W czwartek przyjechali moi kouhaje. Japonistyczny atak na Pekin zaczął się oczywiście od oblężenia Tiananmen, a właściwie to miejscówki pod Mao, która to została wyznaczona miejscem spotkania. Potem zaś ruszyliśmy na obiad i wróciliśmy do Krzysiowgo akademika, niezbyt pięknego. Na koniec udaliśmy się z Sosem i jego walizką bez kółka do mego apartamentu na przedmieściach, pomykając 3 liniami metra (13->2->1), gdzie pojawił się mój pierwszy językowy sukces- odczytałam obwieszczenie w krzakach o zmianach w kursowaniu metra, czyli skróceniu godzin jego funkcjonowania. Rzekłam „to nie może być prawda, powiedz, że to tylko wytwór mojej chorej wyobraźni”, w końcu jakże niby mogłam cokolwiek zrozumieć. A jednak T_T. Oczywiście zrozumiałam tylko wybiórczo i nie do końca dobrze, ale sam fakt odnotowania iż zmiany są i trza się mieć a baczności napawa mnie dumą. Zliczylimy też przejażdżkę zmotoryzowaną rikszą (dziś większość riksz jest z motorami a nie rowerami) ze stacji metra, bo już późno było i autobusy nie jeździły. Wpakowanie naszej dwójki oraz walizki do rikszy było wyczynem godnym fotki na Lords of the Logistic , drzwi na przykład nie daliśmy rady zamknąć i tylko je trzymaliśmy za taki sobie sznurek (kto wie, czy nie obecny tam właśnie na takie okazje jak pasażerowie z walizkami), żeby nie były otwarte na oścież.
Wcześniej tego samego dnia...
Jest tutaj obowiązek meldunku. Każdy mieszkający tu obcokrajowiec (choć spodziewam się, że Chińczycy też) musi się zarejestrować na komisariacie policji. Po przeprowadzce należało to zrobić jeszcze raz i na czwartek właśnie umówiłam się z firmą, że się tym zajmiemy. Zaczynam pracę o 14.20, powiedzieli mi, że przyjdą po mnie o 13. Zasugerowałam, że może by tak nieco wcześniej, by mieć zapas czasu, ale uznano to za zbędne. Oczywiście skończyło się tak, że do pracy wcale nie poszłam :D, bo policjantka nas obsługująca zażyczyła sobie, by landlord się stawił i potwierdził, że faktycznie pomieszkuję w jego mieszkaniu. (za pierwszym razem, w Liangxiang nie potrzeba było landlorda). Yey~~! No ale nie narzekam, nie napracowałam się i byłam pół godziny szybciej w domku…
Na piątek zaplanowałam nam wycieczkę do grobowców dynastii Ming i na Wielki Mur. Już wcześniej stwierdzałam, że po co się męczyć, skoro można wynaleźć jakąś firmę, która organizuje takie tripy. Jak się potem okazało, jak się dobrze pogoogluje i potarguje, to wychodzi taniej z firmą, prywatnym samochodem, wygodnie, niż samemu transportem miejskim. O zaoszczędzonym czasie i energii nawet nie wspomnę. Nam udało się za 100y od osoby, przejazd, bilety wstępu i lunch w cenie. Mogę podać namiary.
Po jakichś 2,5 godzinach snu wstaliśmy więc nieco po 5 by ruszyć do centrum (moje Pigguoyuan daleko niestety). W Wudaokou dołączyła do nas druga połowa wycieczki, czyli Asia (pl) i Yusuke (Jp)! (Krzyś ze względu na różne papierkowo-akademikowe komplikacje na uniwerku nie mógł ostatecznie jechać z nami). Mieli do nas dołączyć jeszcze jacyś ludzie, ale nie stawili się w umówionym miejscu i w sumie to mieliśmy private tour. Przewodnik był sympatyczny i prawie przyzwoicie mówił po angielsku (dało się go rozumieć zupełnie dobrze), choć Asia i Mateusz stwierdzili, że było w nim coś dziwnego.
