Otworzyli koło mnie nowe burżujskie centrum handlowe, 6 pięter, same markowe sklepy. Nie wiem, po co takie coś na przedmieściach, ale jest. Pobiegłam czym prędzej. Ważne, że supermarket tam jest równie burżujski co reszta, sprzedają tam więc trochę japońskiego stafu i ogólnie importowanego stafu z rożnych stron świata, a poza tym, jest CAŁY REGAŁ POLSKICH CIASTEK i ciasteczek firmy dr Geralt. No z 15 rodzajów. Ceny zaporowe, jak i większości importowanych produktów. Nie ma alkoholu prócz piwa (też głownie importowanego, także z Jpn, tym razem polskiego akcentu brak). Ale obok jest osobny sklep z winem tylko.
Dziś był u mnie Krzysiu znów, obczailiśmy to nowe centrum handlowe (jak się dobrze przyjrzeć to się okazuje, że jest 1,5 regału polskich ciastek), zjedliśmy obiadek w Yoshinoyi, a potem, tym razem grzeczni, piliśmy piwko i gadaliśmy sobie u mnie.
Miałam też iść z Tonym i jego znajomymi na jakieś harce w Sanlitun dziś. Ale… metro nie działa dziś od 22 do 15.30 jutro. Nie ma jak pojechać i jak wrócić… Głupi Pekin. Głupie święta.
środa, 30 września 2009
sobota, 26 września 2009
YuanMingYuan
Stałą naszą wycieczkową ekipą (czyli ja, Krzyś, Xenia+ aparat) wybraliśmy się do ruin Old Summer Palace (YuanMingYuan), gdzie między innymi znajdował się niegdyś pałac w stylu zachodnim (a potem przyszli Francuzy i Angliki w 1860 i jak wszystko inne, to także zniszczyli. Gdziekolwiek się nie pójdzie w Pekinie, każda tabliczka ma ten sam akapit. „W .1860 r. budowla została zniszczona przez wojska angielskie i/lub francuskie. blablabla”). Było trochę ruin, wiele ogrodów, kanałów, jezioro. Bardziej wycieczka terenowa niż zwiedzanie w sumie. Był staw z rybami, na jakimś podeście przy nim, w jednym ze zbiorników „stadko” najbrzydszych rybek na świecie XD Wyglądały jak jakieś mutanty. Jedne z wyłupiastymi wielkimi oczami, inne z jakimiś naroślami, jakby im mózg z głowy wystawał. Nie doszliśmy między sobą, czy to specjalnie tak krzyżowane i hodowane dla rozrywki, czy to jakieś faktycznie chore rybki oddzielone od reszty zdrowych. Ja stawiam na to pierwsze.
Na koniec obiadek w lokalnej knajpce po drugiej stronie ruin. Średni był. Jakoś nie miałam dalej siły jechać do Wudaokou, jak to zwykle czynię.
Na koniec obiadek w lokalnej knajpce po drugiej stronie ruin. Średni był. Jakoś nie miałam dalej siły jechać do Wudaokou, jak to zwykle czynię.
czwartek, 24 września 2009
lecę do Szanghaju
Byłam dziś wieczorem na jakiejś aiesecowej konferencji opowiadać nowym/przyszłym aiesecerom o moich doświadczeniach jako praktykantki i o różnicach kulturowych. Poszło mi chyba mocno dobrze, co dziwne, bo zdecydowanie przemawianie do tłumów mi nie wychodzi. Nawet wygłoszenie referatu dla 10 osobowej grupy to problem (a może to wina tego, że referat jest pisany na wieczór przed i słabo przygotowany). Zdecydowanie jestem osobą do dialogu nie monologu. Byłam zupełnie nie przygotowana, prezentacje w ppt zrobiłam już na miejscu w 20 minut i gadałam co mi ślina na język przyniosła. I dobrze było. A przy okazji poznałam trochę ludzi, rozejrzałam się po kampusie (całkiem fajny był ten budynek) i zostałam nakarmiona.
Ale i tak głównym mym celem tamtejszej bytności był zakup samolotowych biletów (sama uczynić tego nie mogłam, potrzebny był mi Chińczyk). Jak już się otrząsnęłam po szoku porażki z biletami kolejowymi, zdecydowałam, że mimo wszystko nie mogę zmarnować moich jedynych być może tu wakacji i jednak jechać muszę. Rozejrzałam się za betami lotniczymi i ceny były do przyjęcia. Z podatkami i wszystkim zapłaciłam 1190 RMB w obie strony (ok. 510zł), choć dodatkowo trzeba doliczyć prawie 100 RMB na dojazdy do i z lotniska. Tylko godziny lotów mam nieciekawe.
(Jak później się zresztą okaże, jakby śledzić ceny pilniej i kupić odpowiedniego dnia, to mogłabym się zmieścić w 1050 RMB i mieć do tego lepsze godziny lotów, ale to zawsze ryzyko, bo nie wiadomo, czy ceny nie pójdą jednak w górę. No i jak się ma większą dowolność terminów to można naprawdę spoko trafić, choć nie ma takich promocji na tanie linie lotnicze w Europie)
Ale i tak głównym mym celem tamtejszej bytności był zakup samolotowych biletów (sama uczynić tego nie mogłam, potrzebny był mi Chińczyk). Jak już się otrząsnęłam po szoku porażki z biletami kolejowymi, zdecydowałam, że mimo wszystko nie mogę zmarnować moich jedynych być może tu wakacji i jednak jechać muszę. Rozejrzałam się za betami lotniczymi i ceny były do przyjęcia. Z podatkami i wszystkim zapłaciłam 1190 RMB w obie strony (ok. 510zł), choć dodatkowo trzeba doliczyć prawie 100 RMB na dojazdy do i z lotniska. Tylko godziny lotów mam nieciekawe.
(Jak później się zresztą okaże, jakby śledzić ceny pilniej i kupić odpowiedniego dnia, to mogłabym się zmieścić w 1050 RMB i mieć do tego lepsze godziny lotów, ale to zawsze ryzyko, bo nie wiadomo, czy ceny nie pójdą jednak w górę. No i jak się ma większą dowolność terminów to można naprawdę spoko trafić, choć nie ma takich promocji na tanie linie lotnicze w Europie)
poniedziałek, 21 września 2009
bilety na pociąg w CHRL
Wieczór dzisiejszy i wczorajszy zmarnowałam, stojąc w kolejce. Kolejce po bilety na pociąg. Zbliża się (jeden z trzech) długich weekendów w Chinach. Nastąpiło więc pospolite ruszenie. I w normalne dni z biletami na pociąg bywają problemy i wiedziałam, ze może nie być łatwo, ale to co me oczy zobaczyły przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Bilety sprzedaje się nie wcześniej niż na 10 dni przed odjazdem pociągu (poza pociągami kategorii D, wtedy 20 dni przed), sprzedaż zaczyna się punkt 19.00. Tony rzekł, byśmy byli tam o 6. Ja stwierdziłam, ze przybędę wcześniej, bo z Chińczykami to nigdy nie wiadomo. No nie wiadomo! Byłam tam tuż po 17, kolejka była już daleko poza budynek dworca, stanęłam jakieś 40m od kas… Moja kolej nadeszła ok. 20.30. Choć doskonale wiedziałam, że na upatrzone przeze mnie pociągi nie ma miejsc, bo na wyświetlaczy widniały czerwone zera, przy ich numerach. Stałam z nadzieją, ze może jakieś inne pociągi, jak nie do Nankinu, to do Szanghaju, albo Hangzhou, albo Suzhou, albo gdzieś. Wszystkie miejsca siedzące i leżące na wszystkie pociągi do całego regionu wyprzedane! Kilka miejsc stojących się ostało. Nie dziękuję, nie postoję.
Postanowiłam spróbować jeszcze raz dziś. A co tam!( Mogę pojechać drugiego dnia świąt.) Ponieważ miałam pracę, nie mogłam stanąć w kolejce odpowiednio wcześnie. Z pomocą przyszedł Krzysiu, który przybył na dworzec jeszcze przed 15 i był jednym z pierwszych. Ja dojechałam o 17, przed nami było ledwie kilka osób, za nami, kilkanaście, nic w porównaniu do wczoraj. Choć do 19 kolejka znacznie się wydłużyła i także wyszła daleko, daleko poza budynek. Stałam tak blisko, kupienie biletu wydawało się takie realne i na wyciągnięcie reki. Moja kolej była o 19.05. Tak… w 5 minut po rozpoczęciu sprzedaży nie było już nic, ani do Nankinu, ani SH. Aaaaaaa, co za popierdolone państwo. Jestem przekonana, że większość Tc biletów jest sprzedana jeszcze przed sprzedażą, załatwiana jakoś po znajomościach, zarezerwowana dla partyjnych, wykupiona przez biura podróży… Nie wiem, ale z pewnością jest z tym coś nie tak i jakeś przekręty, no bo kaman, żeby sprzedać tysiące biletów w 5 minut?
8 dni nic nie robienia w Pekinie też nie może być złe. T.T
Postanowiłam spróbować jeszcze raz dziś. A co tam!( Mogę pojechać drugiego dnia świąt.) Ponieważ miałam pracę, nie mogłam stanąć w kolejce odpowiednio wcześnie. Z pomocą przyszedł Krzysiu, który przybył na dworzec jeszcze przed 15 i był jednym z pierwszych. Ja dojechałam o 17, przed nami było ledwie kilka osób, za nami, kilkanaście, nic w porównaniu do wczoraj. Choć do 19 kolejka znacznie się wydłużyła i także wyszła daleko, daleko poza budynek. Stałam tak blisko, kupienie biletu wydawało się takie realne i na wyciągnięcie reki. Moja kolej była o 19.05. Tak… w 5 minut po rozpoczęciu sprzedaży nie było już nic, ani do Nankinu, ani SH. Aaaaaaa, co za popierdolone państwo. Jestem przekonana, że większość Tc biletów jest sprzedana jeszcze przed sprzedażą, załatwiana jakoś po znajomościach, zarezerwowana dla partyjnych, wykupiona przez biura podróży… Nie wiem, ale z pewnością jest z tym coś nie tak i jakeś przekręty, no bo kaman, żeby sprzedać tysiące biletów w 5 minut?
8 dni nic nie robienia w Pekinie też nie może być złe. T.T
niedziela, 20 września 2009
Badachu
Wybraliśmy się wczoraj do parku Badachu, położonego w mojej dzielnicy, słynnego z 8 buddyjskich świątyń (i zakonów) oraz 12 pięknych widoków. Park, owszem, bardzo ładny, widoczki ze wzgórz pewnie też- choć tego mogliśmy się tylko domyślać, bo powietrze było wyjątkowo fatalne i nic nie było widać. Zaliczyliśmy bodajże 6 lub 7 świątyń, wszystkie stare i potrzebujące remontu, co było pewną odmianą po budynkach pałacowych i świątyniach w centrum. W środku- wiadomo- posąg Buddy, albo posągi trzy. Do tego cała masa kiczowatych figurek, porcelanowych, pozłacanych, stoiska sprzedające kadzidła, różańce, świece (najczęściej w kształcie kwiatu lotosu). Zupełnie jak u nas na jakimś odpuście na stoisku z dewocjonaliami. Bardzo mi to psuje klimat zwiedzanych miejsc. A tutejsze kadzidła prawie nie mają zapachu!
Była tam jedna świątynia z zupełnie magicznym miejscem. Na środku jednego z dziedzińców stało drzewo obwieszone setkami, a może tysiącami czerwonych lampionów.
Z innych niespodzianek: świeżo zakupione baterie (do aparatu) okazały się rozładowane. Chiny XD
Zaś wieczorem było pożegnalne party Asi. Pojechaliśmy tam prosto z Badachu, nie zdążyliśmy nawet zjeść obiadu, bo chcieliśmy się załapać na (very) happy hour, czyli drinki przed 19.00 za 5y. Więc przybyliśmy o 18.40 Asia i Gloria już tam były, szybko wypiliśmy pierwszą kolejkę i zdążyliśmy zamówić jeszcze po dwie (trochu się krępowaliśmy zamawiać na raz po 2 drinki na osobę tak tuż przed tą 19, ale co tam, studentami jesteśmy…). Reszta towarzystwa zaczęła się schodzić. Momentalnie też zrobiło się nam weselej, zwłaszcza, że w brzuszkach pusto… Poszliśmy na chwilę znaleźć jakieś jedzenie na ulicznych standach. Padło na chiński rodzaj naleśniko- placka z kaczką i warzywami zawiniętymi w środku, który okazł się znacznie smaczniejszy niż się spodziewałam. Wieczór spędziłam bardzo uroczy, w towarzystwie najpierw Krzysia, (alkohol rozwiązuje języki, więc ploteczki były pierwsza klasa), a potem Yusuke i Tonego, i 4 kolejnych drinków w między czasie ;D
Tylko smutno, że nie będę już mieć Asi do towarzystwa. Ale przejedzie Magda, to mam nadzieję znów się będzie działo.
Była tam jedna świątynia z zupełnie magicznym miejscem. Na środku jednego z dziedzińców stało drzewo obwieszone setkami, a może tysiącami czerwonych lampionów.
Z innych niespodzianek: świeżo zakupione baterie (do aparatu) okazały się rozładowane. Chiny XD
Zaś wieczorem było pożegnalne party Asi. Pojechaliśmy tam prosto z Badachu, nie zdążyliśmy nawet zjeść obiadu, bo chcieliśmy się załapać na (very) happy hour, czyli drinki przed 19.00 za 5y. Więc przybyliśmy o 18.40 Asia i Gloria już tam były, szybko wypiliśmy pierwszą kolejkę i zdążyliśmy zamówić jeszcze po dwie (trochu się krępowaliśmy zamawiać na raz po 2 drinki na osobę tak tuż przed tą 19, ale co tam, studentami jesteśmy…). Reszta towarzystwa zaczęła się schodzić. Momentalnie też zrobiło się nam weselej, zwłaszcza, że w brzuszkach pusto… Poszliśmy na chwilę znaleźć jakieś jedzenie na ulicznych standach. Padło na chiński rodzaj naleśniko- placka z kaczką i warzywami zawiniętymi w środku, który okazł się znacznie smaczniejszy niż się spodziewałam. Wieczór spędziłam bardzo uroczy, w towarzystwie najpierw Krzysia, (alkohol rozwiązuje języki, więc ploteczki były pierwsza klasa), a potem Yusuke i Tonego, i 4 kolejnych drinków w między czasie ;D
Tylko smutno, że nie będę już mieć Asi do towarzystwa. Ale przejedzie Magda, to mam nadzieję znów się będzie działo.
piątek, 18 września 2009
eins, zwei, drei polizei!
Był u mnie dziś Krzyś na ploteczkach (Asia nie dotarła, bo ma jakieś zatrucie pokarmowe T.T). Gdy go odprowadzałam na przystanek mijaliśmy ładnie umundurowanego policjanta, takiego, że zwrócił moją uwagę. Zmierzył nas wzrokiem. Gdy wracałam, minęłam go w drzwiach budynku. Obrócił się za mną, wyciągnął jakiś świstek- kopię mojego potwierdzenia zameldowania, pokazał palcem nazwisko i łamaną angielszczyzna zapytał, czy to ja. No ja- rzekłam. Okazało się, że funkcjonariusz tutaj właśnie do mnie przyszedł. Nikogo nie zastał i właśnie wracał, kiedy spostrzegł gajidzinkę… Pojechał ze mną na górę, poprosił, by mu pokazać świstek z zameldowaniem, paszport. Porównał dane, daty, podpisy, pieczątki i co tam jeszcze. Coś sobie zanotował. Rozejrzał się po mieszkaniu i zapytał ze 3 razy, czy mieszkam sama, czy aby na pewno. Podkreślił, że muszę mieszkać sama (skoro tak jest zarejestrowane,nie jako przepis odgórny), a jak już ktoś tu będzie, to też musi się na policji zameldować, jak nie, to mogą mnie deportować (wyjaśnione mi uroczym gestem ręki z gatunku „sio!”). Zapytał, czy wybieram się do Tybetu (sic!) (przynajmniej tak się domyślam, jako iż zdanie było zupełnie bez ładu i składu, słowa Tybet też nie mogłam zrozumieć, póki nie zapisał na mą próbę na kartce). Zostawił mi swój nr telefonu, poprosił o mój. Przez chwilę się wahałam, czy dawać mu, a co ma mnie kontrolować, ale w końcu stwierdziłam, że może byłby jeszcze bardziej podejrzliwy… Zostawił mi też swój nr i powiedział, że jakby coś, to mam dzwonić :) Gdzieś w między czasie zapytał, co robię w Chinach, co naturalnie było pytaniem bardzo niewygodnym, ze względu na moją do końca taką wizę, jaką mieć powinnam. Bo chwilowej konsternacji odpowiedziałam, że „Just living here, have some frinds…”, przyjął do wiadomości, ale nie wiem, czy go to usatysfakcjonowało. Ciekawe, czy to tak w ramach przedrocznicowych cyrków kontrolnych (dziś znów metro działa dziwnie, część nie działa wcale, część krócej), czy z zasady. Podobno mogę liczyć na kolejną wizytę/wizyty. Zastanawiam się, jaka będzie ich częstotliwość, wnikliwość, upierdliwość…
czwartek, 17 września 2009
ja chcę bilet!
