piątek, 4 grudnia 2009

肺炎 i zakupy przez internet

Przez ostatnie 2 tygodnie byłam chora. Ciężko. Na zapalenie płuc. Trzeba być mną, żeby pojechać do Chin, nie mieć ubezpieczenia zdrowotnego i zachorować akurat na zapalenie płuc. Ale spoko jest. Tak naprawdę chora byłam tylko przez 3 dni, teraz czuję się bardzo dobrze, nawet nie kaszlę jakoś specjalnie, nacieszyłam się tygodniowym urlopem, dużo, dużo spałam, trochę seriali oglądałam, wypoczęłam sobie.

Wizyta u lekarza wyglądała tak: poszłam, a właściwie zawieziono mnie, bo byłam zbyt słaba, by iść- byłam z sąsiadką jako opiekunką i tłumaczką, i jej tatą- kierowcą; zarejestrowałam się, poszłam do pokoju pielęgniarek (?) gdzie zrobiono wywiad, założono kartę i zmierzono mi temperaturę, 38,1 na liczniku, zlecono badania; poszłam znów do rejestracji zapłacić za badania, podstawowe badanie krwi (za mało krwi pan wziął i musiał je powtórzyć T.T kłując mnie w drugi palec) i RTG klatki piersiowej (prawie zwymiotowałam na maszynę :D), nie wiem, czemu tak od razu prześwietlenie, bez osłuchania najpierw, miałam w tym roku sporo do czynienia z RTG więc trochę niezdrowo… Z wynikami obu badań do lekarza, który pogadał z moją sąsiadką, wpisał co trzeba w książeczce, pomartwił się moimi wynikami krwi (dużo rzeczy poza granicami normy ;() o czym spojrzał na zdjęcie i orzekł, że zapalenie płuc, kazałam sobie w krzakach napisać, żeby się upewnić, czy dobrze zrozumiałam tłumaczenie Sary, 肺炎- wątpliwości nie ma. Potem chciał robić więcej badań, ale nie chciałam, chciał mnie zostawić na 2 nocki w szpitalu, też nie chciałam (ja, sama, w chińskim szpitalu?! o nie… choć sam szpital wygadał bardzo normalnie, jak i u nas, ani wypas, ani muzeum, za to wszystkie pomieszczenia opisane i po chińsku i po ang), zapytał więc, czy mam trudności z oddychaniem, przyczepił jakaś maszynę do palca- ona mierzyła natlenienie krwi (a tego u nas nie mają!), na końcu tak jakby mu się przypomniało i mnie osłuchał, w gardło zajrzał, receptę wypisał i tyle było. Powiedziałam mu co biorę, to stwierdził, że ten antybiotyk mogę brać nadal (potem się okazało, że to słaby antybiotyk i na zapalenie płuc to nie bardzo- szczegół, mam nadzieję, że jednak zadziałał).
Tydzień później byłam na kontroli, jedno płuco się prawie wyleczyło, drugie nie, dostałam tydzień zwolnienia, ale moja firma powiedziała, że musze pracować, ze tydzień to już i tak długo, ze przedszkole nie może czekać, dzieci musza mieć lekcje i koniec. Witamy w Chinach- pracuj człowiecze!
Pracuję w dwóch przedszkolach i jedno mnie zwolniło, bo do pracy nie przyszłam (dokładnie to sobie innego nauczyciela znaleźli i tyle) i jestem teraz pół bezrobotna. Z jednej strony trochę już mi się odechciało pracowania i mi tak lepiej, z drugiej, no nieco mnie martwi, że teraz zarabiam tylko połowę. Na życie starczy spokojnie, ale już na moje wielkie zakupowe plany nie bardzo.
A będąc przy zakupach: w chorobie, nie mogąc za bardzo chodzić nigdzie zajęłam się testowaniem Chinach zakupów online :D I tak w ubiegły czwartek zakupiłam dwa dyski USB (dla mnie i Krzysia) w internetowym sklepie, po dokładnym riserczu (wszystko w krzakach ma się rozumieć). 2,5” Seagate, 320 GB 200zł/sztuka :D To jedyny moment, kiedy spadek kursu dolara mnie ucieszył. (I narobił chęci na dalsze elektroniczne zakupy.) Niestety moje zarobki skurczyły się dość znacznie w przeliczeniu na złotówki.
Dyski zostały zamówione w czwartek późnym wieczorem, dostarczono je już w sobotę popołudniu. Saabisu jak się patrzy. Kurier nie mówił nic po angielsku, więc zabawnie było z nim gadać przez telefon, ale skumałam jakoś, że już jest i trzeba mu domofon otworzyć (czemu domofonem nie zadzwonił?) i 5 minut później otworzyłam paczkę, wszystko pięknie, podpisałam papierek, zapłaciłam i przystąpiłam do testowania nowej zabawki :D Jak się podłączy, to ma ikonkę dokładnie taką, jak wygląda dysk. Bardzo pocieszne.

