środa, 26 sierpnia 2009

poprawka po sobocie

Po udanym wyjściu sobotnim, które w założeniu było tylko wypadem do baru na kilka drinków a skończyło się na tańcach, ustaliliśmy, że trzeba wrócić w tygodniu i wybrać się do klubu z prawdziwego zdarzenia. W tygodniu- bo wstęp tańszy dla chłopców a dziewczyny free, w weekend zabawa kosztuje, a do tego tłumy ludu wszędzie. A skoro są wakacje trzeba skorzystać, nie?! Poszliśmy więc od razu w poniedziałek, co będziemy czekać.

Klub chiński wielkomiejski nie różni się wiele od wielkomiejskich angielskich czy japońskich. Klabing przez duże K. Lans, design, światła, muzyka. Odrobina piany, dużo dymu i śliczne bańki mydlane, które bardzo mnie cieszyły. Na szczęście się nie znam, ale szybko w oczy rzuca się KASA bywalców. Na stołach alkohol- często całe butelki a nie tylko drinki, talerze z owocami. Trendy ppl. Mniej obcokrajowców niż się spodziewałam, ale może dlatego, że środek tygodnia?

Na parkiecie tłumy. Przy stolikach tłumy. Poniedziałek! Nie chcę nawet wiedzieć, jak wygląda klub w sobotę (ale coś mi się zdaje, że szybko się przekonam XD).
Ponieważ przyszłam dopiero o 23.30 (a wyszłam z domu o 22 XD) ominęła mnie pierwsza klejka. Na szczęście Tony („chińczyk- clubbing- person”) tuż przed pierwszą zarządził wyjście na drinka, czyli wymarsz do pobliskiego sklepu (jest duch w narodzie!). bo klubowe drinki drogie. Zaszliśmy więc, a tam na półeczce stało sobie… no co domyślniejsi już wiedzą… UMESHU~~. I to nie to chińskie, tylko japońskie. Znaczy się made In china, ale japońską metodą, przez japoński koncern (nie Choya) z napisem w hiraganie うめしゅ, kwiatuszkami śliwy ume na etykiecie. 30y, 335ml, 15%, 30 minut. Okazuje się, że jak umeshu pyszne jest z kieliszka (lub w drinku), z lodem, powoli, tak jest to marny alkohol na picie pod sklepem. Znaczy się po pól butelki miałam trochu dość. Ja- umeshu! No ale chłopcy zdecydowali jeszcze, że pragną jakiegoś jedzenia i poszliśmy kupować chińskie nadziewane naleśniki, co dało mi więcej czasu.

Potem już tylko bawiliśmy się do rana (hitem imprezy były różnokolorowe rurki wypełnione fluorescencyjnym płynem), zmieniwszy jeszcze klub, by na dobre zakończenie nocy (lub dobre rozpoczęcie dnia), wpaść o 5 do Maka.
W domku byłam jakoś tak o 6.30 i myślałam sobie, a spoko, pracę mam na 2.20, wyśpię się. Aha… Udało mi się zdrzemnąć 2 godzinki, a potem już tylko przewracałam się z boku na bok. A przecież normalnie spanie do 11-12 nie sprawa mi problemów. No ale odpoczęłam chwilkę, pointernetowałam, zjadłam lunch i prace też przeżyłam. Od razu widać, że od czerwca nabrałam kondycji :D Dopiero wieczorem poczułam, że jednak trochę przesadziłam z tym klabingiem i tak o 20.30 po prostu mnie ścięło i poszłam spać.

3 komentarze:

Michał Bernat pisze...

hehe fajnie ze sie bawisz dobrze Elizo :)
Kolorowe rurki hitem??? Oni je tam produkuja przeciez :D A biale rekawiczki i gwizdki byly ??? :]

a powiedz czy chinski McD ma jakies ciekawostki lokalne ???

Michał B.

neko pisze...

Staram się jak mogę :)
Nie nie, rękawiczki i gwizdki to nie to party, żadnego techno!

Tak, coś tam ma, ale ciekawostki lokalne jadam na ulicy, jak idę do Maka, to tylko w jednym celu- Czizburger.
Tfu, w dwuch celach, czizburger lub lody.

Cieszę się, że się ujawniłeś, Michale :*

LEO Trend pisze...

helol Elizo.
ale fajnie ze mozesz sobie poklubingowac:) ja nie moge, bo w tej miescinie klub mozna zobaczyc tylko w telewizji:)
ale prosze, okazuje sie ze czy chiny czy europa - kluby na calym swiecie sa takie same:)