piątek, 18 września 2009
eins, zwei, drei polizei!
Był u mnie dziś Krzyś na ploteczkach (Asia nie dotarła, bo ma jakieś zatrucie pokarmowe T.T). Gdy go odprowadzałam na przystanek mijaliśmy ładnie umundurowanego policjanta, takiego, że zwrócił moją uwagę. Zmierzył nas wzrokiem. Gdy wracałam, minęłam go w drzwiach budynku. Obrócił się za mną, wyciągnął jakiś świstek- kopię mojego potwierdzenia zameldowania, pokazał palcem nazwisko i łamaną angielszczyzna zapytał, czy to ja. No ja- rzekłam. Okazało się, że funkcjonariusz tutaj właśnie do mnie przyszedł. Nikogo nie zastał i właśnie wracał, kiedy spostrzegł gajidzinkę… Pojechał ze mną na górę, poprosił, by mu pokazać świstek z zameldowaniem, paszport. Porównał dane, daty, podpisy, pieczątki i co tam jeszcze. Coś sobie zanotował. Rozejrzał się po mieszkaniu i zapytał ze 3 razy, czy mieszkam sama, czy aby na pewno. Podkreślił, że muszę mieszkać sama (skoro tak jest zarejestrowane,nie jako przepis odgórny), a jak już ktoś tu będzie, to też musi się na policji zameldować, jak nie, to mogą mnie deportować (wyjaśnione mi uroczym gestem ręki z gatunku „sio!”). Zapytał, czy wybieram się do Tybetu (sic!) (przynajmniej tak się domyślam, jako iż zdanie było zupełnie bez ładu i składu, słowa Tybet też nie mogłam zrozumieć, póki nie zapisał na mą próbę na kartce). Zostawił mi swój nr telefonu, poprosił o mój. Przez chwilę się wahałam, czy dawać mu, a co ma mnie kontrolować, ale w końcu stwierdziłam, że może byłby jeszcze bardziej podejrzliwy… Zostawił mi też swój nr i powiedział, że jakby coś, to mam dzwonić :) Gdzieś w między czasie zapytał, co robię w Chinach, co naturalnie było pytaniem bardzo niewygodnym, ze względu na moją do końca taką wizę, jaką mieć powinnam. Bo chwilowej konsternacji odpowiedziałam, że „Just living here, have some frinds…”, przyjął do wiadomości, ale nie wiem, czy go to usatysfakcjonowało. Ciekawe, czy to tak w ramach przedrocznicowych cyrków kontrolnych (dziś znów metro działa dziwnie, część nie działa wcale, część krócej), czy z zasady. Podobno mogę liczyć na kolejną wizytę/wizyty. Zastanawiam się, jaka będzie ich częstotliwość, wnikliwość, upierdliwość…
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
6 komentarzy:
Cóż, przynajmniej jak zapytają "jak wygląda życie w komunistycznym kraju" to będziesz miała co opowiadać. :)
Nie mogło być całkiem normalnie.
Zresztą biorąc pod uwagę tegoroczny najazd straży granicznej na Murzasichle ("ktoś dał cynk, że przebywają tu podejrzani cudzoziemcy!") komunistyczność Chin nie wydaje się taka raząca...
O! Nic nie słyszałam o straży granicznej w Murasichlu! Opowiedz mi tą historię!
badz przygotowana na wiecej takich wizyt ... moja kumpela ktora spedzila w chinach jakies 6 msc mowila ze oni tak lubia gaijinom zycie utrudniac... ty i tak mialas szzescie ze trafilas na policjanta mowiacego lamana angielszczyzna a nie chinczyka krzyczacego po chinsku i wymahuwujacego rekami ... :)
god bless :)
michal
To było tak... siedzimy sobie na huśtawce przed budynkiem a tu zajeżdża samochód straży granicznej, wysiada gość i mówi, że mamy się wylegitymować bo dostali informacje z anonimowego źródła o tym, że krążą po okolicy "podejrzani obcokrajowcy".
Jak już ich przekonaliśmy, że to jednak nie my to poszli do Dr Sz. żeby się upewnić, że nikt nie przeszedł przez zieloną granice między Polską a Japonią. ^^
Eliza, ty to masz przygody^^ Podziwiam,że tak dobrze sobie z tym radę dajesz, ja to bym od razu z nerwów zawału dostała:P
Trzmam kciuki za jednak niezbyt częste wizyty mundurowych☆
A mnie tam żaden przystojniak w mundurze nie chce odwiedzić... :P
Prześlij komentarz