niedziela, 25 października 2009

szybki apdejt

Chyba muszę (przynajmniej tymczasowo), zawiesić bloga, bo jak widać w tym miesiącu dobitnie, nie daję rady. Postaram się z tym wpisem z Szanghaju skończyć, ale i to mocno nie wiem. Za tydzień zaś jeziemy do Xi’anu, może więc po Xianie. Pisanie tak często i dużo zabierało zbyt dużo czasu i wysiłku, a im więcej się dzieje, tym mniej czasu na pisanie- zależność oczywista. Ale będę czasem na blipie pisać.
Więc bardzo chciałabym napisać o SH więcej, bo jest o czym, oraz o moich przemyśleniach i nastrojach po (zwłaszcza, że pól notki gotowe, ale i tej nigdy nie skończę jak i kilku innych dawno, dawno temu zaczętych), o tym jak po SH, 8ego wieczorem, był u mnie Krzyś i gadaliśmy o naszych szanghajsko-mongolskich przygodach, zdjęcia przeglądaliśmy, omiyage zajadaliśmy. O tym, że w sobotę 10ego musiałam iść do pracy (odpracowywać święta), o Tym, że przyjechała do Pekinu na 3 miesiące Magda, moja współlokatorka z Tokio (co jest bezpośrednią przyczyną zmniejszenia się ilości mojego czasu, teraz jeszcze z nią się włóczę ;D), że była u mnie, potem ja u niej, że 13ego byłyśmy razem w zakupowym raju Silk and Pearl Market, który jest ewidentnie nastawiony na turystów, (gdzie wszycy niemal mówą po angielsku i rosyjsku (!),) ale jak się umie targować (z 1800 na 50y) i zna mniej więcej realną chińską wartość kupowanych rzeczy, to można kupić sporo fajnego stafu za rozsądne pieniądze; a sprzedają tam podróbki wszystkiego, ciuchów, butów, torebek, zegarków, Gucci, Prada, D&G, LV, CK, Channel, Chloe, Miumiu, name it. Są też maskotki (yey, moje nowe słodkie Totoro kosztujące 1/10 tego z w JPN bo tu nie znają praw autorskich ;)), porcelana, herbaty, kosmetyki, biżuteria (i taka serio, i taka plastykowa) i wszystko. Kupiłam więc spodnie, koszulową sukienkę, strasznie fajną torebkę, Totoro, zegarek, rajstopy.
Chciałabym napisać o dziwnej sytuacji w pracy, again, i o tym, jak miałam wizytację szefowej na lekcjach moich (powiedzieli, żem bardzo dobra, a nim widzieli moje lekcje, to napisali maila do aisecu, żem nie dobra więc stresa miałam trochu), o służbowym lunchu, na którym jadłam pierwszy raz chińskie curry (sama nie mogę uwierzyć, że dopiero teraz spróbowałam chińskiego curry… ale już się pilnie znaków nauczyłam i pisać, i czytać, wiem więc czego w menu szukać.)
O nowo ustanowionej 16ego (a kontynuowanej przedwczoraj) tradycji nocnych ploteczek z Krzysiem, jako dodatku do naszych standartowych piątkowych obiadokolacji suto zakrapianych co rusz innym azjatyckim alkoholem (wiem już, co za syf jest w chińkich wódkach, one są robione z SORGO, dlatego tak podłe. Wczoraj sprawdziliśmy w Carrefourze dużo chińskich alków i wszystkie były z sorga, czasami z dodatkiem pszenicy, no chyba, że było to wino, to bez sorga; a jak chińskie wino, to istnieje ono tylko wytrawne i nie ma ani semi dry, ani semi sweet; nie znaleźliśmy też żadnego alku z ryżu!!!! Rozważam przestawienie się na koreańskie soju (shochuu) na dobre).
