Byłam na Uniwerku Rikkyo na czymś, co się w aiesecu nazywa global village- takie spotkanie z zaproszonymi praktykantami, którzy przyjechali tu na praktyki oraz praktykantami miejscowymi, którzy mieli okazję wyjechać na staż. Szczerze, mało ciekawe to było, w sumie był to głównie jikoushoukaj tylko, imię nazwisko, gdzie, kiedy i tyle, nikt nie opowiadał nic więcej o samym stażu. No ale spotkałam jeszcze kilku EP, w tym z mojego komitetu, wypatrzyłam też 2 całkiem hot Japończyków ;) tylko, że nie z mojego komitetu, więc nie bardzo jest jak ich spotkać. Był też jeden Japończyk, który był na wolontariacie w Polsce, w 3mieście, przez 2 miesiące teraz w lutym-kwietniu i był z wystąpieniem także w moim liceum! :D Więc sobie pofgadaliśmy dużo, zwłaszcza, że Polska mu się bardzo bardzo podobała (!) i chce jeszcze raz pojechać, jeśli się tylko uda :) Nice!
Wieczorem zaś spotkałam się z Martą i Pauliną w Ikebukuro , poplotkowałyśmy trochę, zorientowałyśmy się kto, co, gdzie robi i mieszka. Na koniec zachciało nam się zakupów, ale w sumie to właśnie sklepy zamykali, więc udało nam się trochę butów po oglądać i o Uniqlo (powiedzmy- jap. H&M) zahaczyć. Zaaaakupy, tego mi brakuje!
sobota, 17 kwietnia 2010
środa, 14 kwietnia 2010
[*]
O tragedii tu-154 dowiedziałam się dopiero w pon. wieczorem. Nie miałam netu, telewizora tez nie mam. Dziwne, jakbym się z księżyca urwała. I głupio mi, bo nie raz żartowałam, że newsów nie czytam, TV nie oglądam i nawet bym nie wiedziała, że prezydent umarł, gdyby ktoś na gg nie zostawił statusu. Czasy się zmieniły, wiem z FB.
To miło, że będąc tak daleko za granicą mogę wyrazić mój szczery smutek i każdy zrobi przygnębioną minkę w odpowiedzi (choć nie każdy wie ococho). Nikt tu nie jest poirytowany, że chcę powiedzieć, że mi żal, nikt nie zaczyna spiskowych teorii, politycznych dysput, uszczypliwych komentarzy, nie rzuca obelg, nie zarzuca hipokryzji (bo przecie Kaczyńskiego bardzo nie lubiłam). A smutno mi szczerze, bo to tragedia wykraczająca poza polityczne poglądy. I nawet jakoś tak już nie mogę napisać, że „Kaczki” nie lubiłam, choć to pierwsze przyszło mi do głowy.
Czytam wszystkie niusy, coś czego nigdy nie robię. Może dlatego, że nikt o tym nie mówi tutaj, mam taką potrzebę. No i nie bombarduje mnie to z każdej strony, jak wyobrażam sobie, jest w Pl. Sama świadomie mogę sobie wybrać, czy chcę czytać, czy nie. A że nie mam z kim pogadać, to czytam choć.
Ludzie jadą po Jarku. A ja dopiero teraz uświadomiłam sobie, że kurdeż, przecież mu brat bliźniak zginął. Dotychczas widziałam go ciągle jako prezesa nielubianego PiSu. Serio jakoś nie skojarzyłam faktu, że dla niego to rodzinna tragedia, a nie tylko prezydent ze swojej partii.
To miło, że będąc tak daleko za granicą mogę wyrazić mój szczery smutek i każdy zrobi przygnębioną minkę w odpowiedzi (choć nie każdy wie ococho). Nikt tu nie jest poirytowany, że chcę powiedzieć, że mi żal, nikt nie zaczyna spiskowych teorii, politycznych dysput, uszczypliwych komentarzy, nie rzuca obelg, nie zarzuca hipokryzji (bo przecie Kaczyńskiego bardzo nie lubiłam). A smutno mi szczerze, bo to tragedia wykraczająca poza polityczne poglądy. I nawet jakoś tak już nie mogę napisać, że „Kaczki” nie lubiłam, choć to pierwsze przyszło mi do głowy.
Czytam wszystkie niusy, coś czego nigdy nie robię. Może dlatego, że nikt o tym nie mówi tutaj, mam taką potrzebę. No i nie bombarduje mnie to z każdej strony, jak wyobrażam sobie, jest w Pl. Sama świadomie mogę sobie wybrać, czy chcę czytać, czy nie. A że nie mam z kim pogadać, to czytam choć.
Ludzie jadą po Jarku. A ja dopiero teraz uświadomiłam sobie, że kurdeż, przecież mu brat bliźniak zginął. Dotychczas widziałam go ciągle jako prezesa nielubianego PiSu. Serio jakoś nie skojarzyłam faktu, że dla niego to rodzinna tragedia, a nie tylko prezydent ze swojej partii.
poniedziałek, 12 kwietnia 2010
Nomikaj pierwszy. Keitaj.
Pierwszy nomikaj za mną. Już myślałam, że nie uda mi się nań dotrzeć, bo ani komórki nie udało mi się kupić, ani net nie działał i nie miałam jak miejsca spotkania ustalić, ale zadzwoniłam do Naoko z budki, żeby jej powiedzieć, że nie mam netu i nie wiem, gdzie się spotykamy, więc mnie nie będzie, niech nie czeka. Klika godzin później słyszę pukanie- a to ona. Więc w sumie chyba nie mam co narzekać, byłam miło zaskoczona, że jej się chciało. Pojechałyśmy razem do Shinjuku, gdzie była wyznaczona izakaya (Nie wiem, jak ona sprawdza te rozkłady pociągów, że jeździmy zawsze drogą opcją XD) Nomikaj opóźnił się o 1,5 godziny. Wkurzyłam się nie na żarty, bo przecież wiadomo, że party nie można przedłużyć, bo w nocy pociągów brak. Przeszyłyśmy się więc po Shinjuku, poszłyśmy też pomarnować czas w pobliskiej jinja, napawając się widokiem nocnej sakury.
Potem umeshu na stole i pełno jedzenia szybko poprawiły mi humor. Aiesecerzy okazali się całkiem wyluzowani i skorzy do zabaw, a obsługa izakai kilkukrotnie musiała przychodzić nas uciszać po tym, jak na scenie pojawiła się 5 litrowa butla szampana i liderzy poszczególnych teamów byli z niej pojeni, przy gromkich okrzykach zachęty i wiwatach. Mnie też napojono, a jako, że musiałam bronić honoru Polski, wypiłam tego szampana sporo na raz.

To, wraz z umeshu, zaowocowało dnia następnego zdecydowanie nie planowanym kacem. Wszakże cóż może być lepszego niż kac pierwszego dnia pracy?! Na szczęście było to zwykły kac, a nie kac morderca, choć dopiero tak o 16 doszłam do siebie.
Przyjechała Naoko znów, po drodze dołączyła do nas Risa, i pojechałyśmy załatwić ten papierek potrzebny do zakupu fonu. Wszystko było by fajnie, gdyby Naoko sprawdziła, gdzie mamy wysiąść z autobusu i jak iść… A tak była 16.55 (urząd do 17), lało, wiało i zimno było niesamowicie, a my błądzimy. Już sobie pomyślałam, że i tym razem telefonu nie zdobędę i po raz kolejny klęłam soczyście na Naoko w myślach. Naoko zadzwoniła do urzędu by zapytać o drogę. Miła pani wytłumaczyła jej cierpliwie i rzekła, że… na nas poczeka! Tak więc 15 minut po czasie wystawiono upragniony świstek (wyobrażacie sobie coś takiego u nas?!?!) i ruszyłyśmy do sklepu.
O! takie cudo mam! telefono-telewizoro- aparat w jednym, foto 8 MP, 3,1" ekran obrotowy WVGA OLED...
http://www.au.kddi.com/english/seihin/ichiran/kishu/ca004/index.html



Potem umeshu na stole i pełno jedzenia szybko poprawiły mi humor. Aiesecerzy okazali się całkiem wyluzowani i skorzy do zabaw, a obsługa izakai kilkukrotnie musiała przychodzić nas uciszać po tym, jak na scenie pojawiła się 5 litrowa butla szampana i liderzy poszczególnych teamów byli z niej pojeni, przy gromkich okrzykach zachęty i wiwatach. Mnie też napojono, a jako, że musiałam bronić honoru Polski, wypiłam tego szampana sporo na raz.
To, wraz z umeshu, zaowocowało dnia następnego zdecydowanie nie planowanym kacem. Wszakże cóż może być lepszego niż kac pierwszego dnia pracy?! Na szczęście było to zwykły kac, a nie kac morderca, choć dopiero tak o 16 doszłam do siebie.
Przyjechała Naoko znów, po drodze dołączyła do nas Risa, i pojechałyśmy załatwić ten papierek potrzebny do zakupu fonu. Wszystko było by fajnie, gdyby Naoko sprawdziła, gdzie mamy wysiąść z autobusu i jak iść… A tak była 16.55 (urząd do 17), lało, wiało i zimno było niesamowicie, a my błądzimy. Już sobie pomyślałam, że i tym razem telefonu nie zdobędę i po raz kolejny klęłam soczyście na Naoko w myślach. Naoko zadzwoniła do urzędu by zapytać o drogę. Miła pani wytłumaczyła jej cierpliwie i rzekła, że… na nas poczeka! Tak więc 15 minut po czasie wystawiono upragniony świstek (wyobrażacie sobie coś takiego u nas?!?!) i ruszyłyśmy do sklepu.
O! takie cudo mam! telefono-telewizoro- aparat w jednym, foto 8 MP, 3,1" ekran obrotowy WVGA OLED...
http://www.au.kddi.com/english/seihin/ichiran/kishu/ca004/index.html
sobota, 10 kwietnia 2010
Hajimarimashou!
Dzień pierwszy to absolutny zachwyt. Już zapomniałam, jak tutaj cudnie jest. Nagły widok tych domków, tych drzewek, chodników, uliczek, znanych mi sieciówek…
Najbardziej zaś zapach. Zapach Japonii. Naprawdę jest coś takiego. Lekko słodkawy zapach potraw zmieszany z zapachem tutejszej roślinności. Jak się tu chwilę pobędzie, to się przyzwyczaja i już go nie czuje. Dlatego wyjeżdżając 2,5 roku temu nie zarejestrowałam, że był jeszcze zapach. Dopiero jak wysiadłam z pociągu z lotniska poczułam go ponownie, ze zdziwieniem. Najpiękniejszy zapach na świecie ;) Zapach nostalgii. Dobra, nie będę udawać, żem jakaś poetocyko-wzniosła. Zapach JEDZENIA.
Podróż minęła bez problemów, choć miałam stracha, że pierwszy lot zostanie odwołany, bo na lotnisku straszna mgła była w nocy. I faktycznie, loty wielu tanich linii były odwołane lub spóźnione. Mój na szczęście był tylko opóźniony 20 minut. Skróciło to tylko moje 4 godzinne czekanie na przesiadkę w Kopenhadze. Tym razem leciałam z Gdańska, SASem, więc wstałam spokojnie o 7 i przeżyłam podróż w miarę bezboleśnie, choć nie udało mi się zasnąć. Z lotniska odebrały mnie 2 dziewuszki z AIESECU, moja TN menager Naoko (ta strasznie nierozgarnięta, chociaż w sumie bardzo miła i uczynna osóbka) i jej koleżanka z teamu, Risa. Wybrały wcale nie najtańszy sposób dotarcia do mego Kita-Ayase, zawitałyśmy do przedszkola się zyoroshikować, poszłyśmy rzucić okiem na mieszkanie i zostawić walizki, i ruszyłyśmy na podóbj świata, a raczej dzielnicowego urzędu przedszkolnym kawaiibusem (zaproponowali, że nas podwiozą, to nie wybrzydzałyśmy). Zrobiłam zdjęcie w automacie, wyglądam na nim jakbym miała 32 lata XD (bo oczywiście zapomniałam zabrać tych od wizy, szkoda, bo to pierwsze i pewnie jedyne foto do dokumentów na którym wyszłam wręcz ładnie), wypełniłam kwitki odpowiednie i dostałam zaświadczenie, że wystąpiłam o gaijinkartę. Poszyłyśmy wybierać telefon dalej, zdecydowałam się na abonament a nie prepaid, bo to żaaaaal, co tu w prepaidzie oferują >.<;; I już wypełniłam formularz, i już, już miałam podpisać umowę, gdy się okazało, że potrzebny jest jeszcze drugi papierek, czego nierozgarnięta Naoko naturalnie nie sprawdziła, grrrr XD Było po 17, urząd już zamknięty, więc z kejtaja nici. Wróciłyśmy do mieszkania i ktoś z przedszkola przyszedł net zrobić. Wydawało się, że operacją zakończyła się sukcesem. Rano okazało się, że po wyłączeniu komputera nie można się podłączyć ponownie, bo jak się kliknie to komp się za każdym razem restartuje o.O Muszę więc zakładać nowy profil, wpisywać dane, hasła... mendoukusai.
Późnym wieczorem zostałam zaproszona z szefostwem i kilkoma osobami z przedszkola na kolację, głównie sashimi/sushi/tmepura, ale i mięsko się znalazło, i miso of kors, i jakieś sałatki, tsukemono :) Dobre było. Naoko chciała wracać wcześniej, by na ostatni pociąg zdążyć i ktoś powiedział, by została na noc u mnie. Ja przytaknęłam ochoczo, że absolutnie musi. W ten podstępny sposób zdobyłam drugi futon, który został nam pożyczony. Można więc spokojnie wpadać w odwiedziny.
Dziś zaś spotkało mnie wielkie rozczarowanie związane z brakiem internetu (= nie możliwość sprawdzenie czegokolwiek w necie, map, pociągów, strach wyjść z domu). Pochodziłam sobie więc po okolicy, zrobiłam krótkie hanami w parku przed domem, a głównie to spałam, bo jet-lag mnie męczy jak nigdy wcześniej.
Sakura przed mym domem:

Moja ulica- niczym oprószona śniegiem. Zabawy dzieci piłką- sakurowa zamieć.
Najbardziej zaś zapach. Zapach Japonii. Naprawdę jest coś takiego. Lekko słodkawy zapach potraw zmieszany z zapachem tutejszej roślinności. Jak się tu chwilę pobędzie, to się przyzwyczaja i już go nie czuje. Dlatego wyjeżdżając 2,5 roku temu nie zarejestrowałam, że był jeszcze zapach. Dopiero jak wysiadłam z pociągu z lotniska poczułam go ponownie, ze zdziwieniem. Najpiękniejszy zapach na świecie ;) Zapach nostalgii. Dobra, nie będę udawać, żem jakaś poetocyko-wzniosła. Zapach JEDZENIA.
Podróż minęła bez problemów, choć miałam stracha, że pierwszy lot zostanie odwołany, bo na lotnisku straszna mgła była w nocy. I faktycznie, loty wielu tanich linii były odwołane lub spóźnione. Mój na szczęście był tylko opóźniony 20 minut. Skróciło to tylko moje 4 godzinne czekanie na przesiadkę w Kopenhadze. Tym razem leciałam z Gdańska, SASem, więc wstałam spokojnie o 7 i przeżyłam podróż w miarę bezboleśnie, choć nie udało mi się zasnąć. Z lotniska odebrały mnie 2 dziewuszki z AIESECU, moja TN menager Naoko (ta strasznie nierozgarnięta, chociaż w sumie bardzo miła i uczynna osóbka) i jej koleżanka z teamu, Risa. Wybrały wcale nie najtańszy sposób dotarcia do mego Kita-Ayase, zawitałyśmy do przedszkola się zyoroshikować, poszłyśmy rzucić okiem na mieszkanie i zostawić walizki, i ruszyłyśmy na podóbj świata, a raczej dzielnicowego urzędu przedszkolnym kawaiibusem (zaproponowali, że nas podwiozą, to nie wybrzydzałyśmy). Zrobiłam zdjęcie w automacie, wyglądam na nim jakbym miała 32 lata XD (bo oczywiście zapomniałam zabrać tych od wizy, szkoda, bo to pierwsze i pewnie jedyne foto do dokumentów na którym wyszłam wręcz ładnie), wypełniłam kwitki odpowiednie i dostałam zaświadczenie, że wystąpiłam o gaijinkartę. Poszyłyśmy wybierać telefon dalej, zdecydowałam się na abonament a nie prepaid, bo to żaaaaal, co tu w prepaidzie oferują >.<;; I już wypełniłam formularz, i już, już miałam podpisać umowę, gdy się okazało, że potrzebny jest jeszcze drugi papierek, czego nierozgarnięta Naoko naturalnie nie sprawdziła, grrrr XD Było po 17, urząd już zamknięty, więc z kejtaja nici. Wróciłyśmy do mieszkania i ktoś z przedszkola przyszedł net zrobić. Wydawało się, że operacją zakończyła się sukcesem. Rano okazało się, że po wyłączeniu komputera nie można się podłączyć ponownie, bo jak się kliknie to komp się za każdym razem restartuje o.O Muszę więc zakładać nowy profil, wpisywać dane, hasła... mendoukusai.
Późnym wieczorem zostałam zaproszona z szefostwem i kilkoma osobami z przedszkola na kolację, głównie sashimi/sushi/tmepura, ale i mięsko się znalazło, i miso of kors, i jakieś sałatki, tsukemono :) Dobre było. Naoko chciała wracać wcześniej, by na ostatni pociąg zdążyć i ktoś powiedział, by została na noc u mnie. Ja przytaknęłam ochoczo, że absolutnie musi. W ten podstępny sposób zdobyłam drugi futon, który został nam pożyczony. Można więc spokojnie wpadać w odwiedziny.