Środa to znów Wudaokou. Samara (z mojego LC aiesecu) zaproponowała obiad razem tam, no a jak Wudaokou, to i Krzyś. Znaleźliśmy jakąś taką knajpę dalej od stacji metra, w nieco zapuszczonej uliczce, a jedzenie było naprawdę dobre, zwłaszcza moja krówka. Z pewnością tam wrócę. Wieczór był jeszcze młody, to się jeszcze do Lamamby na drinki wybraliśmy, choć nie zdążyliśmy na (very) happy hour. Plotkowaliśmy tam intensywnie, głównie przez Samarę, która jak na Chinkę zadaje (za)dużo osobistych pytań :D
Dziś zaś po pracy umówiona byłam z Tonym na obiad i kupowanie biletów. Ja coś tak od razu czułam, że to nie będzie łatwo. Więc naturalnie w kasie biletowej się nie da, bo przedsprzedaż tylko na 10 dni przed odjazdem pociągów, o 19. Choć są pociągi (kategorii D zdaje się), które kupuje się na 20/19 dni przed odjazdem, o 8 rano. Okazało się, że przez pośrednika taż nie da się kupić wcześniej, nie można też złożyć zamówienia na przód już dziś, by kupili, jak tylko będzie się dało. Na dodatek dworzec mówi inaczej, agencja inaczej. Sprzeczne info to to, co w Chinach lubię T.T Mój pociąg powrotny to Z10. Nikt nie wie, kiedy bilety będą sprzedawać, czy 10 czy 20 dni przed. Jest to jedyny pociąg, jakim mogę wracać, by dotrzeć do pracy na czas (oby). Jak nie dostanę biletu, to jestem w mega dupie. Bo oczywiście bilety na dzień wcześniej też już będą wyprzedane. Trzymajcie więc kciuki za sobotę o 8~! A tak poza tym, to muszę się jeszcze jakoś dostać do Nankinu. Co też nie będzie proste, ale powiedzmy, że mogę nie wybrzydzać z godzinami pociągów, klasą/rodzajem siedzeń. Cel: 19 w niedzielę. Oby moje czarne wizje wyprzedania wszystkich biletów w ciągu 5minut nie sprawdziły się. Nigdy nie zrozumiem tego biletowego systemu i dlaczego z tymi biletami są takie straszne kłopoty. Jest popyt, to gdzie podaż?! Nie wiedzą, jak się kasę robi? Albo niech zrobią droższe bilety, to ludzie przestaną szturmować pociągi XD A nie walka na kły i pazury.
Poza tym, to spędzam pierwszy od dawna wieczór w domu, bo wróciłam po porażce biletowej już o 21. Błogo mi. Chyba z radości obejrzę sobie ep Weeds. Straszne mam zaległości serialowe, w sumie od 2 tyg. nic nie widziałam. A tu zaraz nowe sezony wszystkich seriali startują, tyle dobra, a ja nie dam rady być na bieżąco…
Dziś zaś po pracy umówiona byłam z Tonym na obiad i kupowanie biletów. Ja coś tak od razu czułam, że to nie będzie łatwo. Więc naturalnie w kasie biletowej się nie da, bo przedsprzedaż tylko na 10 dni przed odjazdem pociągów, o 19. Choć są pociągi (kategorii D zdaje się), które kupuje się na 20/19 dni przed odjazdem, o 8 rano. Okazało się, że przez pośrednika taż nie da się kupić wcześniej, nie można też złożyć zamówienia na przód już dziś, by kupili, jak tylko będzie się dało. Na dodatek dworzec mówi inaczej, agencja inaczej. Sprzeczne info to to, co w Chinach lubię T.T Mój pociąg powrotny to Z10. Nikt nie wie, kiedy bilety będą sprzedawać, czy 10 czy 20 dni przed. Jest to jedyny pociąg, jakim mogę wracać, by dotrzeć do pracy na czas (oby). Jak nie dostanę biletu, to jestem w mega dupie. Bo oczywiście bilety na dzień wcześniej też już będą wyprzedane. Trzymajcie więc kciuki za sobotę o 8~! A tak poza tym, to muszę się jeszcze jakoś dostać do Nankinu. Co też nie będzie proste, ale powiedzmy, że mogę nie wybrzydzać z godzinami pociągów, klasą/rodzajem siedzeń. Cel: 19 w niedzielę. Oby moje czarne wizje wyprzedania wszystkich biletów w ciągu 5minut nie sprawdziły się. Nigdy nie zrozumiem tego biletowego systemu i dlaczego z tymi biletami są takie straszne kłopoty. Jest popyt, to gdzie podaż?! Nie wiedzą, jak się kasę robi? Albo niech zrobią droższe bilety, to ludzie przestaną szturmować pociągi XD A nie walka na kły i pazury.
Poza tym, to spędzam pierwszy od dawna wieczór w domu, bo wróciłam po porażce biletowej już o 21. Błogo mi. Chyba z radości obejrzę sobie ep Weeds. Straszne mam zaległości serialowe, w sumie od 2 tyg. nic nie widziałam. A tu zaraz nowe sezony wszystkich seriali startują, tyle dobra, a ja nie dam rady być na bieżąco…
wtorek, 15 września 2009
Fryzjer
Wybrałam się wczoraj po pracy na zakupy tutaj, w moim Jabłku. Zaczepił mnie jakiś koleś, mówiący trochę po ang., z pytaniem, czy nie chcę obciąć włosów……………… Duh?! No ale nalegał i nalegał, i namawiał, i namawiał… a że był słodki, to w końcu uległam. I tak miałam zamiar iść do fryzjera, ale później, jesienią, ale pomyślałam, że skoro już się trafia coś mówiącego choć odrobinę w ingliszu, to może jednak pójdę. Okazało się, że chłopiec nie jest fryzjerem (jeszcze) tylko się uczy i obcinał mnie jego nauczyciel (on mył mi włosy). Oprócz tego, że co chwilę wymyślali, co by mi tu „fajnego” zrobić (kolor, trwała i inne niezrozumiałe dla mnie), pozwoliłam się jedynie obciąć, za to zostawiłam mu wolną rękę (najpierw jak chciał krótko ciąć protestowałam, ale w końcu stwierdziłam, niech się dzieje wola nieba…). Jak pan mnie obcinał, na taką modną teraz typową chińską fryzurkę, to wyglądało pięknie, na mokrych, prostych włosach. Ale na wysuszonych… aaaaaaaaaa ja tak nie chcę! Na moich włosach przecież się nie da zrobić tego co na chińskich. W sumie to nie jest to zmiana drastyczna, ale i tak jestem niepocieszona. Jest szansa, że jak odrosną tak z 5 cm to będą jako tako wygadać, ale do tego czasu… T.T
A dzis byłam na randce z tym fryzjerem-to-be. XD Bardzo bardzo chciał bym została jego dziewczyną. Rzekłam mu, że mogę się z nim umówić na jadną randkę i zobaczymy jak wyjdzie (a założyłam, że nie wyjdzie, bo jego angielszczyzna to jednak za biedna, a ja za bardzo kocham gadać, żeby tak z niemową, haha) no ale nie znał słowa date i w końcu chcąc-nie chcąc zgodziłam się na bycie girlfriend ;D Sama randka zaś była fajna XD Poszliśmy na szaszłyki i piwo, siedzieliśmy przy stoliku, który nie widział chyba poziomicy, na metalowych taboretach, piwo piliśmy ze szklanek (tak, tu zawsze się piwo z małych szklanek pije), w które włożone były plastykowe kubeczki- taki system, by nie zmywać, ale żeby jednak ze szkła było, słuchaliśmy koreańskie muzyki z komórki (z przerwami na Michaela Jacksona). Jedzonko bardzo dobre, piwko odpowiednio schłodzone, klimat chińskiej suburbian randki poznany. Jak rzecze Aneczka, trzeba zbierać taikeny. Co czynię!
A dzis byłam na randce z tym fryzjerem-to-be. XD Bardzo bardzo chciał bym została jego dziewczyną. Rzekłam mu, że mogę się z nim umówić na jadną randkę i zobaczymy jak wyjdzie (a założyłam, że nie wyjdzie, bo jego angielszczyzna to jednak za biedna, a ja za bardzo kocham gadać, żeby tak z niemową, haha) no ale nie znał słowa date i w końcu chcąc-nie chcąc zgodziłam się na bycie girlfriend ;D Sama randka zaś była fajna XD Poszliśmy na szaszłyki i piwo, siedzieliśmy przy stoliku, który nie widział chyba poziomicy, na metalowych taboretach, piwo piliśmy ze szklanek (tak, tu zawsze się piwo z małych szklanek pije), w które włożone były plastykowe kubeczki- taki system, by nie zmywać, ale żeby jednak ze szkła było, słuchaliśmy koreańskie muzyki z komórki (z przerwami na Michaela Jacksona). Jedzonko bardzo dobre, piwko odpowiednio schłodzone, klimat chińskiej suburbian randki poznany. Jak rzecze Aneczka, trzeba zbierać taikeny. Co czynię!
niedziela, 13 września 2009
polskie party~~!
Wczoraj był u mnie Krzysiu, pokręciliśmy się trochę po moim Pingguouan, poszliśmy na całkiem udane zakupy, kupilismy trochę ulicznego jedzenia, a jak zaczęło się późno robić ruszyliśmy do mieszkania. Plan był prosty- umeshu (którego Krzyś jeszcze nie miał okazji pić) i koreańskie soju (czyli kor. odpowiednik japońskiego shochu). Popiliśmy więc trochę, pojedliśmy. Bardzo uroczy wieczór.
Dziś zaś zwiedzaliśmy Jingshan, sztuczne wzniesienie zaraz na północ od Zakazanego Miasta, z którego rozciąga się widok na cały kompleks pałacowy. Jest też i świątynia z kolejnym posągiem Buddy, oczywiście. Ruszyliśmy ku do Beihai park. Po drodze kupiliśmy czipsy na wagę. Takie chipsy rodzaju pringles, wszystkie równiutkie i tego samego kształtu, w kilku smakach, świeże i smaczne, dużo tańsze od tych paczkowanych w sklepach. A biorąc pod uwagę ile czipsów jem… muszę znaleźć czipsy na wagę w mojej okolicy! W parku zobaczyliśmy słynną BaiTa- białą lamaistyczną dagobę (stupę) na Nefrytowej Wyspie. Z daleka faktycznie robi wrażenia, ale z bliska to w sumie nic ciekawego. Obeszliśmy jezioro, zajrzeliśmy do kilku pawilonów, Okrągłego miasta, zaliczyliśmy Ścianę Dziewięciu Smoków. Wysłuchaliśmy też koncertu zespołu grającego ludowe melodie (3 instrumenty strunowe szarpane, 2 smyczkowe, bębenek, i jeszcze coś perkusyjnego.) Grali strasznie fajnie! Trochę w stylu OSTów z tych wszystkich chińskich superprodukcji jak przyczajony tygrys czy sztylety.
Po części turystycznej nadszedł czas na kulinarno- towarzysko- rozrywkową. W mieszkaniu MC, u Asi, robiliśmy polska imprezę. Choć główną atrakcji miała być naturalnie polska wódka, zaplanowałyśmy też robienie jedzenia. Kopytka, rosół, kisiel, pierogi z owocami, smażona ryba i sałatka jarzynowa (która była moim pomysłem i za której przygotowanie byłam odpowiedzialna- a dodajmy też, że wszystkim smakowała najbardziej i licznym komplementom nie było końca; zresztą była to jedyna (prócz kisielu z proszku) potrawa, która smakowała w miarę jak polski oryginał, ciężko tu o składniki…- to tylko część z przygotowanych potraw. Impreza była na 23, ale i tak ludzie się spóźnili nieco XD Jak już trochę pojedliśmy polano wódeczkę i impreza zaczęła się rozkręcać, a z planowanych 20 osób zrobiło się prawie 30. Po udanym domowym polskim początku ruszyliśmy na miasto w tany. Wsiedliśmy więc o 1.30 do taksówek i ruszyliśmy- a gdzieżby indziej- do Sanlitun. Zaliczyliśmy 3 kluby i bar gdzie drinki za 10y-20y są w cenie regularnej, nie happy hour :D. Wracaliśmy około 5.30, wcale już nie pierwszym, metrem. Tylko skończę pisać i będę spać cały dzień!
Dziś zaś zwiedzaliśmy Jingshan, sztuczne wzniesienie zaraz na północ od Zakazanego Miasta, z którego rozciąga się widok na cały kompleks pałacowy. Jest też i świątynia z kolejnym posągiem Buddy, oczywiście. Ruszyliśmy ku do Beihai park. Po drodze kupiliśmy czipsy na wagę. Takie chipsy rodzaju pringles, wszystkie równiutkie i tego samego kształtu, w kilku smakach, świeże i smaczne, dużo tańsze od tych paczkowanych w sklepach. A biorąc pod uwagę ile czipsów jem… muszę znaleźć czipsy na wagę w mojej okolicy! W parku zobaczyliśmy słynną BaiTa- białą lamaistyczną dagobę (stupę) na Nefrytowej Wyspie. Z daleka faktycznie robi wrażenia, ale z bliska to w sumie nic ciekawego. Obeszliśmy jezioro, zajrzeliśmy do kilku pawilonów, Okrągłego miasta, zaliczyliśmy Ścianę Dziewięciu Smoków. Wysłuchaliśmy też koncertu zespołu grającego ludowe melodie (3 instrumenty strunowe szarpane, 2 smyczkowe, bębenek, i jeszcze coś perkusyjnego.) Grali strasznie fajnie! Trochę w stylu OSTów z tych wszystkich chińskich superprodukcji jak przyczajony tygrys czy sztylety.
Po części turystycznej nadszedł czas na kulinarno- towarzysko- rozrywkową. W mieszkaniu MC, u Asi, robiliśmy polska imprezę. Choć główną atrakcji miała być naturalnie polska wódka, zaplanowałyśmy też robienie jedzenia. Kopytka, rosół, kisiel, pierogi z owocami, smażona ryba i sałatka jarzynowa (która była moim pomysłem i za której przygotowanie byłam odpowiedzialna- a dodajmy też, że wszystkim smakowała najbardziej i licznym komplementom nie było końca; zresztą była to jedyna (prócz kisielu z proszku) potrawa, która smakowała w miarę jak polski oryginał, ciężko tu o składniki…- to tylko część z przygotowanych potraw. Impreza była na 23, ale i tak ludzie się spóźnili nieco XD Jak już trochę pojedliśmy polano wódeczkę i impreza zaczęła się rozkręcać, a z planowanych 20 osób zrobiło się prawie 30. Po udanym domowym polskim początku ruszyliśmy na miasto w tany. Wsiedliśmy więc o 1.30 do taksówek i ruszyliśmy- a gdzieżby indziej- do Sanlitun. Zaliczyliśmy 3 kluby i bar gdzie drinki za 10y-20y są w cenie regularnej, nie happy hour :D. Wracaliśmy około 5.30, wcale już nie pierwszym, metrem. Tylko skończę pisać i będę spać cały dzień!
piątek, 11 września 2009
pies!
Jadłam dziś psa!
W ogóle to grafik napięty do granic możliwości dziś. Rano praca w Pingguoyuan, po południu praca w Baishiqiao, potem wizyta w biurze Firmy, by odebrać wypłatę- zapłacili mi za cały miesiąc, te dni, kiedy nie pracowałam też. (Oczywiście po kolejnych perturbacjach, wczoraj jak się znów wkurzyłam to stwierdziłam, że miarka się przebrała i rzucam ich w cholerę. Dziś niby nic, cicho sza, jest po mojemu, ale pełno małych kwestii nadal nie rozwiązanych.)
Dalej spotkanie z Tonym. Dacie wiarę- happy hours w Wudaokou i np. Gin&Tonic (i kilka innych drinków do wyboru) za 5y (2,10zł!!!)?
A potem z aiesecerami ów pies jako zwieńczenie wieczoru. Do tego w miejscu nie byle jakim, bo restauracja była zdecydowanie najładniejsza z tych, w których dotychczas tu jadłam. Uroczy (lovely?) ogródek w chińskim stylu, z chińskimi daszkami, czerwonymi latarniami, stawem, lotosami, mostkami, etniczną muzyką częściowo na żywo, nienachalną, tańcami w regionalnych strojach. Do tańców zostaliśmy potem zaproszeni! Będąc po kilku drinkach pobiegłam w podskokach i szło mi całkiem nieźle. Świetny klimat.
Pies. Był to hotpot. Trochę szkoda, bo akurat za chińskim hotpotem nie przepadam. Ja myślałam, że ten pies to będzie na woku smażony, albo w postaci tak szalenie tu popularnych szaszłyków. No ale nie marudzę.
Pies. Smakuje prawie jak wieprzowina, a wygląd i faktura wołowiny, mięso ciemne, włókniste, dość chude. Ogólnie smaczne, ale bez szału.
Plan na dalszą przyszłość: cykady i skorpiony.
W ogóle to grafik napięty do granic możliwości dziś. Rano praca w Pingguoyuan, po południu praca w Baishiqiao, potem wizyta w biurze Firmy, by odebrać wypłatę- zapłacili mi za cały miesiąc, te dni, kiedy nie pracowałam też. (Oczywiście po kolejnych perturbacjach, wczoraj jak się znów wkurzyłam to stwierdziłam, że miarka się przebrała i rzucam ich w cholerę. Dziś niby nic, cicho sza, jest po mojemu, ale pełno małych kwestii nadal nie rozwiązanych.)
Dalej spotkanie z Tonym. Dacie wiarę- happy hours w Wudaokou i np. Gin&Tonic (i kilka innych drinków do wyboru) za 5y (2,10zł!!!)?
A potem z aiesecerami ów pies jako zwieńczenie wieczoru. Do tego w miejscu nie byle jakim, bo restauracja była zdecydowanie najładniejsza z tych, w których dotychczas tu jadłam. Uroczy (lovely?) ogródek w chińskim stylu, z chińskimi daszkami, czerwonymi latarniami, stawem, lotosami, mostkami, etniczną muzyką częściowo na żywo, nienachalną, tańcami w regionalnych strojach. Do tańców zostaliśmy potem zaproszeni! Będąc po kilku drinkach pobiegłam w podskokach i szło mi całkiem nieźle. Świetny klimat.
Pies. Był to hotpot. Trochę szkoda, bo akurat za chińskim hotpotem nie przepadam. Ja myślałam, że ten pies to będzie na woku smażony, albo w postaci tak szalenie tu popularnych szaszłyków. No ale nie marudzę.
Pies. Smakuje prawie jak wieprzowina, a wygląd i faktura wołowiny, mięso ciemne, włókniste, dość chude. Ogólnie smaczne, ale bez szału.
Plan na dalszą przyszłość: cykady i skorpiony.
Subskrybuj:
Posty (Atom)