w barach XD) oraz standy z jedzeniem, po mocno zawyżonych cenach. Atmosfera cudowna, światła neonów odbijające się w tafli wody, łódeczki pływające po jeziorach, mostki, feeria kolorów, mieszanka zapachów i dźwięków (choć nie do końca podoba mi się pomysł muzyki na żywo, bo głośno i trudno się gada, a w większości barów jest jakaś piosenkarka/ piosenkarz). Niestety, gdy miejsce stało się modne ceny poszły w górę- tanio nie jest (poza happy hour wczesnym wieczorem). Ale za urok i klimat miejsca, można sobie pozwolić na drinka czy dwa po dość wygórowanych cenach.
W niedzielę zaś wybrałyśmy się już w wąskim, 4 osobowym aiesecowym gronie zwiedzać świątynię lamajską Yonghegong. Wielka i piękna. Dużo posągów buddy, w tym jeden kilkunastometrowy (18?). Właśnie jak skończyłyśmy oglądać ostatni pawilon i miałyśmy wracać zaczęło lać. Strasznie. Ściana wody. Siedziałyśmy tam ponad godzinę i czekałyśmy,by przestało, ale oczywiście nie przestało. Zdecydowałyśmy się iść, po 50 metrach byłyśmy całkowicie przemoczone. Pojechałyśmy jeszcze do Wudaokou (gdzie jest aiesecowy dom i biuro) i poszłyśmy na obiad na SUSHI~~~! :D Średnie sushi w średniej cenie.
A potem na zakupy. Mają tam taką halę ze sklepikami z koreańskim stafem, od ciuchów po kosmetyki. Jest też jeden sklep z ubrankami japońskimi, ale drogi T_T A na ulicy kupiłam sobie wreszcie 4 (nie miałam więcej kasy T_T) badziewie koszulki za 10 yuanów za sztukę (4,5zł), właśnie takie, jakie zawsze widziałam oczyma wyobraźni w Polsce i z myślą o których nie brałam tutaj wielu ubrań. Powrót do domu zajął mi 2h 45 min XD. 3 linie metra, każdą po 3 przystanki plus przejście (a między linią 13 i 2 idzie się chyba z 15 minut XD), potem z metra na dworzec zachodni (20-25 minut piechotą)- tego, że metro nie dochodzi do największego dworca na świecie (jak czytałam na Wiki) i trzeba iść tyle do dziś nie mogę pojąć. Na dworcu się trochę zgubiłam, bo część przejść (tych mi znanych) jest zamknięta wieczorem XD i strasznie się stresowałam, że nie zdążę na ostatni autobus, ale udało się nawet na przedostatni zdążyć^^ nocą droga zajęła tylko 45 minut a nie ponad godzinę.
wtorek, 11 sierpnia 2009
dzień wolny gratis
Dostałam SMSa, że dziś w przedszkolu będzie policja i mam tam nie iść, gdyż nie do końca mam taką wizę, jaką mieć powinnam. Mojemu byłemu niedoszłemu pracodawcy nie chciało się załatwiać wizowych formalności. Niby zawsze mogę mówić, że pracuję jako wolontariusz niosąc kaganek oświaty, ale i tak poczułam się jak w Japonii, gdzie co dzień kminiłam, czy aby policja do roboty nie przyjdzie i nas zgarnie.
Mam więc drugi już, nieplanowany wolny dzień (1ego sierpnia mieli w przedszkolu jakiś event i też powiedzieli, że mogę nie przychodzić). Wolałabym wiedzieć o takim wolnym z wyprzedzeniem, by sobie zaplanować jakieś zwiedzanie, a nie marnować czas na net, zakupy i spanie.
Z drugie zaś strony, jest jeszcze bardziej gorąco niż zwykle i od wczoraj świeci słońce! Niebo na dobrą sprawę ma niebieski kolor, choć nie jest to nasz lazurowy, tylko taki mocno „sprany”, tudzież przybrudzony smogiem blady błękit. Nawet chmury da się wyróżnić.
Za gorąco, by się gdzieś ruszać, a jeszcze by na mnie świeciło… Posiedzę sobie w moim klimatyzowanym pokoju. Poszukam w necie, co fajnego można zwiedzać w bardziej sprzyjających warunkach pogodowych!
Mam więc drugi już, nieplanowany wolny dzień (1ego sierpnia mieli w przedszkolu jakiś event i też powiedzieli, że mogę nie przychodzić). Wolałabym wiedzieć o takim wolnym z wyprzedzeniem, by sobie zaplanować jakieś zwiedzanie, a nie marnować czas na net, zakupy i spanie.
Z drugie zaś strony, jest jeszcze bardziej gorąco niż zwykle i od wczoraj świeci słońce! Niebo na dobrą sprawę ma niebieski kolor, choć nie jest to nasz lazurowy, tylko taki mocno „sprany”, tudzież przybrudzony smogiem blady błękit. Nawet chmury da się wyróżnić.
Za gorąco, by się gdzieś ruszać, a jeszcze by na mnie świeciło… Posiedzę sobie w moim klimatyzowanym pokoju. Poszukam w necie, co fajnego można zwiedzać w bardziej sprzyjających warunkach pogodowych!
poniedziałek, 10 sierpnia 2009
Pierwsza wizyta w chińskim mieszkaniu, czyli babskie pogaduszki.
Dzisiaj po pracy Tina z która pracuję, zaproponowała, żebyśmy razem z innymi dziewczynami pojechały do niej do mieszkania, po drdze kupiły jedzenie na wnos i zjadły razem obiad. Przystałam na propozycje bez namysłu. Było przezabawnie, jedzenie dobre i tanie. Przez chwilę oglądałyśmy TV, (mam u siebie w mieszkaniu TV, ale jeszcze nie miałam okazji go włączyć), ale że nic nie kumałam, to Tina postanowiła włączyć jakieś DVD, żeby były ang. napisy. Wyjęła pierwza lepsza płytkę DVD, a tam Hong Kong Gigolo. A że się seksili na ekranie co 5 minut („to oni maja tu takie filmy?!?!?’- pomyślałam sobie), to miałyśmy kilka zabawnych, a kilka poważnych rozmów tematycznych. Niestety niewiele się dowiedziałam, bo ich angielski jest tak biedny, że w tej dziedzinie nie kumają zupełnie nic, nie było nawet sensu dopytywać. Na szczęście w można tutaj sporo gestami wyjaśnić, albo powołać się na aktualnie pokazywaną na ekranie scenę. Na przykład jęknięcie zachodu jednej- „Mój chłopak nigdy taki nie jest/ tak nie robi” :D przy wskazaniu na jakiś namiętny moment.
Gadałam w weekend z aiesecerami i powiedzieli, że oni tutaj to robią jak wszędzie, cenzura, godziny policyjne w akademikach, tradycyjna moralność niewielki wpływ mają na młodych ludzi, ale się o tym nie mówi.
Byłam w sobotę na zakupach z Chinkami, chciałam sobie między innymi jakiś stanik kupić, ale nie ma tu mojego rozmiaru. Jak już w końcu znalazłam coś, co mogłoby pasować, to naturalnie brzydki był. Zażartowałam do jednej- że nie chodzi tylko o rozmiar, musi być jeszcze ładny, bo nigdy nie wiadomo, czy ktoś mnie nie będzie w tym oglądać, a Chinka sucho rzuciła „nie rozumiem, co masz na myśli”. Samo zdanie raczej kumała, bo daje radę o ang. nie wiem tylko, czy nie wychwyciła aluzji, czy po prostu chciała z automatu urwać temat.
Dlatego tak strasznie się zdziwiłam, jak wyluzowane były te moje przedszkolanki. Chociaż, jak temat zszedł na prezerwatywy (tego słowa naturalnie też nie znały i by się dogadać, o czym teraz właściwie jest mowa, musiałyśmy przewinąć film do sceny, w której pojawia się ów artefakt) to Tina wyjęła całą kolekcję ze swej torebki XD i 2 dziewczyny chyba jednak nie miały z tym do czynienia, bo otworzyły i zaczęły obczajać uo co loto XD A wesoło było bardzo.
Sam film zaś powinien był być ocenzurowany, albo w ogóle zakazany, ale wszystko tu pirackie DVD, zapewne ściągnięte z netu. Z zakupem tak surowo zakazanego porno podobno tez nie ma problemu, tylko trzeba wiedzieć gdzie.
Samo mieszkanie też było całkiem spoko, spore (wygada na to, ze nie mają tutaj takich klitek jak w JPN) 2 sypialnie, living room, kuchnia, łazienka z europejskim kibelkiem; względnie czyste; sensownie urządzone. Zdziwiłam się. I zupełnie niedrogie 1100 RMB+ rachunki około RMB200, do podziału na 3. Wygląda na to, ze różnice wynajmu mieszkania na przedmieściach a w centrum są ogromne, mówiono mi, że w centrum trudno znaleźć pokój za RMB 2000, a w Liangsiang, które przecież jest nadal w Pekinie, 3-pokojowie mieszkanie to 1100, czyli jakieś 500zł
Gadałam w weekend z aiesecerami i powiedzieli, że oni tutaj to robią jak wszędzie, cenzura, godziny policyjne w akademikach, tradycyjna moralność niewielki wpływ mają na młodych ludzi, ale się o tym nie mówi.
Byłam w sobotę na zakupach z Chinkami, chciałam sobie między innymi jakiś stanik kupić, ale nie ma tu mojego rozmiaru. Jak już w końcu znalazłam coś, co mogłoby pasować, to naturalnie brzydki był. Zażartowałam do jednej- że nie chodzi tylko o rozmiar, musi być jeszcze ładny, bo nigdy nie wiadomo, czy ktoś mnie nie będzie w tym oglądać, a Chinka sucho rzuciła „nie rozumiem, co masz na myśli”. Samo zdanie raczej kumała, bo daje radę o ang. nie wiem tylko, czy nie wychwyciła aluzji, czy po prostu chciała z automatu urwać temat.
Dlatego tak strasznie się zdziwiłam, jak wyluzowane były te moje przedszkolanki. Chociaż, jak temat zszedł na prezerwatywy (tego słowa naturalnie też nie znały i by się dogadać, o czym teraz właściwie jest mowa, musiałyśmy przewinąć film do sceny, w której pojawia się ów artefakt) to Tina wyjęła całą kolekcję ze swej torebki XD i 2 dziewczyny chyba jednak nie miały z tym do czynienia, bo otworzyły i zaczęły obczajać uo co loto XD A wesoło było bardzo.
Sam film zaś powinien był być ocenzurowany, albo w ogóle zakazany, ale wszystko tu pirackie DVD, zapewne ściągnięte z netu. Z zakupem tak surowo zakazanego porno podobno tez nie ma problemu, tylko trzeba wiedzieć gdzie.
Samo mieszkanie też było całkiem spoko, spore (wygada na to, ze nie mają tutaj takich klitek jak w JPN) 2 sypialnie, living room, kuchnia, łazienka z europejskim kibelkiem; względnie czyste; sensownie urządzone. Zdziwiłam się. I zupełnie niedrogie 1100 RMB+ rachunki około RMB200, do podziału na 3. Wygląda na to, ze różnice wynajmu mieszkania na przedmieściach a w centrum są ogromne, mówiono mi, że w centrum trudno znaleźć pokój za RMB 2000, a w Liangsiang, które przecież jest nadal w Pekinie, 3-pokojowie mieszkanie to 1100, czyli jakieś 500zł
sobota, 8 sierpnia 2009
Impreza na pekińskiej prowincji
W piątek wybrałam się z dziołszkami z pracy do klubu, bo ku mojemu ogromnemu zdziwieniu okazało się, że w Liangxiang, gdzie mieszkam (około 110.000 mieszkańców), są nawet 2 kluby. Spodziewałam się totalnej porażki i klimatu imprezy w remizie, ale zapał mój był wielki i nawet fakt, że pogadać sobie nie możemy raczej (dwie dziewuszki mówią słabo po ang, a następne trzy znają tylko pojedyncze słowa i zupełnie nic nie kumają) nie mógł go ostudzić. Zostałam zaskoczona na plus, klub wyglądał spoko, całkiem fajnie urządzony, ładne mebelki, nic bardzo fancy, ale nie mają się czego wstydzić. Muzyka też była spoko, różnorodna: elektroniczna- dramy- taneczne remixy różnych kawałków (np. lambada i wszędzie teraz panujący Michael Jackson), dla szukających czegoś ambitnego raczej lipa, ale żeby skoczyć się pobawić i powygłupiać- w sam raz.( + piękny DJ.) A wygłupiałyśmy się sporo i w ogóle był taki luzik bez lansu (z naszej strony, bo część Chinek jak z okładki żurnala, zarówno glamour jak i gyaru).
Przyszłyśmy do klubu, a właściwie zostałyśmy przywiezione przez chłopaka jednej z dziewczyn, po 22, ale było jeszcze pustawo, nikt nie tańczył. Postanowiłyśmy rozkręcić imprezę, poszłyśmy na parkiet a za nami ruszyły jeszcze jakieś 2 czupiradła, trwała+tapir, tona tapety i odstawały parę zupełnie zsynchronizowanych układów tanecznych do kliku kolejnych kawałków. Ciekawe ile to ćwiczyły… Wygadały przezabawnie; bardzo były wczute. Na początku myślałam, że może to pracownice klubu zapodają kroki XD ale jednak one tak same z siebie. Tak około 23 się towarzystwo rozruszało.