Najpierw Grobowce Dynastii Ming; dokładnie zwiedzaliśmy grobowiec cesarza Changling. Miejsce bardzo ładne, położone wśród malowniczych pagórków na północ od Pekinu. Jednak spotkał nas wielki zawód, gdyż nie poszliśmy do „kamiennych zwierzątek” czyli Spilit Way, jedynej rzeczy, jaka mi się z tym miejscem kojarzy i gdzie zdjęcie należy mieć obowiązkowo T_T Na koniec zjedliśmy brzoskwinie z dobrym Fengshui, z których słynie okolica. (Wiadomo, jak większość rzeczy w Chinach, umiejscowienie grobowców i projekt architektoniczny są zgodne z zasadami fengshui.)
Dalej była wizyta w warsztato- galerio- sklepie z wyrobami z nefrytu, jadeitu i marmuru. Jednym z najpopularniejszych motywów, prócz koncentrycznych kul zawierających się w sobie (ach, jakże mi one ciągle z Danią się kojarzyły, pamiętacie zamek Rosenborg?), a rzeźbionych z jednego kawałka kamienia, była… kapusta pekińska! Podobno jest symbolem szczęścia. Happy cabbage!
Dalej jakiś duży sklep z różnymi chińskimi sztuczkami, ceramika (zwracał uwagę wiek niektórych pracownic, bardzo nieletnich, pętnasotoltenich może, choć jedna naprawdę wygadała jakby nie miala jeszcze dwunastu lat) nefryty, malarstwo akwarelami, wycinanki - naprawdę piękne, precyzyjnie wykonane, zdecydowanie mój faworyt, o wzorach zarówno tradycyjnych, jak i nowoczesnych, geometrycznych, interesujących graficznie, o ciekawej symetrii, pomysłowych po prostu; a także nieco motywów kiczowatych, jak chiński zodiak i znaki (z ai- miłość na czele), w których tłem był ten sam znak, powtórzony stukrotnie (co urocza pani podkreślała bardzo- „hundred times!”) w różnych stylach, ale czymże byłaby sztuka ludowa, bez odrobinki kiczu. Wzięłabym je do domu wszystkie! Jako omiyage chyba właśnie kupię sobie takie cosie prócz herbaty, bo lekkie, łatwe w transporcie, i pasujące niemal do każdego wnętrza.
W tym samym miejscu lunch. Najpierw podano nam ryżyk (a co!) i 5 dań, kurczak w jakimś cytrusowym sosie (zdecydowanie jestem na nie), wieprzowina, pyszna wołowina, jakieś fasolki (a bardzo mi smakują tutejsze dania z roślin strączkowych wszelkiego rodzaju). Na stole stała też mała, stumililitrowa buteleczka ichniego alkoholu. Spodziewam się, że tradycyjnego. Szybkie oględziny etykiety- 56% mocy. Nie mogliśmy nie spróbować! (na złą drogę sprowadziliśmy nawet towarzyszącego nam japończyka) Na smak- bimber. Po chwili doniesiono nam- zupę pomidorową (!), prawie jak nasza, tylko nieco rozwodniona, i pierożki. Swojsko. Plus hasło obiadu: „happy cabbage hundred times” i mój niepohamowany atak śmiechu (czyżbym miała aż tak słabą głowę?).
Najedzeni (przejedzeni) udaliśmy się na Ścianę, w Badaling (troche szkoda, że to w tej najbardziej obleganej przez turystów części, ale poszliśmy w LEWO- pamiętajcie, zawsze w lewo, gdzie i tak mniej ludu niż po obleganej prawiej stronie) główny punkt naszej wycieczki. Mur jest cudowny, wspaniały, wielki i co tam jeszcze chcecie (choć widok na górki i pagórki, zielone, z gdzieniegdzie widocznymi skałami piaskowca), wart każdego przebytego w upale schodka, każdej kropelki potu, każdego zdjęcia. Zdjęć zaś strzeliliśmy co niemiara, 90% z mojej komendy. Myślę, że współtowarzysze chińskiej niedoli mogą mnie mieć za niespełna rozumu z powodu tej zdjęciowej obsesji. Ale my i tak wiemy, że to jedyna słuszna droga, ne?
