sobota, 8 sierpnia 2009

Impreza na pekińskiej prowincji

W piątek wybrałam się z dziołszkami z pracy do klubu, bo ku mojemu ogromnemu zdziwieniu okazało się, że w Liangxiang, gdzie mieszkam (około 110.000 mieszkańców), są nawet 2 kluby. Spodziewałam się totalnej porażki i klimatu imprezy w remizie, ale zapał mój był wielki i nawet fakt, że pogadać sobie nie możemy raczej (dwie dziewuszki mówią słabo po ang, a następne trzy znają tylko pojedyncze słowa i zupełnie nic nie kumają) nie mógł go ostudzić. Zostałam zaskoczona na plus, klub wyglądał spoko, całkiem fajnie urządzony, ładne mebelki, nic bardzo fancy, ale nie mają się czego wstydzić. Muzyka też była spoko, różnorodna: elektroniczna- dramy- taneczne remixy różnych kawałków (np. lambada i wszędzie teraz panujący Michael Jackson), dla szukających czegoś ambitnego raczej lipa, ale żeby skoczyć się pobawić i powygłupiać- w sam raz.( + piękny DJ.) A wygłupiałyśmy się sporo i w ogóle był taki luzik bez lansu (z naszej strony, bo część Chinek jak z okładki żurnala, zarówno glamour jak i gyaru).
Przyszłyśmy do klubu, a właściwie zostałyśmy przywiezione przez chłopaka jednej z dziewczyn, po 22, ale było jeszcze pustawo, nikt nie tańczył. Postanowiłyśmy rozkręcić imprezę, poszłyśmy na parkiet a za nami ruszyły jeszcze jakieś 2 czupiradła, trwała+tapir, tona tapety i odstawały parę zupełnie zsynchronizowanych układów tanecznych do kliku kolejnych kawałków. Ciekawe ile to ćwiczyły… Wygadały przezabawnie; bardzo były wczute. Na początku myślałam, że może to pracownice klubu zapodają kroki XD ale jednak one tak same z siebie. Tak około 23 się towarzystwo rozruszało.

Aż tu nagle o północy muzykę nieco ściszono, zapalono światła, ludzie zeszli z parkietu a na środek wyszedł jakiś wylansowany koleś, coś tam sobie pogadał do gości i zaczął śpiewać (nienajlepiej mu szło). Trwało to dobre pół godziny, z jakimś konkursem w międzyczasie i mnie prawie zmarłam ze śmiechu. To się nazywa klimat.

A dodam jeszcze, że co chwile podchodziła do mnie któraś z kelnerek, żeby mi powiedzieć „You are sooo beautiful” bardzo łamaną angielszczyzną z zachwytem w głosie. Fufufufu, nie powiem, miło mi było, zwłaszcza słysząc to od dziewczyn. Zresztą zdarza mi się to nie tylko w klubie, jak mierzę jakieś ciuchy w sklepie, albo po prostu jadę autobusem… Można się dowartościować XD
Ewidentnie nie jest to klub, do którego zagadają biali.

3 komentarze:

kye.chwan pisze...

Haha, zabawnie sie zapowiadaja te kluby -- szczegolnie wodzirej i spiewanie piosenek o polnocy^^v No, ale nie ma to jak troche odmiennej kultury ;p
A w ogole, pytanie za 100pkt, kogo wiecej jest na parkiecie - facetow czy dzialuszek? ;p

neko pisze...

Oczywiście dziewczyn jest więcej. I w klubie ogólnie, a na parkiecie szczególnie. Aczkolwiek kilku tańczących facetów też oczywiście było.

kye.chwan pisze...

Ej tam oczywiscie -- w Dzapanii bylo wiecej kolesi na parkiecie wiec sie zastanawialam, czy moze i w Chinach tez tak jest ;p