Aż tu nagle o północy muzykę nieco ściszono, zapalono światła, ludzie zeszli z parkietu a na środek wyszedł jakiś wylansowany koleś, coś tam sobie pogadał do gości i zaczął śpiewać (nienajlepiej mu szło). Trwało to dobre pół godziny, z jakimś konkursem w międzyczasie i mnie prawie zmarłam ze śmiechu. To się nazywa klimat.
A dodam jeszcze, że co chwile podchodziła do mnie któraś z kelnerek, żeby mi powiedzieć „You are sooo beautiful” bardzo łamaną angielszczyzną z zachwytem w głosie. Fufufufu, nie powiem, miło mi było, zwłaszcza słysząc to od dziewczyn. Zresztą zdarza mi się to nie tylko w klubie, jak mierzę jakieś ciuchy w sklepie, albo po prostu jadę autobusem… Można się dowartościować XD
Ewidentnie nie jest to klub, do którego zagadają biali.
Przyszłyśmy do klubu, a właściwie zostałyśmy przywiezione przez chłopaka jednej z dziewczyn, po 22, ale było jeszcze pustawo, nikt nie tańczył. Postanowiłyśmy rozkręcić imprezę, poszłyśmy na parkiet a za nami ruszyły jeszcze jakieś 2 czupiradła, trwała+tapir, tona tapety i odstawały parę zupełnie zsynchronizowanych układów tanecznych do kliku kolejnych kawałków. Ciekawe ile to ćwiczyły… Wygadały przezabawnie; bardzo były wczute. Na początku myślałam, że może to pracownice klubu zapodają kroki XD ale jednak one tak same z siebie. Tak około 23 się towarzystwo rozruszało.
Aż tu nagle o północy muzykę nieco ściszono, zapalono światła, ludzie zeszli z parkietu a na środek wyszedł jakiś wylansowany koleś, coś tam sobie pogadał do gości i zaczął śpiewać (nienajlepiej mu szło). Trwało to dobre pół godziny, z jakimś konkursem w międzyczasie i mnie prawie zmarłam ze śmiechu. To się nazywa klimat.
A dodam jeszcze, że co chwile podchodziła do mnie któraś z kelnerek, żeby mi powiedzieć „You are sooo beautiful” bardzo łamaną angielszczyzną z zachwytem w głosie. Fufufufu, nie powiem, miło mi było, zwłaszcza słysząc to od dziewczyn. Zresztą zdarza mi się to nie tylko w klubie, jak mierzę jakieś ciuchy w sklepie, albo po prostu jadę autobusem… Można się dowartościować XD
Ewidentnie nie jest to klub, do którego zagadają biali.
wtorek, 4 sierpnia 2009
Kici kici?
Wiecie, jestem tu już od ponad tygodnia, ale jakoś nigdzie nie widziałam ani jednego kota!
Tak, mnie też w pierwszej chwili, gdy to sobie uświadomiłam, do głowy napłynęła myśl- "wszystkie koty zjedzone".
Widuję ludzi z psami, więc to nie to, że się nie trzyma zwierząt w domach. Hmm, może na moim wielkim blokowisku dzikich kotów nie ma, a domowych po prostu się nie wypuszcza na dwór, tylko trzyma zawsze w mieszkaniach, tak jak i u nas? I dlatego ich nigdzie nie widać? W końcu kot to nie pies, nie weźmiesz go na smycz i na spacer.
Ale tak bym sobie pogłaskała jakiegoś nekochana.
Tak, mnie też w pierwszej chwili, gdy to sobie uświadomiłam, do głowy napłynęła myśl- "wszystkie koty zjedzone".
Widuję ludzi z psami, więc to nie to, że się nie trzyma zwierząt w domach. Hmm, może na moim wielkim blokowisku dzikich kotów nie ma, a domowych po prostu się nie wypuszcza na dwór, tylko trzyma zawsze w mieszkaniach, tak jak i u nas? I dlatego ich nigdzie nie widać? W końcu kot to nie pies, nie weźmiesz go na smycz i na spacer.
Ale tak bym sobie pogłaskała jakiegoś nekochana.
niedziela, 2 sierpnia 2009
Tam gdzie słońce nie dochodzi.
Rozmawiałam ze Stevenem (ang. imię Chińczyka z aiesecu, który załatwił ten staż) dziś. W sumie miły i wydaje się skory do pomocy, tylko jak wszyscy- na wakacjach, nie w Beijinie.