Dziś zaś spotkało mnie wielkie rozczarowanie związane z brakiem internetu (= nie możliwość sprawdzenie czegokolwiek w necie, map, pociągów, strach wyjść z domu). Pochodziłam sobie więc po okolicy, zrobiłam krótkie hanami w parku przed domem, a głównie to spałam, bo jet-lag mnie męczy jak nigdy wcześniej.
Sakura przed mym domem:
Moja ulica- niczym oprószona śniegiem. Zabawy dzieci piłką- sakurowa zamieć.
piątek, 4 grudnia 2009
肺炎 i zakupy przez internet
Przez ostatnie 2 tygodnie byłam chora. Ciężko. Na zapalenie płuc. Trzeba być mną, żeby pojechać do Chin, nie mieć ubezpieczenia zdrowotnego i zachorować akurat na zapalenie płuc. Ale spoko jest. Tak naprawdę chora byłam tylko przez 3 dni, teraz czuję się bardzo dobrze, nawet nie kaszlę jakoś specjalnie, nacieszyłam się tygodniowym urlopem, dużo, dużo spałam, trochę seriali oglądałam, wypoczęłam sobie.
Wizyta u lekarza wyglądała tak: poszłam, a właściwie zawieziono mnie, bo byłam zbyt słaba, by iść- byłam z sąsiadką jako opiekunką i tłumaczką, i jej tatą- kierowcą; zarejestrowałam się, poszłam do pokoju pielęgniarek (?) gdzie zrobiono wywiad, założono kartę i zmierzono mi temperaturę, 38,1 na liczniku, zlecono badania; poszłam znów do rejestracji zapłacić za badania, podstawowe badanie krwi (za mało krwi pan wziął i musiał je powtórzyć T.T kłując mnie w drugi palec) i RTG klatki piersiowej (prawie zwymiotowałam na maszynę :D), nie wiem, czemu tak od razu prześwietlenie, bez osłuchania najpierw, miałam w tym roku sporo do czynienia z RTG więc trochę niezdrowo… Z wynikami obu badań do lekarza, który pogadał z moją sąsiadką, wpisał co trzeba w książeczce, pomartwił się moimi wynikami krwi (dużo rzeczy poza granicami normy ;() o czym spojrzał na zdjęcie i orzekł, że zapalenie płuc, kazałam sobie w krzakach napisać, żeby się upewnić, czy dobrze zrozumiałam tłumaczenie Sary, 肺炎- wątpliwości nie ma. Potem chciał robić więcej badań, ale nie chciałam, chciał mnie zostawić na 2 nocki w szpitalu, też nie chciałam (ja, sama, w chińskim szpitalu?! o nie… choć sam szpital wygadał bardzo normalnie, jak i u nas, ani wypas, ani muzeum, za to wszystkie pomieszczenia opisane i po chińsku i po ang), zapytał więc, czy mam trudności z oddychaniem, przyczepił jakaś maszynę do palca- ona mierzyła natlenienie krwi (a tego u nas nie mają!), na końcu tak jakby mu się przypomniało i mnie osłuchał, w gardło zajrzał, receptę wypisał i tyle było. Powiedziałam mu co biorę, to stwierdził, że ten antybiotyk mogę brać nadal (potem się okazało, że to słaby antybiotyk i na zapalenie płuc to nie bardzo- szczegół, mam nadzieję, że jednak zadziałał).
Tydzień później byłam na kontroli, jedno płuco się prawie wyleczyło, drugie nie, dostałam tydzień zwolnienia, ale moja firma powiedziała, że musze pracować, ze tydzień to już i tak długo, ze przedszkole nie może czekać, dzieci musza mieć lekcje i koniec. Witamy w Chinach- pracuj człowiecze!
Pracuję w dwóch przedszkolach i jedno mnie zwolniło, bo do pracy nie przyszłam (dokładnie to sobie innego nauczyciela znaleźli i tyle) i jestem teraz pół bezrobotna. Z jednej strony trochę już mi się odechciało pracowania i mi tak lepiej, z drugiej, no nieco mnie martwi, że teraz zarabiam tylko połowę. Na życie starczy spokojnie, ale już na moje wielkie zakupowe plany nie bardzo.
A będąc przy zakupach: w chorobie, nie mogąc za bardzo chodzić nigdzie zajęłam się testowaniem Chinach zakupów online :D I tak w ubiegły czwartek zakupiłam dwa dyski USB (dla mnie i Krzysia) w internetowym sklepie, po dokładnym riserczu (wszystko w krzakach ma się rozumieć). 2,5” Seagate, 320 GB 200zł/sztuka :D To jedyny moment, kiedy spadek kursu dolara mnie ucieszył. (I narobił chęci na dalsze elektroniczne zakupy.) Niestety moje zarobki skurczyły się dość znacznie w przeliczeniu na złotówki.
Dyski zostały zamówione w czwartek późnym wieczorem, dostarczono je już w sobotę popołudniu. Saabisu jak się patrzy. Kurier nie mówił nic po angielsku, więc zabawnie było z nim gadać przez telefon, ale skumałam jakoś, że już jest i trzeba mu domofon otworzyć (czemu domofonem nie zadzwonił?) i 5 minut później otworzyłam paczkę, wszystko pięknie, podpisałam papierek, zapłaciłam i przystąpiłam do testowania nowej zabawki :D Jak się podłączy, to ma ikonkę dokładnie taką, jak wygląda dysk. Bardzo pocieszne.
Wizyta u lekarza wyglądała tak: poszłam, a właściwie zawieziono mnie, bo byłam zbyt słaba, by iść- byłam z sąsiadką jako opiekunką i tłumaczką, i jej tatą- kierowcą; zarejestrowałam się, poszłam do pokoju pielęgniarek (?) gdzie zrobiono wywiad, założono kartę i zmierzono mi temperaturę, 38,1 na liczniku, zlecono badania; poszłam znów do rejestracji zapłacić za badania, podstawowe badanie krwi (za mało krwi pan wziął i musiał je powtórzyć T.T kłując mnie w drugi palec) i RTG klatki piersiowej (prawie zwymiotowałam na maszynę :D), nie wiem, czemu tak od razu prześwietlenie, bez osłuchania najpierw, miałam w tym roku sporo do czynienia z RTG więc trochę niezdrowo… Z wynikami obu badań do lekarza, który pogadał z moją sąsiadką, wpisał co trzeba w książeczce, pomartwił się moimi wynikami krwi (dużo rzeczy poza granicami normy ;() o czym spojrzał na zdjęcie i orzekł, że zapalenie płuc, kazałam sobie w krzakach napisać, żeby się upewnić, czy dobrze zrozumiałam tłumaczenie Sary, 肺炎- wątpliwości nie ma. Potem chciał robić więcej badań, ale nie chciałam, chciał mnie zostawić na 2 nocki w szpitalu, też nie chciałam (ja, sama, w chińskim szpitalu?! o nie… choć sam szpital wygadał bardzo normalnie, jak i u nas, ani wypas, ani muzeum, za to wszystkie pomieszczenia opisane i po chińsku i po ang), zapytał więc, czy mam trudności z oddychaniem, przyczepił jakaś maszynę do palca- ona mierzyła natlenienie krwi (a tego u nas nie mają!), na końcu tak jakby mu się przypomniało i mnie osłuchał, w gardło zajrzał, receptę wypisał i tyle było. Powiedziałam mu co biorę, to stwierdził, że ten antybiotyk mogę brać nadal (potem się okazało, że to słaby antybiotyk i na zapalenie płuc to nie bardzo- szczegół, mam nadzieję, że jednak zadziałał).
Tydzień później byłam na kontroli, jedno płuco się prawie wyleczyło, drugie nie, dostałam tydzień zwolnienia, ale moja firma powiedziała, że musze pracować, ze tydzień to już i tak długo, ze przedszkole nie może czekać, dzieci musza mieć lekcje i koniec. Witamy w Chinach- pracuj człowiecze!
Pracuję w dwóch przedszkolach i jedno mnie zwolniło, bo do pracy nie przyszłam (dokładnie to sobie innego nauczyciela znaleźli i tyle) i jestem teraz pół bezrobotna. Z jednej strony trochę już mi się odechciało pracowania i mi tak lepiej, z drugiej, no nieco mnie martwi, że teraz zarabiam tylko połowę. Na życie starczy spokojnie, ale już na moje wielkie zakupowe plany nie bardzo.
A będąc przy zakupach: w chorobie, nie mogąc za bardzo chodzić nigdzie zajęłam się testowaniem Chinach zakupów online :D I tak w ubiegły czwartek zakupiłam dwa dyski USB (dla mnie i Krzysia) w internetowym sklepie, po dokładnym riserczu (wszystko w krzakach ma się rozumieć). 2,5” Seagate, 320 GB 200zł/sztuka :D To jedyny moment, kiedy spadek kursu dolara mnie ucieszył. (I narobił chęci na dalsze elektroniczne zakupy.) Niestety moje zarobki skurczyły się dość znacznie w przeliczeniu na złotówki.
Dyski zostały zamówione w czwartek późnym wieczorem, dostarczono je już w sobotę popołudniu. Saabisu jak się patrzy. Kurier nie mówił nic po angielsku, więc zabawnie było z nim gadać przez telefon, ale skumałam jakoś, że już jest i trzeba mu domofon otworzyć (czemu domofonem nie zadzwonił?) i 5 minut później otworzyłam paczkę, wszystko pięknie, podpisałam papierek, zapłaciłam i przystąpiłam do testowania nowej zabawki :D Jak się podłączy, to ma ikonkę dokładnie taką, jak wygląda dysk. Bardzo pocieszne.
niedziela, 25 października 2009
szybki apdejt
Chyba muszę (przynajmniej tymczasowo), zawiesić bloga, bo jak widać w tym miesiącu dobitnie, nie daję rady. Postaram się z tym wpisem z Szanghaju skończyć, ale i to mocno nie wiem. Za tydzień zaś jeziemy do Xi’anu, może więc po Xianie. Pisanie tak często i dużo zabierało zbyt dużo czasu i wysiłku, a im więcej się dzieje, tym mniej czasu na pisanie- zależność oczywista. Ale będę czasem na blipie pisać.
Więc bardzo chciałabym napisać o SH więcej, bo jest o czym, oraz o moich przemyśleniach i nastrojach po (zwłaszcza, że pól notki gotowe, ale i tej nigdy nie skończę jak i kilku innych dawno, dawno temu zaczętych), o tym jak po SH, 8ego wieczorem, był u mnie Krzyś i gadaliśmy o naszych szanghajsko-mongolskich przygodach, zdjęcia przeglądaliśmy, omiyage zajadaliśmy. O tym, że w sobotę 10ego musiałam iść do pracy (odpracowywać święta), o Tym, że przyjechała do Pekinu na 3 miesiące Magda, moja współlokatorka z Tokio (co jest bezpośrednią przyczyną zmniejszenia się ilości mojego czasu, teraz jeszcze z nią się włóczę ;D), że była u mnie, potem ja u niej, że 13ego byłyśmy razem w zakupowym raju Silk and Pearl Market, który jest ewidentnie nastawiony na turystów, (gdzie wszycy niemal mówą po angielsku i rosyjsku (!),) ale jak się umie targować (z 1800 na 50y) i zna mniej więcej realną chińską wartość kupowanych rzeczy, to można kupić sporo fajnego stafu za rozsądne pieniądze; a sprzedają tam podróbki wszystkiego, ciuchów, butów, torebek, zegarków, Gucci, Prada, D&G, LV, CK, Channel, Chloe, Miumiu, name it. Są też maskotki (yey, moje nowe słodkie Totoro kosztujące 1/10 tego z w JPN bo tu nie znają praw autorskich ;)), porcelana, herbaty, kosmetyki, biżuteria (i taka serio, i taka plastykowa) i wszystko. Kupiłam więc spodnie, koszulową sukienkę, strasznie fajną torebkę, Totoro, zegarek, rajstopy.
