poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Saturday night in SanLiTun

Mija więc kolejny pekiński weekend, nic nie zwiedziłam, niczego się nie nauczyłam, ale… przynajmniej poimprezowałam. Destynacją naszą tym razem było < http://en.wikipedia.org/wiki/Sanlitun>SanLiTun. W aiesecowym gronie 10 osób ruszyliśmy na podbój dzielnicy, a ofiarą nasza padł bar shooters.

Na początku przeżyłam szok wielki, bo się okazało, że za zajęcie stolika w barze (właściwie każdym w Pekinie) się płaci. Tutaj 300-400y. Dopiero dość mocno potem okazało się, że tak owszem płaci się za stolik, ale jest to do „przepicia” czyli nijako ta opłata to minimalna ilość zamówienia, a nie kwota dodatkowa prócz drinków (kamień z serca). A drinki tanie były, 20-25 y. Ale trochę to eliminuje wieczorki w kameralnym gronie :(
Drinki maja tu jak w Jpn, słabe i bez polotu. Sączyłam więc odważnie jak za dawnych czasów, ale okazało się, że 2 drinki i piwo (tutejsze piwo też słabe, 3,5%) zupełnie mi starczyły. Są jednak zalety słabej głowy. Byłam więc pierwszą osobą na parkiecie XD Ktoś musiał przecież imprezę rozkręcić. Na szczęście mają w tym aiesecu jednego bardzo wyluzowanego Chińczyka, który dotrzymał mi kroku, a jak sam stwierdził, jest clubbing person, a reszta już ruszyła za nami. Yey?! Mamy też iść na imprezę w tygodniu, kiedy to wejście jest free.

Przypomniała mi się momentalnie Japonia. Lato nieustannej tokijskiej imprezy, do 6-7 rano po pracy, ladies nights, drinks, gdzie jako dziewczę białe byłam zawsze w centrum uwagi, zachwytów i komplementów, rzeczy w Pl mi obcej. Nie wiem, ja jakoś w Polsce nie umiem się tak bawić, 100% luzu, 100% siebie, na całego. W pl zawsze za bardzo myślę co robię, jak wygadam, obserwuję innych, raczej nie wychylam się z tłumu, no może po za j-rockowymi bibkami sempajek, ale to na zupełnie innej zasadzie, dużo śmiechu, szaleństwa i skakania, ubranka, choć to nawet nie moje klimaty.
Nawet w Anglii jakoś tak inaczej mi się bawiło. Nie wiem, od czego to zależy i pewnie już się nie dowiem.

Miałam zamiar grzecznie ostatnim metrem do domku… ależ naiwna byłam, ostatecznie wracałam taksówką, co uczyniło ten wypad drogim ponad miarę i chyba nie obejdzie się bez wypłacenia dodatkowej kasy z bankomatu, bo raczej nie dotrwam do wypłaty. Choć w sumie to zapłaciłam 80y za prawie godzinę jazdy- i blisko 30 km, cena raczej niewygórowana.

1 komentarz:

aneczka pisze...

Opłata za zajęcie stolika? O.O Bulwers! I to tak w każdym klubie? o.O

Ha, zdecydowanie poza własnym krajem człowiek się wyluzowuje. Ja też bez krępacji wskakuję w kuse sukieneczki i łażę z biustem na wierzchu co w Polsce jest dla mnie nie do pomyślenia. Właściwie sama nie wiem dlaczego...