Przez ostatnie 2 tygodnie byłam chora. Ciężko. Na zapalenie płuc. Trzeba być mną, żeby pojechać do Chin, nie mieć ubezpieczenia zdrowotnego i zachorować akurat na zapalenie płuc. Ale spoko jest. Tak naprawdę chora byłam tylko przez 3 dni, teraz czuję się bardzo dobrze, nawet nie kaszlę jakoś specjalnie, nacieszyłam się tygodniowym urlopem, dużo, dużo spałam, trochę seriali oglądałam, wypoczęłam sobie.
Wizyta u lekarza wyglądała tak: poszłam, a właściwie zawieziono mnie, bo byłam zbyt słaba, by iść- byłam z sąsiadką jako opiekunką i tłumaczką, i jej tatą- kierowcą; zarejestrowałam się, poszłam do pokoju pielęgniarek (?) gdzie zrobiono wywiad, założono kartę i zmierzono mi temperaturę, 38,1 na liczniku, zlecono badania; poszłam znów do rejestracji zapłacić za badania, podstawowe badanie krwi (za mało krwi pan wziął i musiał je powtórzyć T.T kłując mnie w drugi palec) i RTG klatki piersiowej (prawie zwymiotowałam na maszynę :D), nie wiem, czemu tak od razu prześwietlenie, bez osłuchania najpierw, miałam w tym roku sporo do czynienia z RTG więc trochę niezdrowo… Z wynikami obu badań do lekarza, który pogadał z moją sąsiadką, wpisał co trzeba w książeczce, pomartwił się moimi wynikami krwi (dużo rzeczy poza granicami normy ;() o czym spojrzał na zdjęcie i orzekł, że zapalenie płuc, kazałam sobie w krzakach napisać, żeby się upewnić, czy dobrze zrozumiałam tłumaczenie Sary, 肺炎- wątpliwości nie ma. Potem chciał robić więcej badań, ale nie chciałam, chciał mnie zostawić na 2 nocki w szpitalu, też nie chciałam (ja, sama, w chińskim szpitalu?! o nie… choć sam szpital wygadał bardzo normalnie, jak i u nas, ani wypas, ani muzeum, za to wszystkie pomieszczenia opisane i po chińsku i po ang), zapytał więc, czy mam trudności z oddychaniem, przyczepił jakaś maszynę do palca- ona mierzyła natlenienie krwi (a tego u nas nie mają!), na końcu tak jakby mu się przypomniało i mnie osłuchał, w gardło zajrzał, receptę wypisał i tyle było. Powiedziałam mu co biorę, to stwierdził, że ten antybiotyk mogę brać nadal (potem się okazało, że to słaby antybiotyk i na zapalenie płuc to nie bardzo- szczegół, mam nadzieję, że jednak zadziałał).
Tydzień później byłam na kontroli, jedno płuco się prawie wyleczyło, drugie nie, dostałam tydzień zwolnienia, ale moja firma powiedziała, że musze pracować, ze tydzień to już i tak długo, ze przedszkole nie może czekać, dzieci musza mieć lekcje i koniec. Witamy w Chinach- pracuj człowiecze!
Pracuję w dwóch przedszkolach i jedno mnie zwolniło, bo do pracy nie przyszłam (dokładnie to sobie innego nauczyciela znaleźli i tyle) i jestem teraz pół bezrobotna. Z jednej strony trochę już mi się odechciało pracowania i mi tak lepiej, z drugiej, no nieco mnie martwi, że teraz zarabiam tylko połowę. Na życie starczy spokojnie, ale już na moje wielkie zakupowe plany nie bardzo.
A będąc przy zakupach: w chorobie, nie mogąc za bardzo chodzić nigdzie zajęłam się testowaniem Chinach zakupów online :D I tak w ubiegły czwartek zakupiłam dwa dyski USB (dla mnie i Krzysia) w internetowym sklepie, po dokładnym riserczu (wszystko w krzakach ma się rozumieć). 2,5” Seagate, 320 GB 200zł/sztuka :D To jedyny moment, kiedy spadek kursu dolara mnie ucieszył. (I narobił chęci na dalsze elektroniczne zakupy.) Niestety moje zarobki skurczyły się dość znacznie w przeliczeniu na złotówki.
Dyski zostały zamówione w czwartek późnym wieczorem, dostarczono je już w sobotę popołudniu. Saabisu jak się patrzy. Kurier nie mówił nic po angielsku, więc zabawnie było z nim gadać przez telefon, ale skumałam jakoś, że już jest i trzeba mu domofon otworzyć (czemu domofonem nie zadzwonił?) i 5 minut później otworzyłam paczkę, wszystko pięknie, podpisałam papierek, zapłaciłam i przystąpiłam do testowania nowej zabawki :D Jak się podłączy, to ma ikonkę dokładnie taką, jak wygląda dysk. Bardzo pocieszne.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz