Pojechałam odebrać dziś odebrać moją gaijin kartę. Pojechałam, to za duże słowo, jako, że mój autobus nie przyjeżdżał i nie przyjeżdżał i po 25 minutach się poddałam. Faktycznie, był koszmarny korek, więc najpierw czekałam cierpliwie, ale potem zaczęłam się bać, że mi urząd zamkną i zdecydowałam się iść pieszo. Jedyna zaleta- odkryłam kaitenzushi po drodze A ponad godzinny spacer pozwolił mam nadzieję spalić trochę świeżo nabytego tłuszczyku, bo utyłam tu już 2 kilo T.T
Tak więc mam moje 外国人登録証明書 czyli Gaijin kartę, zwaną oficjalnie Certificate of Alien Registration.
Wróciłam zaś drogą eksperymentalną, od północnej strony, niezdanym mi autobusem. Dzięki temu odkryłam, że niedaleko mam sukiyę, jedną z „trzech wielkich” (obok matsui i yoshinoi) sieciówek gyuudon/kare. Yosh~~ Tyle, że w tamtą stronę zawsze mi nie po drodze.
A ponarzekam sobie teraz na autobusy. W Tokio jest całkiem sporo autobusów, choć zawsze kojarzone jest z zatłoczonymi pociągami i metrem. Ale nie ma nigdzie mapy komunikacji autobusowej. Całe Tokio obsługuje pewnie kilkanaście, jak nie więcej przewoźników, każdy ma swoją stronę, swoje schematy komunikacji, rzadziej dokładne mapki. O angielskim zapomnij. Nie ma strony, która by to zbierała do kupy, wyszukiwała połączenia, przesiadki itp. W mojej okolicy sjest przynamniej 3 przewoźników, ale nawet w urzędzie dzielnicy w punkcie informacji nikt nie potrafił mi powiedzieć, jak trafić spowrotem do domu mam, nie mieli mapek, ulotek itp. Do tego oczywiście każda firma ma swoje bilety, nie ma biletów godzinnych ani nic podobnego. Bywają czasem jednodniowe, ale tylko na jednego przewoźnika i zdaje się na ograniczonym terenie, a nie w całym Tokio. Wspólnych przystanków też się nie praktykuje, poza komunikacyjnymi węzłami w rodzaju dworzec, choć i tam, rzecz jasna przystanki SA osobne, ale w miarę obok siebie. Trasy autobusów są bardzo krótkie i mało rozmaite, trzeba się więc przesiadać, co przy braku biletów czasowych powoduje kumulację kosztów. Tak więc by dojechać do urzędu dzielnicy, jakieś 4km w linii prostej, na przykład powinnam wsiąść w autobus 21, potem zaś przesiąść się na jeżdżący co 2 godziny 30. Potrzebne mi więc 4 bilety po 210y, czyli krótka przejażdżka kosztuje mnie 27zł XD Chociaż i tak najbardziej boli mnie brak wyszukiwarki lub chociaż mapy z zaznaczonymi WSZYSTKIMI autobusami. Tęsknię za Pekinem i jego dziką siecią pół-darowych autobusów!
piątek, 30 kwietnia 2010
czwartek, 29 kwietnia 2010
GV
Dzisiejsze Global village w Yoyogi olimpic memorial center było znacznie lepiej zorganizowane, choć nie obyło się bez trudności technicznych i 30min poślizgu na początku.
(Droga dojazdu jaką mi podali też była z kosmosu wzięta, JR, przesiadki… tymczasem Yoyogi leży na mojej nitce metra, szybciej i taniej. Nie wiem, jak oni sprawdzają te połączenia >.>;;;;;;; a dodajmy, że każdy siedzi z nosem w komórce, z internetem of kors, i w kółko sprawdza a to pociągi, a to maile, a to newsy.)
Najpierw graliśmy w klika śmiesznych gier integracyjnych, jak to w aiesecu >.>’’ (w tym gra karciana, która zupełnie nie miała sensu, bo źle zapisali zasady, ale coż…) a potem przygotowaliśmy standy o różnych krajach. Było 3 Japończyków, którzy mieli praktyki w PL i mieli pełno fajnego stafu o Polsce i opowiadali w około (to wtóru ze mną) jak to w Polsce fajowo jest i że to wymarzone miejsce na staż :DDD Bardzo to przyjemne było.
Po częsce oficjalnej nastąpiła część mniej oficjalna, czyli nomikaj! Frekwencja bardzo dopisała, więc było bardzo wesoło. Za to bar do którego poszliśmy nie dopisał. Miejsce małe i zupełnie bez klimatu, nie mieli umeshu (!!!), a drinki były niedobre, zbyt słodkie i słabe, robione z jakichś napojów, a nie soków, jak zirytowana zamówiłam klasyka- skrew driver, to nawet nie był z sokiem pomarańczowym, tylko jakimś zółtym płynem XD. Ale poza tym było bardzo zabawnie i głośno, jeden chłopaczek zaliczył nawet zgona (podczas kiedy ja bardzo gambarowałam, by w ogóle się upić, bez efektu, więcej płynu po prostu nie zmieściło się do żołądka), inny wyznawał wszystkim miłość. Poznałam też, dziś rano przybyłego, praktykanta z Węgier.
Zrobiłam skan Japończyków, 2 którzy mi się podobają mają po 18 lat. >.>;;; dodajmy, że w Japonii pełnoletniość to wiek 20, tak wiec umawiałabym się z miseinensha, którzy teoretycznie nawet pić nie mogą. Praktycznie łoczwscie każdy pije i nie ma z tym nigdy problemów. Praworządność.
(Droga dojazdu jaką mi podali też była z kosmosu wzięta, JR, przesiadki… tymczasem Yoyogi leży na mojej nitce metra, szybciej i taniej. Nie wiem, jak oni sprawdzają te połączenia >.>;;;;;;; a dodajmy, że każdy siedzi z nosem w komórce, z internetem of kors, i w kółko sprawdza a to pociągi, a to maile, a to newsy.)
Najpierw graliśmy w klika śmiesznych gier integracyjnych, jak to w aiesecu >.>’’ (w tym gra karciana, która zupełnie nie miała sensu, bo źle zapisali zasady, ale coż…) a potem przygotowaliśmy standy o różnych krajach. Było 3 Japończyków, którzy mieli praktyki w PL i mieli pełno fajnego stafu o Polsce i opowiadali w około (to wtóru ze mną) jak to w Polsce fajowo jest i że to wymarzone miejsce na staż :DDD Bardzo to przyjemne było.
Po częsce oficjalnej nastąpiła część mniej oficjalna, czyli nomikaj! Frekwencja bardzo dopisała, więc było bardzo wesoło. Za to bar do którego poszliśmy nie dopisał. Miejsce małe i zupełnie bez klimatu, nie mieli umeshu (!!!), a drinki były niedobre, zbyt słodkie i słabe, robione z jakichś napojów, a nie soków, jak zirytowana zamówiłam klasyka- skrew driver, to nawet nie był z sokiem pomarańczowym, tylko jakimś zółtym płynem XD. Ale poza tym było bardzo zabawnie i głośno, jeden chłopaczek zaliczył nawet zgona (podczas kiedy ja bardzo gambarowałam, by w ogóle się upić, bez efektu, więcej płynu po prostu nie zmieściło się do żołądka), inny wyznawał wszystkim miłość. Poznałam też, dziś rano przybyłego, praktykanta z Węgier.
Zrobiłam skan Japończyków, 2 którzy mi się podobają mają po 18 lat. >.>;;; dodajmy, że w Japonii pełnoletniość to wiek 20, tak wiec umawiałabym się z miseinensha, którzy teoretycznie nawet pić nie mogą. Praktycznie łoczwscie każdy pije i nie ma z tym nigdy problemów. Praworządność.
niedziela, 25 kwietnia 2010
BBQ
Dziś było Aiesecowe BBQ party^^ Miało się ono odbyć w Parku Ooifutou, o 12. Była godzina 11, właśnie wsiadłam do metra, gdy zadzwonił telefon, że będzie gdzie indziej i żebym przyjechała do Shinjuku, ktoś po mnie wyjdzie. Cudnie, miałam zupełnie inny bilet kupiony. W Shinjuku okazało się, że BBQ jest w Musashi Koganei. Wkurzyłam się. Tylko przez grzeczność dla Marty sempai, która tam mieszka, nie powiem, że jest to w chuj daleko na zachód od centrum (a ja mieszkam na północnym wschodzie). Ale przynajmniej jedzie się bardzo convenient JR Chuuou-sen, trzeba przyznać. Jak wysiedliśmy okazało się, że do parku trzeba jeszcze pojechać autobusem, 25 minut. Wściekłam się jeszcze bardziej, jako iż byłam umówiona wieczorem i nie mogłam zostać długo. Myślałam, że nie warte to było czasu i kasy zmarnowanego na dojazd (w obie strony raptem 50zł) Przybyliśmy więc o 13.30 dopiero, i 2 godziny potem musiałam iść, by się nie spóźnić >.>
Sam grill zaś był eventem wyjątkowo przyjemnym i pysznym, jedzenia było pełno, yakisoba, różne grillowane mięska i warzywa, trochę chipsów, ciastek i innych. Pogoda była piękna,wreszcie ciepło i słonecznie; najadłam się pyszności, pogadałam z aiesecerami, nastrzelałam trochę zdjęć^^ miałam okazję doświadczyć zjawiska (zdecydowanie zjawisko to dobre słowo) japońskiego grillowania w parku (jak się okazało, to była przyczyna zmiany miejsca, pierwszy park nie miał wyznaczonego BBQ miejsca, a choć od początku planowano BBQ nikt tego nie sprawdził XD gdzie się podział japoński perfekcjonizm?!). Dobrze się bawiłam^^
Widziałam też yaezakurę (odmiana wiśni). Śliczna! Takie różowe „puchate” kwiatuszki~~ Wolę ją nawet od klasycznej, elegnackiej, zwiewnej pięciopłatkowej sakury.
Sam grill zaś był eventem wyjątkowo przyjemnym i pysznym, jedzenia było pełno, yakisoba, różne grillowane mięska i warzywa, trochę chipsów, ciastek i innych. Pogoda była piękna,wreszcie ciepło i słonecznie; najadłam się pyszności, pogadałam z aiesecerami, nastrzelałam trochę zdjęć^^ miałam okazję doświadczyć zjawiska (zdecydowanie zjawisko to dobre słowo) japońskiego grillowania w parku (jak się okazało, to była przyczyna zmiany miejsca, pierwszy park nie miał wyznaczonego BBQ miejsca, a choć od początku planowano BBQ nikt tego nie sprawdził XD gdzie się podział japoński perfekcjonizm?!). Dobrze się bawiłam^^
Widziałam też yaezakurę (odmiana wiśni). Śliczna! Takie różowe „puchate” kwiatuszki~~ Wolę ją nawet od klasycznej, elegnackiej, zwiewnej pięciopłatkowej sakury.
sobota, 24 kwietnia 2010
Payday
Kolejny tydzień zleciał błyskawicznie. Pracy mam niewiele, toteż i zmęczona nie jestem. Jetlag wreszcie minął. Dostałam dziś wypłatę, i to większą, niż się spodziewałam i wreszcie nie jestem biedna! Byłam na zakupach of kors. Najpierw spotkałam się z Martą w parku Ueno (znalezienie się na stacji zajęło nam ponad pół godziny XD), zjadłyśmy tam późny lunch- take out prosto z Matsui, a także sempai nakarmiała mnie土佐文旦 ( japońskie „mini pomelo”- niezidentyfikowany owoc nie występujący nawet w wikipedii), które dostała od zaprzyjaźnionej rodzinki. Zwieńczeniem wieczoru były nader udane zakupy w mym ulubionym Donquijote i lody w Maku.
Ostatnio wrzuciłam trochę zdjęć tutaj, zajęło to 3 godziny prawie, a jak widać poniżej, przestały działać, więc oficjalnie zaprzestaję takich praktyk. Tutaj tekst. Foto na picasie. Kiedyś.
Ostatnio wrzuciłam trochę zdjęć tutaj, zajęło to 3 godziny prawie, a jak widać poniżej, przestały działać, więc oficjalnie zaprzestaję takich praktyk. Tutaj tekst. Foto na picasie. Kiedyś.
sobota, 17 kwietnia 2010
global village
Byłam na Uniwerku Rikkyo na czymś, co się w aiesecu nazywa global village- takie spotkanie z zaproszonymi praktykantami, którzy przyjechali tu na praktyki oraz praktykantami miejscowymi, którzy mieli okazję wyjechać na staż. Szczerze, mało ciekawe to było, w sumie był to głównie jikoushoukaj tylko, imię nazwisko, gdzie, kiedy i tyle, nikt nie opowiadał nic więcej o samym stażu. No ale spotkałam jeszcze kilku EP, w tym z mojego komitetu, wypatrzyłam też 2 całkiem hot Japończyków ;) tylko, że nie z mojego komitetu, więc nie bardzo jest jak ich spotkać. Był też jeden Japończyk, który był na wolontariacie w Polsce, w 3mieście, przez 2 miesiące teraz w lutym-kwietniu i był z wystąpieniem także w moim liceum! :D Więc sobie pofgadaliśmy dużo, zwłaszcza, że Polska mu się bardzo bardzo podobała (!) i chce jeszcze raz pojechać, jeśli się tylko uda :) Nice!
Wieczorem zaś spotkałam się z Martą i Pauliną w Ikebukuro , poplotkowałyśmy trochę, zorientowałyśmy się kto, co, gdzie robi i mieszka. Na koniec zachciało nam się zakupów, ale w sumie to właśnie sklepy zamykali, więc udało nam się trochę butów po oglądać i o Uniqlo (powiedzmy- jap. H&M) zahaczyć. Zaaaakupy, tego mi brakuje!
Wieczorem zaś spotkałam się z Martą i Pauliną w Ikebukuro , poplotkowałyśmy trochę, zorientowałyśmy się kto, co, gdzie robi i mieszka. Na koniec zachciało nam się zakupów, ale w sumie to właśnie sklepy zamykali, więc udało nam się trochę butów po oglądać i o Uniqlo (powiedzmy- jap. H&M) zahaczyć. Zaaaakupy, tego mi brakuje!
środa, 14 kwietnia 2010
[*]
O tragedii tu-154 dowiedziałam się dopiero w pon. wieczorem. Nie miałam netu, telewizora tez nie mam. Dziwne, jakbym się z księżyca urwała. I głupio mi, bo nie raz żartowałam, że newsów nie czytam, TV nie oglądam i nawet bym nie wiedziała, że prezydent umarł, gdyby ktoś na gg nie zostawił statusu. Czasy się zmieniły, wiem z FB.
To miło, że będąc tak daleko za granicą mogę wyrazić mój szczery smutek i każdy zrobi przygnębioną minkę w odpowiedzi (choć nie każdy wie ococho). Nikt tu nie jest poirytowany, że chcę powiedzieć, że mi żal, nikt nie zaczyna spiskowych teorii, politycznych dysput, uszczypliwych komentarzy, nie rzuca obelg, nie zarzuca hipokryzji (bo przecie Kaczyńskiego bardzo nie lubiłam). A smutno mi szczerze, bo to tragedia wykraczająca poza polityczne poglądy. I nawet jakoś tak już nie mogę napisać, że „Kaczki” nie lubiłam, choć to pierwsze przyszło mi do głowy.
Czytam wszystkie niusy, coś czego nigdy nie robię. Może dlatego, że nikt o tym nie mówi tutaj, mam taką potrzebę. No i nie bombarduje mnie to z każdej strony, jak wyobrażam sobie, jest w Pl. Sama świadomie mogę sobie wybrać, czy chcę czytać, czy nie. A że nie mam z kim pogadać, to czytam choć.
Ludzie jadą po Jarku. A ja dopiero teraz uświadomiłam sobie, że kurdeż, przecież mu brat bliźniak zginął. Dotychczas widziałam go ciągle jako prezesa nielubianego PiSu. Serio jakoś nie skojarzyłam faktu, że dla niego to rodzinna tragedia, a nie tylko prezydent ze swojej partii.
To miło, że będąc tak daleko za granicą mogę wyrazić mój szczery smutek i każdy zrobi przygnębioną minkę w odpowiedzi (choć nie każdy wie ococho). Nikt tu nie jest poirytowany, że chcę powiedzieć, że mi żal, nikt nie zaczyna spiskowych teorii, politycznych dysput, uszczypliwych komentarzy, nie rzuca obelg, nie zarzuca hipokryzji (bo przecie Kaczyńskiego bardzo nie lubiłam). A smutno mi szczerze, bo to tragedia wykraczająca poza polityczne poglądy. I nawet jakoś tak już nie mogę napisać, że „Kaczki” nie lubiłam, choć to pierwsze przyszło mi do głowy.
Czytam wszystkie niusy, coś czego nigdy nie robię. Może dlatego, że nikt o tym nie mówi tutaj, mam taką potrzebę. No i nie bombarduje mnie to z każdej strony, jak wyobrażam sobie, jest w Pl. Sama świadomie mogę sobie wybrać, czy chcę czytać, czy nie. A że nie mam z kim pogadać, to czytam choć.
Ludzie jadą po Jarku. A ja dopiero teraz uświadomiłam sobie, że kurdeż, przecież mu brat bliźniak zginął. Dotychczas widziałam go ciągle jako prezesa nielubianego PiSu. Serio jakoś nie skojarzyłam faktu, że dla niego to rodzinna tragedia, a nie tylko prezydent ze swojej partii.
poniedziałek, 12 kwietnia 2010
Nomikaj pierwszy. Keitaj.
Pierwszy nomikaj za mną. Już myślałam, że nie uda mi się nań dotrzeć, bo ani komórki nie udało mi się kupić, ani net nie działał i nie miałam jak miejsca spotkania ustalić, ale zadzwoniłam do Naoko z budki, żeby jej powiedzieć, że nie mam netu i nie wiem, gdzie się spotykamy, więc mnie nie będzie, niech nie czeka. Klika godzin później słyszę pukanie- a to ona. Więc w sumie chyba nie mam co narzekać, byłam miło zaskoczona, że jej się chciało. Pojechałyśmy razem do Shinjuku, gdzie była wyznaczona izakaya (Nie wiem, jak ona sprawdza te rozkłady pociągów, że jeździmy zawsze drogą opcją XD) Nomikaj opóźnił się o 1,5 godziny. Wkurzyłam się nie na żarty, bo przecież wiadomo, że party nie można przedłużyć, bo w nocy pociągów brak. Przeszyłyśmy się więc po Shinjuku, poszłyśmy też pomarnować czas w pobliskiej jinja, napawając się widokiem nocnej sakury.
Potem umeshu na stole i pełno jedzenia szybko poprawiły mi humor. Aiesecerzy okazali się całkiem wyluzowani i skorzy do zabaw, a obsługa izakai kilkukrotnie musiała przychodzić nas uciszać po tym, jak na scenie pojawiła się 5 litrowa butla szampana i liderzy poszczególnych teamów byli z niej pojeni, przy gromkich okrzykach zachęty i wiwatach. Mnie też napojono, a jako, że musiałam bronić honoru Polski, wypiłam tego szampana sporo na raz.

To, wraz z umeshu, zaowocowało dnia następnego zdecydowanie nie planowanym kacem. Wszakże cóż może być lepszego niż kac pierwszego dnia pracy?! Na szczęście było to zwykły kac, a nie kac morderca, choć dopiero tak o 16 doszłam do siebie.
Przyjechała Naoko znów, po drodze dołączyła do nas Risa, i pojechałyśmy załatwić ten papierek potrzebny do zakupu fonu. Wszystko było by fajnie, gdyby Naoko sprawdziła, gdzie mamy wysiąść z autobusu i jak iść… A tak była 16.55 (urząd do 17), lało, wiało i zimno było niesamowicie, a my błądzimy. Już sobie pomyślałam, że i tym razem telefonu nie zdobędę i po raz kolejny klęłam soczyście na Naoko w myślach. Naoko zadzwoniła do urzędu by zapytać o drogę. Miła pani wytłumaczyła jej cierpliwie i rzekła, że… na nas poczeka! Tak więc 15 minut po czasie wystawiono upragniony świstek (wyobrażacie sobie coś takiego u nas?!?!) i ruszyłyśmy do sklepu.
O! takie cudo mam! telefono-telewizoro- aparat w jednym, foto 8 MP, 3,1" ekran obrotowy WVGA OLED...
http://www.au.kddi.com/english/seihin/ichiran/kishu/ca004/index.html



Potem umeshu na stole i pełno jedzenia szybko poprawiły mi humor. Aiesecerzy okazali się całkiem wyluzowani i skorzy do zabaw, a obsługa izakai kilkukrotnie musiała przychodzić nas uciszać po tym, jak na scenie pojawiła się 5 litrowa butla szampana i liderzy poszczególnych teamów byli z niej pojeni, przy gromkich okrzykach zachęty i wiwatach. Mnie też napojono, a jako, że musiałam bronić honoru Polski, wypiłam tego szampana sporo na raz.
To, wraz z umeshu, zaowocowało dnia następnego zdecydowanie nie planowanym kacem. Wszakże cóż może być lepszego niż kac pierwszego dnia pracy?! Na szczęście było to zwykły kac, a nie kac morderca, choć dopiero tak o 16 doszłam do siebie.
Przyjechała Naoko znów, po drodze dołączyła do nas Risa, i pojechałyśmy załatwić ten papierek potrzebny do zakupu fonu. Wszystko było by fajnie, gdyby Naoko sprawdziła, gdzie mamy wysiąść z autobusu i jak iść… A tak była 16.55 (urząd do 17), lało, wiało i zimno było niesamowicie, a my błądzimy. Już sobie pomyślałam, że i tym razem telefonu nie zdobędę i po raz kolejny klęłam soczyście na Naoko w myślach. Naoko zadzwoniła do urzędu by zapytać o drogę. Miła pani wytłumaczyła jej cierpliwie i rzekła, że… na nas poczeka! Tak więc 15 minut po czasie wystawiono upragniony świstek (wyobrażacie sobie coś takiego u nas?!?!) i ruszyłyśmy do sklepu.
O! takie cudo mam! telefono-telewizoro- aparat w jednym, foto 8 MP, 3,1" ekran obrotowy WVGA OLED...
http://www.au.kddi.com/english/seihin/ichiran/kishu/ca004/index.html
sobota, 10 kwietnia 2010
Hajimarimashou!
Dzień pierwszy to absolutny zachwyt. Już zapomniałam, jak tutaj cudnie jest. Nagły widok tych domków, tych drzewek, chodników, uliczek, znanych mi sieciówek…
Najbardziej zaś zapach. Zapach Japonii. Naprawdę jest coś takiego. Lekko słodkawy zapach potraw zmieszany z zapachem tutejszej roślinności. Jak się tu chwilę pobędzie, to się przyzwyczaja i już go nie czuje. Dlatego wyjeżdżając 2,5 roku temu nie zarejestrowałam, że był jeszcze zapach. Dopiero jak wysiadłam z pociągu z lotniska poczułam go ponownie, ze zdziwieniem. Najpiękniejszy zapach na świecie ;) Zapach nostalgii. Dobra, nie będę udawać, żem jakaś poetocyko-wzniosła. Zapach JEDZENIA.
Podróż minęła bez problemów, choć miałam stracha, że pierwszy lot zostanie odwołany, bo na lotnisku straszna mgła była w nocy. I faktycznie, loty wielu tanich linii były odwołane lub spóźnione. Mój na szczęście był tylko opóźniony 20 minut. Skróciło to tylko moje 4 godzinne czekanie na przesiadkę w Kopenhadze. Tym razem leciałam z Gdańska, SASem, więc wstałam spokojnie o 7 i przeżyłam podróż w miarę bezboleśnie, choć nie udało mi się zasnąć. Z lotniska odebrały mnie 2 dziewuszki z AIESECU, moja TN menager Naoko (ta strasznie nierozgarnięta, chociaż w sumie bardzo miła i uczynna osóbka) i jej koleżanka z teamu, Risa. Wybrały wcale nie najtańszy sposób dotarcia do mego Kita-Ayase, zawitałyśmy do przedszkola się zyoroshikować, poszłyśmy rzucić okiem na mieszkanie i zostawić walizki, i ruszyłyśmy na podóbj świata, a raczej dzielnicowego urzędu przedszkolnym kawaiibusem (zaproponowali, że nas podwiozą, to nie wybrzydzałyśmy). Zrobiłam zdjęcie w automacie, wyglądam na nim jakbym miała 32 lata XD (bo oczywiście zapomniałam zabrać tych od wizy, szkoda, bo to pierwsze i pewnie jedyne foto do dokumentów na którym wyszłam wręcz ładnie), wypełniłam kwitki odpowiednie i dostałam zaświadczenie, że wystąpiłam o gaijinkartę. Poszyłyśmy wybierać telefon dalej, zdecydowałam się na abonament a nie prepaid, bo to żaaaaal, co tu w prepaidzie oferują >.<;; I już wypełniłam formularz, i już, już miałam podpisać umowę, gdy się okazało, że potrzebny jest jeszcze drugi papierek, czego nierozgarnięta Naoko naturalnie nie sprawdziła, grrrr XD Było po 17, urząd już zamknięty, więc z kejtaja nici. Wróciłyśmy do mieszkania i ktoś z przedszkola przyszedł net zrobić. Wydawało się, że operacją zakończyła się sukcesem. Rano okazało się, że po wyłączeniu komputera nie można się podłączyć ponownie, bo jak się kliknie to komp się za każdym razem restartuje o.O Muszę więc zakładać nowy profil, wpisywać dane, hasła... mendoukusai.
Późnym wieczorem zostałam zaproszona z szefostwem i kilkoma osobami z przedszkola na kolację, głównie sashimi/sushi/tmepura, ale i mięsko się znalazło, i miso of kors, i jakieś sałatki, tsukemono :) Dobre było. Naoko chciała wracać wcześniej, by na ostatni pociąg zdążyć i ktoś powiedział, by została na noc u mnie. Ja przytaknęłam ochoczo, że absolutnie musi. W ten podstępny sposób zdobyłam drugi futon, który został nam pożyczony. Można więc spokojnie wpadać w odwiedziny.
Dziś zaś spotkało mnie wielkie rozczarowanie związane z brakiem internetu (= nie możliwość sprawdzenie czegokolwiek w necie, map, pociągów, strach wyjść z domu). Pochodziłam sobie więc po okolicy, zrobiłam krótkie hanami w parku przed domem, a głównie to spałam, bo jet-lag mnie męczy jak nigdy wcześniej.
Sakura przed mym domem:

Moja ulica- niczym oprószona śniegiem. Zabawy dzieci piłką- sakurowa zamieć.
