sobota, 10 kwietnia 2010

Hajimarimashou!

Dzień pierwszy to absolutny zachwyt. Już zapomniałam, jak tutaj cudnie jest. Nagły widok tych domków, tych drzewek, chodników, uliczek, znanych mi sieciówek…
Najbardziej zaś zapach. Zapach Japonii. Naprawdę jest coś takiego. Lekko słodkawy zapach potraw zmieszany z zapachem tutejszej roślinności. Jak się tu chwilę pobędzie, to się przyzwyczaja i już go nie czuje. Dlatego wyjeżdżając 2,5 roku temu nie zarejestrowałam, że był jeszcze zapach. Dopiero jak wysiadłam z pociągu z lotniska poczułam go ponownie, ze zdziwieniem. Najpiękniejszy zapach na świecie ;) Zapach nostalgii. Dobra, nie będę udawać, żem jakaś poetocyko-wzniosła. Zapach JEDZENIA.
Podróż minęła bez problemów, choć miałam stracha, że pierwszy lot zostanie odwołany, bo na lotnisku straszna mgła była w nocy. I faktycznie, loty wielu tanich linii były odwołane lub spóźnione. Mój na szczęście był tylko opóźniony 20 minut. Skróciło to tylko moje 4 godzinne czekanie na przesiadkę w Kopenhadze. Tym razem leciałam z Gdańska, SASem, więc wstałam spokojnie o 7 i przeżyłam podróż w miarę bezboleśnie, choć nie udało mi się zasnąć. Z lotniska odebrały mnie 2 dziewuszki z AIESECU, moja TN menager Naoko (ta strasznie nierozgarnięta, chociaż w sumie bardzo miła i uczynna osóbka) i jej koleżanka z teamu, Risa. Wybrały wcale nie najtańszy sposób dotarcia do mego Kita-Ayase, zawitałyśmy do przedszkola się zyoroshikować, poszłyśmy rzucić okiem na mieszkanie i zostawić walizki, i ruszyłyśmy na podóbj świata, a raczej dzielnicowego urzędu przedszkolnym kawaiibusem (zaproponowali, że nas podwiozą, to nie wybrzydzałyśmy). Zrobiłam zdjęcie w automacie, wyglądam na nim jakbym miała 32 lata XD (bo oczywiście zapomniałam zabrać tych od wizy, szkoda, bo to pierwsze i pewnie jedyne foto do dokumentów na którym wyszłam wręcz ładnie), wypełniłam kwitki odpowiednie i dostałam zaświadczenie, że wystąpiłam o gaijinkartę. Poszyłyśmy wybierać telefon dalej, zdecydowałam się na abonament a nie prepaid, bo to żaaaaal, co tu w prepaidzie oferują >.<;; I już wypełniłam formularz, i już, już miałam podpisać umowę, gdy się okazało, że potrzebny jest jeszcze drugi papierek, czego nierozgarnięta Naoko naturalnie nie sprawdziła, grrrr XD Było po 17, urząd już zamknięty, więc z kejtaja nici. Wróciłyśmy do mieszkania i ktoś z przedszkola przyszedł net zrobić. Wydawało się, że operacją zakończyła się sukcesem. Rano okazało się, że po wyłączeniu komputera nie można się podłączyć ponownie, bo jak się kliknie to komp się za każdym razem restartuje o.O Muszę więc zakładać nowy profil, wpisywać dane, hasła... mendoukusai.
Późnym wieczorem zostałam zaproszona z szefostwem i kilkoma osobami z przedszkola na kolację, głównie sashimi/sushi/tmepura, ale i mięsko się znalazło, i miso of kors, i jakieś sałatki, tsukemono :) Dobre było. Naoko chciała wracać wcześniej, by na ostatni pociąg zdążyć i ktoś powiedział, by została na noc u mnie. Ja przytaknęłam ochoczo, że absolutnie musi. W ten podstępny sposób zdobyłam drugi futon, który został nam pożyczony. Można więc spokojnie wpadać w odwiedziny.

Dziś zaś spotkało mnie wielkie rozczarowanie związane z brakiem internetu (= nie możliwość sprawdzenie czegokolwiek w necie, map, pociągów, strach wyjść z domu). Pochodziłam sobie więc po okolicy, zrobiłam krótkie hanami w parku przed domem, a głównie to spałam, bo jet-lag mnie męczy jak nigdy wcześniej.
Sakura przed mym domem:


Moja ulica- niczym oprószona śniegiem. Zabawy dzieci piłką- sakurowa zamieć.

1 komentarz:

aneczka pisze...

Pierwsza!
Już pisałam na mailu, ale nie zaszkodzi powtórzyć: fajnie, że ci się podoba, oby to był bardzo udany pobyt.

Zapach jedzenia...? Też nic takiego nie pamiętam...