Otworzyli koło mnie nowe burżujskie centrum handlowe, 6 pięter, same markowe sklepy. Nie wiem, po co takie coś na przedmieściach, ale jest. Pobiegłam czym prędzej. Ważne, że supermarket tam jest równie burżujski co reszta, sprzedają tam więc trochę japońskiego stafu i ogólnie importowanego stafu z rożnych stron świata, a poza tym, jest CAŁY REGAŁ POLSKICH CIASTEK i ciasteczek firmy dr Geralt. No z 15 rodzajów. Ceny zaporowe, jak i większości importowanych produktów. Nie ma alkoholu prócz piwa (też głownie importowanego, także z Jpn, tym razem polskiego akcentu brak). Ale obok jest osobny sklep z winem tylko.
Dziś był u mnie Krzysiu znów, obczailiśmy to nowe centrum handlowe (jak się dobrze przyjrzeć to się okazuje, że jest 1,5 regału polskich ciastek), zjedliśmy obiadek w Yoshinoyi, a potem, tym razem grzeczni, piliśmy piwko i gadaliśmy sobie u mnie.
Miałam też iść z Tonym i jego znajomymi na jakieś harce w Sanlitun dziś. Ale… metro nie działa dziś od 22 do 15.30 jutro. Nie ma jak pojechać i jak wrócić… Głupi Pekin. Głupie święta.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz