Wczoraj był u mnie Krzysiu, pokręciliśmy się trochę po moim Pingguouan, poszliśmy na całkiem udane zakupy, kupilismy trochę ulicznego jedzenia, a jak zaczęło się późno robić ruszyliśmy do mieszkania. Plan był prosty- umeshu (którego Krzyś jeszcze nie miał okazji pić) i koreańskie soju (czyli kor. odpowiednik japońskiego shochu). Popiliśmy więc trochę, pojedliśmy. Bardzo uroczy wieczór.
Dziś zaś zwiedzaliśmy Jingshan, sztuczne wzniesienie zaraz na północ od Zakazanego Miasta, z którego rozciąga się widok na cały kompleks pałacowy. Jest też i świątynia z kolejnym posągiem Buddy, oczywiście. Ruszyliśmy ku do Beihai park. Po drodze kupiliśmy czipsy na wagę. Takie chipsy rodzaju pringles, wszystkie równiutkie i tego samego kształtu, w kilku smakach, świeże i smaczne, dużo tańsze od tych paczkowanych w sklepach. A biorąc pod uwagę ile czipsów jem… muszę znaleźć czipsy na wagę w mojej okolicy! W parku zobaczyliśmy słynną BaiTa- białą lamaistyczną dagobę (stupę) na Nefrytowej Wyspie. Z daleka faktycznie robi wrażenia, ale z bliska to w sumie nic ciekawego. Obeszliśmy jezioro, zajrzeliśmy do kilku pawilonów, Okrągłego miasta, zaliczyliśmy Ścianę Dziewięciu Smoków. Wysłuchaliśmy też koncertu zespołu grającego ludowe melodie (3 instrumenty strunowe szarpane, 2 smyczkowe, bębenek, i jeszcze coś perkusyjnego.) Grali strasznie fajnie! Trochę w stylu OSTów z tych wszystkich chińskich superprodukcji jak przyczajony tygrys czy sztylety.
Po części turystycznej nadszedł czas na kulinarno- towarzysko- rozrywkową. W mieszkaniu MC, u Asi, robiliśmy polska imprezę. Choć główną atrakcji miała być naturalnie polska wódka, zaplanowałyśmy też robienie jedzenia. Kopytka, rosół, kisiel, pierogi z owocami, smażona ryba i sałatka jarzynowa (która była moim pomysłem i za której przygotowanie byłam odpowiedzialna- a dodajmy też, że wszystkim smakowała najbardziej i licznym komplementom nie było końca; zresztą była to jedyna (prócz kisielu z proszku) potrawa, która smakowała w miarę jak polski oryginał, ciężko tu o składniki…- to tylko część z przygotowanych potraw. Impreza była na 23, ale i tak ludzie się spóźnili nieco XD Jak już trochę pojedliśmy polano wódeczkę i impreza zaczęła się rozkręcać, a z planowanych 20 osób zrobiło się prawie 30. Po udanym domowym polskim początku ruszyliśmy na miasto w tany. Wsiedliśmy więc o 1.30 do taksówek i ruszyliśmy- a gdzieżby indziej- do Sanlitun. Zaliczyliśmy 3 kluby i bar gdzie drinki za 10y-20y są w cenie regularnej, nie happy hour :D. Wracaliśmy około 5.30, wcale już nie pierwszym, metrem. Tylko skończę pisać i będę spać cały dzień!
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
3 komentarze:
no to teraz czekam tylko na jakies zdjecia na FB z tego twojego chinskiego zycia :)
30 osob? wszyscy polacy? a skad nas az tyle tam ? :)
Michał B.
Nie no, Polaków sztuk 4. To było polskie party dla innych nacji, by im pokazać, jacy fajni jesteśmy.
Myślę, że znalezienie 30 polaków w Pekinie nie jest trudne, wszak poro ludzi robi tu interesy. Plus stażyści, studenci, nauczyciele...
Czy ja już się ciebie pytałam jak smakuje soju? Pewnie pytałam, ale zapomniałam to pytam jeszcze raz ;P
Impreza o 23? Czemu tak późno? Nikt nie idzie rano do pracy?
Prześlij komentarz