poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Nomikaj pierwszy. Keitaj.

Pierwszy nomikaj za mną. Już myślałam, że nie uda mi się nań dotrzeć, bo ani komórki nie udało mi się kupić, ani net nie działał i nie miałam jak miejsca spotkania ustalić, ale zadzwoniłam do Naoko z budki, żeby jej powiedzieć, że nie mam netu i nie wiem, gdzie się spotykamy, więc mnie nie będzie, niech nie czeka. Klika godzin później słyszę pukanie- a to ona. Więc w sumie chyba nie mam co narzekać, byłam miło zaskoczona, że jej się chciało. Pojechałyśmy razem do Shinjuku, gdzie była wyznaczona izakaya (Nie wiem, jak ona sprawdza te rozkłady pociągów, że jeździmy zawsze drogą opcją XD) Nomikaj opóźnił się o 1,5 godziny. Wkurzyłam się nie na żarty, bo przecież wiadomo, że party nie można przedłużyć, bo w nocy pociągów brak. Przeszyłyśmy się więc po Shinjuku, poszłyśmy też pomarnować czas w pobliskiej jinja, napawając się widokiem nocnej sakury.


Potem umeshu na stole i pełno jedzenia szybko poprawiły mi humor. Aiesecerzy okazali się całkiem wyluzowani i skorzy do zabaw, a obsługa izakai kilkukrotnie musiała przychodzić nas uciszać po tym, jak na scenie pojawiła się 5 litrowa butla szampana i liderzy poszczególnych teamów byli z niej pojeni, przy gromkich okrzykach zachęty i wiwatach. Mnie też napojono, a jako, że musiałam bronić honoru Polski, wypiłam tego szampana sporo na raz.


To, wraz z umeshu, zaowocowało dnia następnego zdecydowanie nie planowanym kacem. Wszakże cóż może być lepszego niż kac pierwszego dnia pracy?! Na szczęście było to zwykły kac, a nie kac morderca, choć dopiero tak o 16 doszłam do siebie.
Przyjechała Naoko znów, po drodze dołączyła do nas Risa, i pojechałyśmy załatwić ten papierek potrzebny do zakupu fonu. Wszystko było by fajnie, gdyby Naoko sprawdziła, gdzie mamy wysiąść z autobusu i jak iść… A tak była 16.55 (urząd do 17), lało, wiało i zimno było niesamowicie, a my błądzimy. Już sobie pomyślałam, że i tym razem telefonu nie zdobędę i po raz kolejny klęłam soczyście na Naoko w myślach. Naoko zadzwoniła do urzędu by zapytać o drogę. Miła pani wytłumaczyła jej cierpliwie i rzekła, że… na nas poczeka! Tak więc 15 minut po czasie wystawiono upragniony świstek (wyobrażacie sobie coś takiego u nas?!?!) i ruszyłyśmy do sklepu.

O! takie cudo mam! telefono-telewizoro- aparat w jednym, foto 8 MP, 3,1" ekran obrotowy WVGA OLED...
http://www.au.kddi.com/english/seihin/ichiran/kishu/ca004/index.html
 

1 komentarz:

neko pisze...

faaak, tyle czasu spędziłam nad wrzucaniem zdjęć to tego i poprzedniego posta, to chyba znak, by blog pozostał bezzdjęciowy, a od foto jest picasa...