I o kolejnych zakupach, i o kolejnych, i o obiedzie, i o kolejnym. I o tym, jak nie pojechaliśmy do Xianu w tym tyg, bo pieprzeni Chińczycy.
A najbardziej zaś chciałabym napisać o tym jak z Magdą, Ksenią i Krzysiem zwiedzaliśmy 18ego Zakazane Misto (wreszcie!), że było dość fajnie, strzeliliśmy milion zdjęć, zobaczyliśmy wystawę specjalną biżuterii Cartiera, gdzie zrozumiałam znaczenie słów: „Diamenty są najlepszym przyjacielem kobiety”, bo dotyczczas biżuteria nie leżała nawet na obrzeżach moich kręgów zainteresowań. Ale to, co zapamiętam najlepiej: to że strasznie, straaaaasznie wiaaaaaało, i jak już nas przewiało solidnie to zamarzaliśmy, mimo, że niby 19 stopni było. A same pałace- owszem, ładne, ale mocno przereklamowane. Potem zwyczajowo ruszyliśmy ku zachodzącemu słońcu, czyli znaleźć jakąś brudną chińską knajpę, a w niej coś do jedzenia (i się rozmrozić; na rozgrzanie podano nam wodę w której gotuje się ryż XD, jako że nie mieli żadnych ciepłych napojów, nawet herbaty). Z dalszych planów na wieczór (party w aiesecu) musiałam zwyczajnie zrezygnować, bo już i tak byłam spóźniona, a do tego zmęczona i przemarznięta. Zwięczeniem dnia były więc lody w Maku.
Dzień wcześniej zaś, 17ego, zwiedzaliśmy najpierw muzeum Guo Moruo (początek XX wieku, pisarz, tłumacz, lekarz, historyk, politycznie zaangażowany, studiował przez 9 lat w JPN) , potem zaś Pałac Księcia Gong (Prince Gong Mansion), gdzie powitały nas nieziemskie tłumy. Odsyłam standartowo do Wiki, kto ciekaw co i gdzie, i dlaczego tam. Wieczorem zaś, po spożyciu obiadku, ruszyliśmy do mojego ulubionego Houhai, barów na jeziorem na północ od zakazanego miasta, gdzie trwała jeszcze happy hour. Popijaliśmy więc Long Island Ice Tea (20y), sycąc krew akoholem, a oczy nocnym widokiem jeziora i odbijających się w jego tafli neonów. Jednak główną atrakcją były… koty. Znaleźliśmy bar, w którym na sofach siedziały dwa koty i jednogłośnie zdecydowaliśmy, że tam właśnie zostajemy. Głaskaliśmy więc koteczki, obfotografowaliśmy wszystko w koło i słuchaliśmy… POLSKIEGO REAGGE lecącego randomowo z głośników! XD Na koniec przespacerowaliśmy się tamże po ulicy handlowej i zakupiliśmy wszyscy po T-shircie (albo i 2) turystycznym z gatunku „I love Beijing” albo z nadrukiem twarzy Mao. Ja mam czarny z obrazkiem Ściany i napisami po chińsku i ang. „I climbed The Great Wall.” Kupiłam też sobie serię 5 ślicznych papierowych wycinanek z postaciami z Opery Pekińskiej.
Zapoznałam też sąsiadkę z mojego bloku i była u mnie na ploteczkach.
I tak to ostatnio było, drogie dzieci.

