Najpierw zaległy post z zeszłego weekendu.
Wybrałam się do Miasta. Najpierw Chinki z aiesecu zabrały mnie do punktu serwisu Nikona, żeby naprawić mój aparat, któremu się coś z obiektywem stało. W czasie, kiedy oni obczajali co jest nie tak i ile będzie mnie kosztować naprawa poszłyśmy na zakupy do jakiegoś dużego let out center. Ciuchy były tam przecenione często po 70 procent, ale i tak ciężko było znaleźć szmatkę za mniej niż 100y. Nie dziękuję?! A One się cieszyły, że Tano, no kaman, to ja wolę przecenę w naszym H&M, Newyorkerze czy gdziekolwiek, ceny lepsze mają. Ale upolowałam moją pierwsze chińskie ubranko- piękną szarą sukienko-bluzę asian style („worek style”). Jak z JPN! Potem poszłyśmy szukać obiadu, idziemy, idziemy a tam- Yoshinoya!!! Prawie się rozpłakałam. Gyuudon~~! Spożywany przeze mnie prawie codziennie w Japonii, nie jedzony od niemal 2 lat gyuudon! (na dzień dzisiejszy mam obczajoną lokalizację 5 Yoshinoi, najważniejsze zaś to, ze jednak jest na Dworcu Zachodnim, gdzie kończy bieg mój wioskowy autobus i jak jadę do centrum, to na ogół tam wysiadam. W czasie obiadu zadzwonili z serwisu, że naprawa aparatu kosztowałaby 950 yuanów (cały obiektyw trzeba wymienić), czyli ponad 400zł, to sobie nowy lepiej kupię. A aparaty i ogólnie elektronika są tu na ogół droższe niż u nas (no chyba, że chce się jakiś no name) T_T. Zastanawiam się, czy nie lepiej w Polsce kupić, taniej, wiadomo, że nie podróbka i będzie mieć gwarancję.
Z tymi smutnymi wieściami ruszyłyśmy do Houhai, absolutnie przegenialnego miejsca! W centrum Pekinu jest Zakazane Miasto, na wschodzie i północy od pałacowego kompleksu znajdują się jeziora. Kilka (a może już kilkanaście) lat temu dzielnica tak, Houhai, przekształciła się w centrum rozrywki, wąskimi uliczkami, pozostałościami hutongów, rikszami pomykającymi żwawo i masą barów wokół caluśkiego jeziora. Całości dopełniają sklepiczki z towarami wszelakimi, w tym tradycyjnego rzemiosła (targowanie się jest obowiązkowe, można nawet negocjować ceny drinków w barach XD) oraz standy z jedzeniem, po mocno zawyżonych cenach. Atmosfera cudowna, światła neonów odbijające się w tafli wody, łódeczki pływające po jeziorach, mostki, feeria kolorów, mieszanka zapachów i dźwięków (choć nie do końca podoba mi się pomysł muzyki na żywo, bo głośno i trudno się gada, a w większości barów jest jakaś piosenkarka/ piosenkarz). Niestety, gdy miejsce stało się modne ceny poszły w górę- tanio nie jest (poza happy hour wczesnym wieczorem). Ale za urok i klimat miejsca, można sobie pozwolić na drinka czy dwa po dość wygórowanych cenach.
W niedzielę zaś wybrałyśmy się już w wąskim, 4 osobowym aiesecowym gronie zwiedzać świątynię lamajską Yonghegong. Wielka i piękna. Dużo posągów buddy, w tym jeden kilkunastometrowy (18?). Właśnie jak skończyłyśmy oglądać ostatni pawilon i miałyśmy wracać zaczęło lać. Strasznie. Ściana wody. Siedziałyśmy tam ponad godzinę i czekałyśmy,by przestało, ale oczywiście nie przestało. Zdecydowałyśmy się iść, po 50 metrach byłyśmy całkowicie przemoczone. Pojechałyśmy jeszcze do Wudaokou (gdzie jest aiesecowy dom i biuro) i poszłyśmy na obiad na SUSHI~~~! :D Średnie sushi w średniej cenie.
A potem na zakupy. Mają tam taką halę ze sklepikami z koreańskim stafem, od ciuchów po kosmetyki. Jest też jeden sklep z ubrankami japońskimi, ale drogi T_T A na ulicy kupiłam sobie wreszcie 4 (nie miałam więcej kasy T_T) badziewie koszulki za 10 yuanów za sztukę (4,5zł), właśnie takie, jakie zawsze widziałam oczyma wyobraźni w Polsce i z myślą o których nie brałam tutaj wielu ubrań. Powrót do domu zajął mi 2h 45 min XD. 3 linie metra, każdą po 3 przystanki plus przejście (a między linią 13 i 2 idzie się chyba z 15 minut XD), potem z metra na dworzec zachodni (20-25 minut piechotą)- tego, że metro nie dochodzi do największego dworca na świecie (jak czytałam na Wiki) i trzeba iść tyle do dziś nie mogę pojąć. Na dworcu się trochę zgubiłam, bo część przejść (tych mi znanych) jest zamknięta wieczorem XD i strasznie się stresowałam, że nie zdążę na ostatni autobus, ale udało się nawet na przedostatni zdążyć^^ nocą droga zajęła tylko 45 minut a nie ponad godzinę.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
5 komentarzy:
No właśnie, bo ja bym chciała jakieś zdjęcia zobaczyć...
Kurcze, szkoda tego aparatu...
Ty to tylko o zdjęciach byś myślała ;)
:*
oj, bo Ty takie ciekawe rzeczy opisujesz, wprawdzie bardzo obrazowo ale wiesz, znasz mnie ;) chciałabym to zobaczyć przynajmniej na foto :*
Podoba mi sie skomunikowanie Pekinu :/ Moze trza jakies sekretne przejscia na dworcach poobczajac?XD
a w ogole straszliwie Ci zazdroszcze jedzenia (srednie sushi, phi. Nie waz sie tam pisac osobom, ktore siedza w Polszy i kotre o sushi to se pomarzyc moga ;pp) W kazdym razie, jedno dobre z tego ze nie masz aparatu to to, ze nie zamiescisz zdjec jedzeniaXDD
Ale zwiedzanie Pekinu brzmi cudnie, moi zazdrosci^^
Ech, a wydawałoby się, że te Chiny takie tanie... Czyli ciuchy z Chin idą na zachód i tam płaci się za nie kilkanaście razy więcej, ale jednocześnie w Chinach kosztują więcej... Gdzie tu logika? :/
Worek-stajl to nie moje klimaty, ale faktycznie za niewielkie pieniądze można się poczuć jak Japonka ^^
Ech, ostrzegałam, że naprawa obiektywu będzie kosztowała... Nic to, masz pretekst żeby sobie kupić nowy bajerancki aparat ;)
I to jak najszybciej, bo ja tu już stęsknionam jakiś zdjęć~~~ Te wszystkie dzielnice które opisujesz brzmią tak ślicznie...
Prześlij komentarz