Chciałabym napisać o dziwnej sytuacji w pracy, again, i o tym, jak miałam wizytację szefowej na lekcjach moich (powiedzieli, żem bardzo dobra, a nim widzieli moje lekcje, to napisali maila do aisecu, żem nie dobra więc stresa miałam trochu), o służbowym lunchu, na którym jadłam pierwszy raz chińskie curry (sama nie mogę uwierzyć, że dopiero teraz spróbowałam chińskiego curry… ale już się pilnie znaków nauczyłam i pisać, i czytać, wiem więc czego w menu szukać.)
O nowo ustanowionej 16ego (a kontynuowanej przedwczoraj) tradycji nocnych ploteczek z Krzysiem, jako dodatku do naszych standartowych piątkowych obiadokolacji suto zakrapianych co rusz innym azjatyckim alkoholem (wiem już, co za syf jest w chińkich wódkach, one są robione z SORGO, dlatego tak podłe. Wczoraj sprawdziliśmy w Carrefourze dużo chińskich alków i wszystkie były z sorga, czasami z dodatkiem pszenicy, no chyba, że było to wino, to bez sorga; a jak chińskie wino, to istnieje ono tylko wytrawne i nie ma ani semi dry, ani semi sweet; nie znaleźliśmy też żadnego alku z ryżu!!!! Rozważam przestawienie się na koreańskie soju (shochuu) na dobre).
I o kolejnych zakupach, i o kolejnych, i o obiedzie, i o kolejnym. I o tym, jak nie pojechaliśmy do Xianu w tym tyg, bo pieprzeni Chińczycy.
A najbardziej zaś chciałabym napisać o tym jak z Magdą, Ksenią i Krzysiem zwiedzaliśmy 18ego Zakazane Misto (wreszcie!), że było dość fajnie, strzeliliśmy milion zdjęć, zobaczyliśmy wystawę specjalną biżuterii Cartiera, gdzie zrozumiałam znaczenie słów: „Diamenty są najlepszym przyjacielem kobiety”, bo dotyczczas biżuteria nie leżała nawet na obrzeżach moich kręgów zainteresowań. Ale to, co zapamiętam najlepiej: to że strasznie, straaaaasznie wiaaaaaało, i jak już nas przewiało solidnie to zamarzaliśmy, mimo, że niby 19 stopni było. A same pałace- owszem, ładne, ale mocno przereklamowane. Potem zwyczajowo ruszyliśmy ku zachodzącemu słońcu, czyli znaleźć jakąś brudną chińską knajpę, a w niej coś do jedzenia (i się rozmrozić; na rozgrzanie podano nam wodę w której gotuje się ryż XD, jako że nie mieli żadnych ciepłych napojów, nawet herbaty). Z dalszych planów na wieczór (party w aiesecu) musiałam zwyczajnie zrezygnować, bo już i tak byłam spóźniona, a do tego zmęczona i przemarznięta. Zwięczeniem dnia były więc lody w Maku.
Dzień wcześniej zaś, 17ego, zwiedzaliśmy najpierw muzeum Guo Moruo (początek XX wieku, pisarz, tłumacz, lekarz, historyk, politycznie zaangażowany, studiował przez 9 lat w JPN) , potem zaś Pałac Księcia Gong (Prince Gong Mansion), gdzie powitały nas nieziemskie tłumy. Odsyłam standartowo do Wiki, kto ciekaw co i gdzie, i dlaczego tam. Wieczorem zaś, po spożyciu obiadku, ruszyliśmy do mojego ulubionego Houhai, barów na jeziorem na północ od zakazanego miasta, gdzie trwała jeszcze happy hour. Popijaliśmy więc Long Island Ice Tea (20y), sycąc krew akoholem, a oczy nocnym widokiem jeziora i odbijających się w jego tafli neonów. Jednak główną atrakcją były… koty. Znaleźliśmy bar, w którym na sofach siedziały dwa koty i jednogłośnie zdecydowaliśmy, że tam właśnie zostajemy. Głaskaliśmy więc koteczki, obfotografowaliśmy wszystko w koło i słuchaliśmy… POLSKIEGO REAGGE lecącego randomowo z głośników! XD Na koniec przespacerowaliśmy się tamże po ulicy handlowej i zakupiliśmy wszyscy po T-shircie (albo i 2) turystycznym z gatunku „I love Beijing” albo z nadrukiem twarzy Mao. Ja mam czarny z obrazkiem Ściany i napisami po chińsku i ang. „I climbed The Great Wall.” Kupiłam też sobie serię 5 ślicznych papierowych wycinanek z postaciami z Opery Pekińskiej.
Zapoznałam też sąsiadkę z mojego bloku i była u mnie na ploteczkach.
I tak to ostatnio było, drogie dzieci.
Więc bardzo chciałabym napisać o SH więcej, bo jest o czym, oraz o moich przemyśleniach i nastrojach po (zwłaszcza, że pól notki gotowe, ale i tej nigdy nie skończę jak i kilku innych dawno, dawno temu zaczętych), o tym jak po SH, 8ego wieczorem, był u mnie Krzyś i gadaliśmy o naszych szanghajsko-mongolskich przygodach, zdjęcia przeglądaliśmy, omiyage zajadaliśmy. O tym, że w sobotę 10ego musiałam iść do pracy (odpracowywać święta), o Tym, że przyjechała do Pekinu na 3 miesiące Magda, moja współlokatorka z Tokio (co jest bezpośrednią przyczyną zmniejszenia się ilości mojego czasu, teraz jeszcze z nią się włóczę ;D), że była u mnie, potem ja u niej, że 13ego byłyśmy razem w zakupowym raju Silk and Pearl Market, który jest ewidentnie nastawiony na turystów, (gdzie wszycy niemal mówą po angielsku i rosyjsku (!),) ale jak się umie targować (z 1800 na 50y) i zna mniej więcej realną chińską wartość kupowanych rzeczy, to można kupić sporo fajnego stafu za rozsądne pieniądze; a sprzedają tam podróbki wszystkiego, ciuchów, butów, torebek, zegarków, Gucci, Prada, D&G, LV, CK, Channel, Chloe, Miumiu, name it. Są też maskotki (yey, moje nowe słodkie Totoro kosztujące 1/10 tego z w JPN bo tu nie znają praw autorskich ;)), porcelana, herbaty, kosmetyki, biżuteria (i taka serio, i taka plastykowa) i wszystko. Kupiłam więc spodnie, koszulową sukienkę, strasznie fajną torebkę, Totoro, zegarek, rajstopy.
Chciałabym napisać o dziwnej sytuacji w pracy, again, i o tym, jak miałam wizytację szefowej na lekcjach moich (powiedzieli, żem bardzo dobra, a nim widzieli moje lekcje, to napisali maila do aisecu, żem nie dobra więc stresa miałam trochu), o służbowym lunchu, na którym jadłam pierwszy raz chińskie curry (sama nie mogę uwierzyć, że dopiero teraz spróbowałam chińskiego curry… ale już się pilnie znaków nauczyłam i pisać, i czytać, wiem więc czego w menu szukać.)
O nowo ustanowionej 16ego (a kontynuowanej przedwczoraj) tradycji nocnych ploteczek z Krzysiem, jako dodatku do naszych standartowych piątkowych obiadokolacji suto zakrapianych co rusz innym azjatyckim alkoholem (wiem już, co za syf jest w chińkich wódkach, one są robione z SORGO, dlatego tak podłe. Wczoraj sprawdziliśmy w Carrefourze dużo chińskich alków i wszystkie były z sorga, czasami z dodatkiem pszenicy, no chyba, że było to wino, to bez sorga; a jak chińskie wino, to istnieje ono tylko wytrawne i nie ma ani semi dry, ani semi sweet; nie znaleźliśmy też żadnego alku z ryżu!!!! Rozważam przestawienie się na koreańskie soju (shochuu) na dobre).
I o kolejnych zakupach, i o kolejnych, i o obiedzie, i o kolejnym. I o tym, jak nie pojechaliśmy do Xianu w tym tyg, bo pieprzeni Chińczycy.
A najbardziej zaś chciałabym napisać o tym jak z Magdą, Ksenią i Krzysiem zwiedzaliśmy 18ego Zakazane Misto (wreszcie!), że było dość fajnie, strzeliliśmy milion zdjęć, zobaczyliśmy wystawę specjalną biżuterii Cartiera, gdzie zrozumiałam znaczenie słów: „Diamenty są najlepszym przyjacielem kobiety”, bo dotyczczas biżuteria nie leżała nawet na obrzeżach moich kręgów zainteresowań. Ale to, co zapamiętam najlepiej: to że strasznie, straaaaasznie wiaaaaaało, i jak już nas przewiało solidnie to zamarzaliśmy, mimo, że niby 19 stopni było. A same pałace- owszem, ładne, ale mocno przereklamowane. Potem zwyczajowo ruszyliśmy ku zachodzącemu słońcu, czyli znaleźć jakąś brudną chińską knajpę, a w niej coś do jedzenia (i się rozmrozić; na rozgrzanie podano nam wodę w której gotuje się ryż XD, jako że nie mieli żadnych ciepłych napojów, nawet herbaty). Z dalszych planów na wieczór (party w aiesecu) musiałam zwyczajnie zrezygnować, bo już i tak byłam spóźniona, a do tego zmęczona i przemarznięta. Zwięczeniem dnia były więc lody w Maku.
Dzień wcześniej zaś, 17ego, zwiedzaliśmy najpierw muzeum Guo Moruo (początek XX wieku, pisarz, tłumacz, lekarz, historyk, politycznie zaangażowany, studiował przez 9 lat w JPN) , potem zaś Pałac Księcia Gong (Prince Gong Mansion), gdzie powitały nas nieziemskie tłumy. Odsyłam standartowo do Wiki, kto ciekaw co i gdzie, i dlaczego tam. Wieczorem zaś, po spożyciu obiadku, ruszyliśmy do mojego ulubionego Houhai, barów na jeziorem na północ od zakazanego miasta, gdzie trwała jeszcze happy hour. Popijaliśmy więc Long Island Ice Tea (20y), sycąc krew akoholem, a oczy nocnym widokiem jeziora i odbijających się w jego tafli neonów. Jednak główną atrakcją były… koty. Znaleźliśmy bar, w którym na sofach siedziały dwa koty i jednogłośnie zdecydowaliśmy, że tam właśnie zostajemy. Głaskaliśmy więc koteczki, obfotografowaliśmy wszystko w koło i słuchaliśmy… POLSKIEGO REAGGE lecącego randomowo z głośników! XD Na koniec przespacerowaliśmy się tamże po ulicy handlowej i zakupiliśmy wszyscy po T-shircie (albo i 2) turystycznym z gatunku „I love Beijing” albo z nadrukiem twarzy Mao. Ja mam czarny z obrazkiem Ściany i napisami po chińsku i ang. „I climbed The Great Wall.” Kupiłam też sobie serię 5 ślicznych papierowych wycinanek z postaciami z Opery Pekińskiej.
Zapoznałam też sąsiadkę z mojego bloku i była u mnie na ploteczkach.
I tak to ostatnio było, drogie dzieci.
niedziela, 11 października 2009
ShangHai (1) 2-3 X 2009
Lot z Pekinu do Szanghaju to 2 godziny (dojazd z mojego mieszkania na lotnisko zajmuje więcej XD); 25 minut spóźnienia; 1 zaprzyjaźniony Chińczyk.
Miesiąc temu napisałam na aiesecowej google grupie, czy ktoś nie chciałby zrobić apartament swapu. Wyszłam z założenia, że tak jak ja w święta chcę jechać do SH, tak ktoś stamtąd musi chcieć przyjechać do Beijingu i moglibyśmy się zamienić na ten tydzień mieszkaniami. Cisza. Pytanie ponowiłam. Dostałam odp. od Phila, aiesecera z SH, że on wprawdzie nie jedzie do BJ, ale też wyjeżdża zostawiając pusty pokój i jeśli chcę mogę u niego zamieszkać.
Miejscówka okazała się świetna. Mieszkanie wprawdzie bez luksusów (za to z KABINĄ PRYSZNICOWĄ!!) ale i tak spoko, jak na chińskie standardy; wyposażone w ratujący życie bezprzewodowy internet i wspaniały widok z okna na śmietankę szanghajsich wieżowców. Przede wszystkim bardzo dobrze położone, w dzielnicy Nowy Pudong (tej z najwypaśniejszymi budynkami z Shanghai Orietal Pearl, Jin Mao Tower i Shanghai Word Financial Center (zależnie jak liczyć, najwyższy budynek na świecie) na czele), przy 2 stacjach metra (linie 2,4,6), 4 przystanki metra/ autobusu od People’s Square i Nanjing Road.
Nieco samotny pierwszy wieczór spędziłam na spacerze po okolicy i podziwianiu nocnej panoramy miasta.
Drugiego dnia umówiłam się z Chińczykiem z samolotu, jako iż wyznał, że z radością oprowadziłby mnie po mieście. W zasadzie zaliczyliśmy większość punktów must see w SH, czyli JingAn Temple (i park nieopodal), YuYuan (absolutnie przepiękny), The Bund (w remoncie T.T- przygotowania do Expo2010), Nanjing Road West i East, Pepoles Square. A w między czasie zakupy i obiad w japońskiej sieciówce Cocoichibanya specjalizujące się w curry~~! Pierwsze omiyage z SH- laleczka kokeshi z YuYuan XD. A co!
Wieczorem zaś poszłam zobaczyć dość piękny pokaz sztucznych ogni (z okazji Mid-autumn day), całkiem niedaleko mieszkania, a zaraz po nim odebrałam z metra Mateusza, który przybył wieczorem z Nankinu. Razem z Zhou, współlokatorem naszego gospodarza ruszyliśmy ku nowej przygodzie, czyli zaliczyliśmy szanghajski klub, który jednak był dużym, dużym zawodem. Mało miejsca, malutki parkiet, pełno ludzi, muzyka jakiś niewyszukany pop z domieszką wszystkiego po trochu. Open bar kosztował aż 100y, drinki były beznadziejne, wybór mały, nawet nie używali soku pomarańczowego, tylko napoju. Usiedliśmy więc gdzieś na tyłach i piliśmy, bo nie bardzo było co innego robić, zjedliśmy też mooncake’i (zupełnie nie godne polecenia), by chińskiej tradycji stała się polska zadość. Potem zaś odkryliśmy VIP room, który wcale nie był dla VIPów i można było sobie tam ot tak wejść, a tam więcej miejsca do tańczenia, mniej ludzi i klimat nieco lepszy. Więc pobawiliśmy się trochę nawet, a trochę się upiliśmy, ale uczucie zawodu pozostało.
Miesiąc temu napisałam na aiesecowej google grupie, czy ktoś nie chciałby zrobić apartament swapu. Wyszłam z założenia, że tak jak ja w święta chcę jechać do SH, tak ktoś stamtąd musi chcieć przyjechać do Beijingu i moglibyśmy się zamienić na ten tydzień mieszkaniami. Cisza. Pytanie ponowiłam. Dostałam odp. od Phila, aiesecera z SH, że on wprawdzie nie jedzie do BJ, ale też wyjeżdża zostawiając pusty pokój i jeśli chcę mogę u niego zamieszkać.
Miejscówka okazała się świetna. Mieszkanie wprawdzie bez luksusów (za to z KABINĄ PRYSZNICOWĄ!!) ale i tak spoko, jak na chińskie standardy; wyposażone w ratujący życie bezprzewodowy internet i wspaniały widok z okna na śmietankę szanghajsich wieżowców. Przede wszystkim bardzo dobrze położone, w dzielnicy Nowy Pudong (tej z najwypaśniejszymi budynkami z Shanghai Orietal Pearl, Jin Mao Tower i Shanghai Word Financial Center (zależnie jak liczyć, najwyższy budynek na świecie) na czele), przy 2 stacjach metra (linie 2,4,6), 4 przystanki metra/ autobusu od People’s Square i Nanjing Road.
Nieco samotny pierwszy wieczór spędziłam na spacerze po okolicy i podziwianiu nocnej panoramy miasta.
Drugiego dnia umówiłam się z Chińczykiem z samolotu, jako iż wyznał, że z radością oprowadziłby mnie po mieście. W zasadzie zaliczyliśmy większość punktów must see w SH, czyli JingAn Temple (i park nieopodal), YuYuan (absolutnie przepiękny), The Bund (w remoncie T.T- przygotowania do Expo2010), Nanjing Road West i East, Pepoles Square. A w między czasie zakupy i obiad w japońskiej sieciówce Cocoichibanya specjalizujące się w curry~~! Pierwsze omiyage z SH- laleczka kokeshi z YuYuan XD. A co!
Wieczorem zaś poszłam zobaczyć dość piękny pokaz sztucznych ogni (z okazji Mid-autumn day), całkiem niedaleko mieszkania, a zaraz po nim odebrałam z metra Mateusza, który przybył wieczorem z Nankinu. Razem z Zhou, współlokatorem naszego gospodarza ruszyliśmy ku nowej przygodzie, czyli zaliczyliśmy szanghajski klub, który jednak był dużym, dużym zawodem. Mało miejsca, malutki parkiet, pełno ludzi, muzyka jakiś niewyszukany pop z domieszką wszystkiego po trochu. Open bar kosztował aż 100y, drinki były beznadziejne, wybór mały, nawet nie używali soku pomarańczowego, tylko napoju. Usiedliśmy więc gdzieś na tyłach i piliśmy, bo nie bardzo było co innego robić, zjedliśmy też mooncake’i (zupełnie nie godne polecenia), by chińskiej tradycji stała się polska zadość. Potem zaś odkryliśmy VIP room, który wcale nie był dla VIPów i można było sobie tam ot tak wejść, a tam więcej miejsca do tańczenia, mniej ludzi i klimat nieco lepszy. Więc pobawiliśmy się trochę nawet, a trochę się upiliśmy, ale uczucie zawodu pozostało.
Subskrybuj:
Posty (Atom)