niedziela, 11 października 2009

ShangHai (1) 2-3 X 2009

Lot z Pekinu do Szanghaju to 2 godziny (dojazd z mojego mieszkania na lotnisko zajmuje więcej XD); 25 minut spóźnienia; 1 zaprzyjaźniony Chińczyk.
Miesiąc temu napisałam na aiesecowej google grupie, czy ktoś nie chciałby zrobić apartament swapu. Wyszłam z założenia, że tak jak ja w święta chcę jechać do SH, tak ktoś stamtąd musi chcieć przyjechać do Beijingu i moglibyśmy się zamienić na ten tydzień mieszkaniami. Cisza. Pytanie ponowiłam. Dostałam odp. od Phila, aiesecera z SH, że on wprawdzie nie jedzie do BJ, ale też wyjeżdża zostawiając pusty pokój i jeśli chcę mogę u niego zamieszkać.
Miejscówka okazała się świetna. Mieszkanie wprawdzie bez luksusów (za to z KABINĄ PRYSZNICOWĄ!!) ale i tak spoko, jak na chińskie standardy; wyposażone w ratujący życie bezprzewodowy internet i wspaniały widok z okna na śmietankę szanghajsich wieżowców. Przede wszystkim bardzo dobrze położone, w dzielnicy Nowy Pudong (tej z najwypaśniejszymi budynkami z Shanghai Orietal Pearl, Jin Mao Tower i Shanghai Word Financial Center (zależnie jak liczyć, najwyższy budynek na świecie) na czele), przy 2 stacjach metra (linie 2,4,6), 4 przystanki metra/ autobusu od People’s Square i Nanjing Road.
Nieco samotny pierwszy wieczór spędziłam na spacerze po okolicy i podziwianiu nocnej panoramy miasta.
Drugiego dnia umówiłam się z Chińczykiem z samolotu, jako iż wyznał, że z radością oprowadziłby mnie po mieście. W zasadzie zaliczyliśmy większość punktów must see w SH, czyli JingAn Temple (i park nieopodal), YuYuan (absolutnie przepiękny), The Bund (w remoncie T.T- przygotowania do Expo2010), Nanjing Road West i East, Pepoles Square. A w między czasie zakupy i obiad w japońskiej sieciówce Cocoichibanya specjalizujące się w curry~~! Pierwsze omiyage z SH- laleczka kokeshi z YuYuan XD. A co!
Wieczorem zaś poszłam zobaczyć dość piękny pokaz sztucznych ogni (z okazji Mid-autumn day), całkiem niedaleko mieszkania, a zaraz po nim odebrałam z metra Mateusza, który przybył wieczorem z Nankinu. Razem z Zhou, współlokatorem naszego gospodarza ruszyliśmy ku nowej przygodzie, czyli zaliczyliśmy szanghajski klub, który jednak był dużym, dużym zawodem. Mało miejsca, malutki parkiet, pełno ludzi, muzyka jakiś niewyszukany pop z domieszką wszystkiego po trochu. Open bar kosztował aż 100y, drinki były beznadziejne, wybór mały, nawet nie używali soku pomarańczowego, tylko napoju. Usiedliśmy więc gdzieś na tyłach i piliśmy, bo nie bardzo było co innego robić, zjedliśmy też mooncake’i (zupełnie nie godne polecenia), by chińskiej tradycji stała się polska zadość. Potem zaś odkryliśmy VIP room, który wcale nie był dla VIPów i można było sobie tam ot tak wejść, a tam więcej miejsca do tańczenia, mniej ludzi i klimat nieco lepszy. Więc pobawiliśmy się trochę nawet, a trochę się upiliśmy, ale uczucie zawodu pozostało.