W drodze powrotnej przejechaliśmy jeszcze przez miasteczko olimpijskie, obejrzeliśmy główny stadion, kilka hotli i oczywiście watercube’a. Zawitaliśmy też do tamtejszego muzeo-sklepu z jedwabiem, które mnie oczarowało bardzo! Jedwab jest zajedwabisty po prostu. Muzeum jest niewielkie, na jakieś 15-20 minut zwiedzania, za to bardzo konkretne, rzeczowe i akurat, bez miliona zbędnych nudnych eksponatów, a jednak informatywne. Miła i bardzo profesjonalna pani z uśmiechem numer pięć, mówiąca zrozumiale po angielsku, pokazywała to to, to tamto, a to moczenie kokonów (pomyślałam, „chciałabym pomacać taki kokon”, a w następnej sali- tak, okony do macania) , a to wyciąganie nitek, a to rozciąganie kokonów (by zrobić z nich np. kołderkę)- którego mogliśmy sami spróbować. (zdjęcie pstryk)
Złapali mnie. Zachwalali ten jedwab tak bardzo, że zimą grzeje a latem chłodzi, że hipoalergiczny, że dzięki długim włóknom nie zbija się, nie przesuwa wewnątrz poszwy, że wytrzymały, że można prać, i w ogóle cudowny. A po muzealnej części jest sklep. Ja pragnę takiej jedwabnej kołderki i poduszeczki. Ja tam jeszcze wrócę.
Na koniec zawitaliśmy do herbaciarni, gdzie próbowaliśmy kilku herbat. Moim faworytem zdecydowanie okazał się oolong, o interesującym aromacie i lekko słodkawym posmaku (ciekawe, czy jakby kupić w supermarkecie oolonga, to tez byłby taki cudny). Dobra była też czarna o smaku lychee. Pewnie dlatego, że czarna :D. I naturalnie słodka, zupełnie nie potrzeba cukru. Tutejsze pu-erh zaś nie miało nic wspólnego z tym paskudztwem, które piłam w Pl.
Po wycieczce wybraliśmy się do parku DiTan, na piwko pod chmurką, by odetchnąć po bardzo intensywnym dniu. W parku zaś barzoej interesujący od samego parku okazali się ludzie po nim spacerujący/biegający/ klaszczący/śpiewający/ grający w gry i na instrumentach. I choć takie widoki nie są tu niczym nadzwyczajnym, bo i na placu pod moim blokiem codziennie wieczorem ludzie się w taki czy inny sposób socjalizują i/lub sportują, to jednak w parku ma to bardziej magiczną atmosferę i jest nijako na większą skalę.
Na zakończenie dnia wybraliśmy się na osławioną kaoya, czyli pieczoną kaczkę po pekińsku, bo chłopcy koniecznie chcieli. Ta była nieco lepsza od tej w Liangxiang, ale nadal nie rozumiem o co tyle szumu.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
3 komentarze:
Aaa~h, choc nie jestem fanka zwiedzania, to opis zabrzmial calkiem zachecajaco <3 A juz szczegolnie opisy jedzenia ;p
Kiedyz zdjecia bedziesz mogla zapodac? Normalnie, chce-chce zobaczyc jak to wygladaXD
A w ogole to rozbroil mnie motyw z meldowaniem sie. W Polszy nie ma juz takiego obowiazku, nie?XD
Ależ, oczywiście, że jest u nas obowiązek meldunku.
Właśnie, ja się domagam notek ze zdjęciami, bo teraz w końcu aparat już masz i się nie wymówisz ;)
Piękny opis - zazdroszczę bardzo bardzo!
Prześlij komentarz