Najbardziej zaś zapach. Zapach Japonii. Naprawdę jest coś takiego. Lekko słodkawy zapach potraw zmieszany z zapachem tutejszej roślinności. Jak się tu chwilę pobędzie, to się przyzwyczaja i już go nie czuje. Dlatego wyjeżdżając 2,5 roku temu nie zarejestrowałam, że był jeszcze zapach. Dopiero jak wysiadłam z pociągu z lotniska poczułam go ponownie, ze zdziwieniem. Najpiękniejszy zapach na świecie ;) Zapach nostalgii. Dobra, nie będę udawać, żem jakaś poetocyko-wzniosła. Zapach JEDZENIA.
Podróż minęła bez problemów, choć miałam stracha, że pierwszy lot zostanie odwołany, bo na lotnisku straszna mgła była w nocy. I faktycznie, loty wielu tanich linii były odwołane lub spóźnione. Mój na szczęście był tylko opóźniony 20 minut. Skróciło to tylko moje 4 godzinne czekanie na przesiadkę w Kopenhadze. Tym razem leciałam z Gdańska, SASem, więc wstałam spokojnie o 7 i przeżyłam podróż w miarę bezboleśnie, choć nie udało mi się zasnąć. Z lotniska odebrały mnie 2 dziewuszki z AIESECU, moja TN menager Naoko (ta strasznie nierozgarnięta, chociaż w sumie bardzo miła i uczynna osóbka) i jej koleżanka z teamu, Risa. Wybrały wcale nie najtańszy sposób dotarcia do mego Kita-Ayase, zawitałyśmy do przedszkola się zyoroshikować, poszłyśmy rzucić okiem na mieszkanie i zostawić walizki, i ruszyłyśmy na podóbj świata, a raczej dzielnicowego urzędu przedszkolnym kawaiibusem (zaproponowali, że nas podwiozą, to nie wybrzydzałyśmy). Zrobiłam zdjęcie w automacie, wyglądam na nim jakbym miała 32 lata XD (bo oczywiście zapomniałam zabrać tych od wizy, szkoda, bo to pierwsze i pewnie jedyne foto do dokumentów na którym wyszłam wręcz ładnie), wypełniłam kwitki odpowiednie i dostałam zaświadczenie, że wystąpiłam o gaijinkartę. Poszyłyśmy wybierać telefon dalej, zdecydowałam się na abonament a nie prepaid, bo to żaaaaal, co tu w prepaidzie oferują >.<;; I już wypełniłam formularz, i już, już miałam podpisać umowę, gdy się okazało, że potrzebny jest jeszcze drugi papierek, czego nierozgarnięta Naoko naturalnie nie sprawdziła, grrrr XD Było po 17, urząd już zamknięty, więc z kejtaja nici. Wróciłyśmy do mieszkania i ktoś z przedszkola przyszedł net zrobić. Wydawało się, że operacją zakończyła się sukcesem. Rano okazało się, że po wyłączeniu komputera nie można się podłączyć ponownie, bo jak się kliknie to komp się za każdym razem restartuje o.O Muszę więc zakładać nowy profil, wpisywać dane, hasła... mendoukusai.
Późnym wieczorem zostałam zaproszona z szefostwem i kilkoma osobami z przedszkola na kolację, głównie sashimi/sushi/tmepura, ale i mięsko się znalazło, i miso of kors, i jakieś sałatki, tsukemono :) Dobre było. Naoko chciała wracać wcześniej, by na ostatni pociąg zdążyć i ktoś powiedział, by została na noc u mnie. Ja przytaknęłam ochoczo, że absolutnie musi. W ten podstępny sposób zdobyłam drugi futon, który został nam pożyczony. Można więc spokojnie wpadać w odwiedziny.
Dziś zaś spotkało mnie wielkie rozczarowanie związane z brakiem internetu (= nie możliwość sprawdzenie czegokolwiek w necie, map, pociągów, strach wyjść z domu). Pochodziłam sobie więc po okolicy, zrobiłam krótkie hanami w parku przed domem, a głównie to spałam, bo jet-lag mnie męczy jak nigdy wcześniej.
Sakura przed mym domem:
Moja ulica- niczym oprószona śniegiem. Zabawy dzieci piłką- sakurowa zamieć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)