środa, 30 września 2009

Metro można też po prostu zamknąć

Otworzyli koło mnie nowe burżujskie centrum handlowe, 6 pięter, same markowe sklepy. Nie wiem, po co takie coś na przedmieściach, ale jest. Pobiegłam czym prędzej. Ważne, że supermarket tam jest równie burżujski co reszta, sprzedają tam więc trochę japońskiego stafu i ogólnie importowanego stafu z rożnych stron świata, a poza tym, jest CAŁY REGAŁ POLSKICH CIASTEK i ciasteczek firmy dr Geralt. No z 15 rodzajów. Ceny zaporowe, jak i większości importowanych produktów. Nie ma alkoholu prócz piwa (też głownie importowanego, także z Jpn, tym razem polskiego akcentu brak). Ale obok jest osobny sklep z winem tylko.
Dziś był u mnie Krzysiu znów, obczailiśmy to nowe centrum handlowe (jak się dobrze przyjrzeć to się okazuje, że jest 1,5 regału polskich ciastek), zjedliśmy obiadek w Yoshinoyi, a potem, tym razem grzeczni, piliśmy piwko i gadaliśmy sobie u mnie.
Miałam też iść z Tonym i jego znajomymi na jakieś harce w Sanlitun dziś. Ale… metro nie działa dziś od 22 do 15.30 jutro. Nie ma jak pojechać i jak wrócić… Głupi Pekin. Głupie święta.

sobota, 26 września 2009

YuanMingYuan

Stałą naszą wycieczkową ekipą (czyli ja, Krzyś, Xenia+ aparat) wybraliśmy się do ruin Old Summer Palace (YuanMingYuan), gdzie między innymi znajdował się niegdyś pałac w stylu zachodnim (a potem przyszli Francuzy i Angliki w 1860 i jak wszystko inne, to także zniszczyli. Gdziekolwiek się nie pójdzie w Pekinie, każda tabliczka ma ten sam akapit. „W .1860 r. budowla została zniszczona przez wojska angielskie i/lub francuskie. blablabla”). Było trochę ruin, wiele ogrodów, kanałów, jezioro. Bardziej wycieczka terenowa niż zwiedzanie w sumie. Był staw z rybami, na jakimś podeście przy nim, w jednym ze zbiorników „stadko” najbrzydszych rybek na świecie XD Wyglądały jak jakieś mutanty. Jedne z wyłupiastymi wielkimi oczami, inne z jakimiś naroślami, jakby im mózg z głowy wystawał. Nie doszliśmy między sobą, czy to specjalnie tak krzyżowane i hodowane dla rozrywki, czy to jakieś faktycznie chore rybki oddzielone od reszty zdrowych. Ja stawiam na to pierwsze.
Na koniec obiadek w lokalnej knajpce po drugiej stronie ruin. Średni był. Jakoś nie miałam dalej siły jechać do Wudaokou, jak to zwykle czynię.