Istnieje szansa, że od września jednak będę pracować w centrum bardziej. Ale po moich dotychczasowych kontaktach z Chińczykami nie nastawiam się na to wcale. W każdym razie jest mała nadzieja, że nie umrę tu z nudy i samotności.
Jak dotychczas nie wiedziałam tutaj (i jak byłam w centrum też) ani jednego białego człowieka (czarnego też) XD
Ciekawostka na dziś: światło na klatce schodowej jest na „fotokomórkę”, foto w cudzysłowie ponieważ światło się zapala na dźwięk, więc co piętro trzeba tupnąć :D
Pekin to miejsce, w którym słońce prawie nigdy nie świeci. Raj dla mnie, pomyśleć można. Do momentu, gdy się załapie, że to co zakrywa słońce to nie chmury, tylko osławiony smog. Przynajmniej tak zgaduję. Bo słońce jest w sumie lekko widoczne, prześwituje przez „chmury” i grzeje, ale światło nie dociera, a drzewa i budynki nie mają cienia. Nie ma też ani skrawka błękitnego nieba- cały czas szarobiałe, tylko przy słońcu widać lekki zarys chmur. Dalsze budowle wydają się spowita mgłą. Opaliłam się przez to T_T, bo słońca może nie widać, ale jednak jakieś promieniowanie dociera. Na szczęście nie mocno, bo to jednak nie to samo co „czyste” słonce.
A wieczorem… A wieczorem miasto przechodzi metamorfozę. Waaaaa. Raczej puste za dnia uliczki wypełniają się ludźmi, robi się gwarno, słuchać muzykę wszelkiego rodzaju, od tradycyjnej po pop, ale raczej w chińskim wydaniu (dziś słyszałam w supermarkecie chińską przeróbkę Ozone). Zapalają się neony. Na placu przy głównym skrzyżowaniu ludzie TAŃCZĄ. Są dwie grupy, jedna (same kobiety) tańczy coś w rodzaju aerobiku połączonego z tańcem, powtarzając ruchy za energiczną kobietą na przedzie. Druga grupka na placu obok, to pary, głównie starsze, zarówno mieszane jak i kobieta z kobietą, tańczą tańce towarzyskie
Nad nimi rozciągnięte są sznury lampek, czerwonych i fioletowych, klimat nieziemski.
Istnieje szansa, że od września jednak będę pracować w centrum bardziej. Ale po moich dotychczasowych kontaktach z Chińczykami nie nastawiam się na to wcale. W każdym razie jest mała nadzieja, że nie umrę tu z nudy i samotności.
Jak dotychczas nie wiedziałam tutaj (i jak byłam w centrum też) ani jednego białego człowieka (czarnego też) XD
Ciekawostka na dziś: światło na klatce schodowej jest na „fotokomórkę”, foto w cudzysłowie ponieważ światło się zapala na dźwięk, więc co piętro trzeba tupnąć :D
Pekin to miejsce, w którym słońce prawie nigdy nie świeci. Raj dla mnie, pomyśleć można. Do momentu, gdy się załapie, że to co zakrywa słońce to nie chmury, tylko osławiony smog. Przynajmniej tak zgaduję. Bo słońce jest w sumie lekko widoczne, prześwituje przez „chmury” i grzeje, ale światło nie dociera, a drzewa i budynki nie mają cienia. Nie ma też ani skrawka błękitnego nieba- cały czas szarobiałe, tylko przy słońcu widać lekki zarys chmur. Dalsze budowle wydają się spowita mgłą. Opaliłam się przez to T_T, bo słońca może nie widać, ale jednak jakieś promieniowanie dociera. Na szczęście nie mocno, bo to jednak nie to samo co „czyste” słonce.
A wieczorem… A wieczorem miasto przechodzi metamorfozę. Waaaaa. Raczej puste za dnia uliczki wypełniają się ludźmi, robi się gwarno, słuchać muzykę wszelkiego rodzaju, od tradycyjnej po pop, ale raczej w chińskim wydaniu (dziś słyszałam w supermarkecie chińską przeróbkę Ozone). Zapalają się neony. Na placu przy głównym skrzyżowaniu ludzie TAŃCZĄ. Są dwie grupy, jedna (same kobiety) tańczy coś w rodzaju aerobiku połączonego z tańcem, powtarzając ruchy za energiczną kobietą na przedzie. Druga grupka na placu obok, to pary, głównie starsze, zarówno mieszane jak i kobieta z kobietą, tańczą tańce towarzyskie
Nad nimi rozciągnięte są sznury lampek, czerwonych i fioletowych, klimat nieziemski.
Subskrybuj:
Posty (Atom)