czwartek, 24 września 2009

lecę do Szanghaju

Byłam dziś wieczorem na jakiejś aiesecowej konferencji opowiadać nowym/przyszłym aiesecerom o moich doświadczeniach jako praktykantki i o różnicach kulturowych. Poszło mi chyba mocno dobrze, co dziwne, bo zdecydowanie przemawianie do tłumów mi nie wychodzi. Nawet wygłoszenie referatu dla 10 osobowej grupy to problem (a może to wina tego, że referat jest pisany na wieczór przed i słabo przygotowany). Zdecydowanie jestem osobą do dialogu nie monologu. Byłam zupełnie nie przygotowana, prezentacje w ppt zrobiłam już na miejscu w 20 minut i gadałam co mi ślina na język przyniosła. I dobrze było. A przy okazji poznałam trochę ludzi, rozejrzałam się po kampusie (całkiem fajny był ten budynek) i zostałam nakarmiona.
Ale i tak głównym mym celem tamtejszej bytności był zakup samolotowych biletów (sama uczynić tego nie mogłam, potrzebny był mi Chińczyk). Jak już się otrząsnęłam po szoku porażki z biletami kolejowymi, zdecydowałam, że mimo wszystko nie mogę zmarnować moich jedynych być może tu wakacji i jednak jechać muszę. Rozejrzałam się za betami lotniczymi i ceny były do przyjęcia. Z podatkami i wszystkim zapłaciłam 1190 RMB w obie strony (ok. 510zł), choć dodatkowo trzeba doliczyć prawie 100 RMB na dojazdy do i z lotniska. Tylko godziny lotów mam nieciekawe.
(Jak później się zresztą okaże, jakby śledzić ceny pilniej i kupić odpowiedniego dnia, to mogłabym się zmieścić w 1050 RMB i mieć do tego lepsze godziny lotów, ale to zawsze ryzyko, bo nie wiadomo, czy ceny nie pójdą jednak w górę. No i jak się ma większą dowolność terminów to można naprawdę spoko trafić, choć nie ma takich promocji na tanie linie lotnicze w Europie)

poniedziałek, 21 września 2009

bilety na pociąg w CHRL

Wieczór dzisiejszy i wczorajszy zmarnowałam, stojąc w kolejce. Kolejce po bilety na pociąg. Zbliża się (jeden z trzech) długich weekendów w Chinach. Nastąpiło więc pospolite ruszenie. I w normalne dni z biletami na pociąg bywają problemy i wiedziałam, ze może nie być łatwo, ale to co me oczy zobaczyły przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Bilety sprzedaje się nie wcześniej niż na 10 dni przed odjazdem pociągu (poza pociągami kategorii D, wtedy 20 dni przed), sprzedaż zaczyna się punkt 19.00. Tony rzekł, byśmy byli tam o 6. Ja stwierdziłam, ze przybędę wcześniej, bo z Chińczykami to nigdy nie wiadomo. No nie wiadomo! Byłam tam tuż po 17, kolejka była już daleko poza budynek dworca, stanęłam jakieś 40m od kas… Moja kolej nadeszła ok. 20.30. Choć doskonale wiedziałam, że na upatrzone przeze mnie pociągi nie ma miejsc, bo na wyświetlaczy widniały czerwone zera, przy ich numerach. Stałam z nadzieją, ze może jakieś inne pociągi, jak nie do Nankinu, to do Szanghaju, albo Hangzhou, albo Suzhou, albo gdzieś. Wszystkie miejsca siedzące i leżące na wszystkie pociągi do całego regionu wyprzedane! Kilka miejsc stojących się ostało. Nie dziękuję, nie postoję.
Postanowiłam spróbować jeszcze raz dziś. A co tam!( Mogę pojechać drugiego dnia świąt.) Ponieważ miałam pracę, nie mogłam stanąć w kolejce odpowiednio wcześnie. Z pomocą przyszedł Krzysiu, który przybył na dworzec jeszcze przed 15 i był jednym z pierwszych. Ja dojechałam o 17, przed nami było ledwie kilka osób, za nami, kilkanaście, nic w porównaniu do wczoraj. Choć do 19 kolejka znacznie się wydłużyła i także wyszła daleko, daleko poza budynek. Stałam tak blisko, kupienie biletu wydawało się takie realne i na wyciągnięcie reki. Moja kolej była o 19.05. Tak… w 5 minut po rozpoczęciu sprzedaży nie było już nic, ani do Nankinu, ani SH. Aaaaaaa, co za popierdolone państwo. Jestem przekonana, że większość Tc biletów jest sprzedana jeszcze przed sprzedażą, załatwiana jakoś po znajomościach, zarezerwowana dla partyjnych, wykupiona przez biura podróży… Nie wiem, ale z pewnością jest z tym coś nie tak i jakeś przekręty, no bo kaman, żeby sprzedać tysiące biletów w 5 minut?
8 dni nic nie robienia w Pekinie też nie może być złe. T.T