poniedziałek, 10 sierpnia 2009

Pierwsza wizyta w chińskim mieszkaniu, czyli babskie pogaduszki.

Dzisiaj po pracy Tina z która pracuję, zaproponowała, żebyśmy razem z innymi dziewczynami pojechały do niej do mieszkania, po drdze kupiły jedzenie na wnos i zjadły razem obiad. Przystałam na propozycje bez namysłu. Było przezabawnie, jedzenie dobre i tanie. Przez chwilę oglądałyśmy TV, (mam u siebie w mieszkaniu TV, ale jeszcze nie miałam okazji go włączyć), ale że nic nie kumałam, to Tina postanowiła włączyć jakieś DVD, żeby były ang. napisy. Wyjęła pierwza lepsza płytkę DVD, a tam Hong Kong Gigolo. A że się seksili na ekranie co 5 minut („to oni maja tu takie filmy?!?!?’- pomyślałam sobie), to miałyśmy kilka zabawnych, a kilka poważnych rozmów tematycznych. Niestety niewiele się dowiedziałam, bo ich angielski jest tak biedny, że w tej dziedzinie nie kumają zupełnie nic, nie było nawet sensu dopytywać. Na szczęście w można tutaj sporo gestami wyjaśnić, albo powołać się na aktualnie pokazywaną na ekranie scenę. Na przykład jęknięcie zachodu jednej- „Mój chłopak nigdy taki nie jest/ tak nie robi” :D przy wskazaniu na jakiś namiętny moment.
Gadałam w weekend z aiesecerami i powiedzieli, że oni tutaj to robią jak wszędzie, cenzura, godziny policyjne w akademikach, tradycyjna moralność niewielki wpływ mają na młodych ludzi, ale się o tym nie mówi.
Byłam w sobotę na zakupach z Chinkami, chciałam sobie między innymi jakiś stanik kupić, ale nie ma tu mojego rozmiaru. Jak już w końcu znalazłam coś, co mogłoby pasować, to naturalnie brzydki był. Zażartowałam do jednej- że nie chodzi tylko o rozmiar, musi być jeszcze ładny, bo nigdy nie wiadomo, czy ktoś mnie nie będzie w tym oglądać, a Chinka sucho rzuciła „nie rozumiem, co masz na myśli”. Samo zdanie raczej kumała, bo daje radę o ang. nie wiem tylko, czy nie wychwyciła aluzji, czy po prostu chciała z automatu urwać temat.
Dlatego tak strasznie się zdziwiłam, jak wyluzowane były te moje przedszkolanki. Chociaż, jak temat zszedł na prezerwatywy (tego słowa naturalnie też nie znały i by się dogadać, o czym teraz właściwie jest mowa, musiałyśmy przewinąć film do sceny, w której pojawia się ów artefakt) to Tina wyjęła całą kolekcję ze swej torebki XD i 2 dziewczyny chyba jednak nie miały z tym do czynienia, bo otworzyły i zaczęły obczajać uo co loto XD A wesoło było bardzo.
Sam film zaś powinien był być ocenzurowany, albo w ogóle zakazany, ale wszystko tu pirackie DVD, zapewne ściągnięte z netu. Z zakupem tak surowo zakazanego porno podobno tez nie ma problemu, tylko trzeba wiedzieć gdzie.
Samo mieszkanie też było całkiem spoko, spore (wygada na to, ze nie mają tutaj takich klitek jak w JPN) 2 sypialnie, living room, kuchnia, łazienka z europejskim kibelkiem; względnie czyste; sensownie urządzone. Zdziwiłam się. I zupełnie niedrogie 1100 RMB+ rachunki około RMB200, do podziału na 3. Wygląda na to, ze różnice wynajmu mieszkania na przedmieściach a w centrum są ogromne, mówiono mi, że w centrum trudno znaleźć pokój za RMB 2000, a w Liangsiang, które przecież jest nadal w Pekinie, 3-pokojowie mieszkanie to 1100, czyli jakieś 500zł

sobota, 8 sierpnia 2009

Impreza na pekińskiej prowincji

W piątek wybrałam się z dziołszkami z pracy do klubu, bo ku mojemu ogromnemu zdziwieniu okazało się, że w Liangxiang, gdzie mieszkam (około 110.000 mieszkańców), są nawet 2 kluby. Spodziewałam się totalnej porażki i klimatu imprezy w remizie, ale zapał mój był wielki i nawet fakt, że pogadać sobie nie możemy raczej (dwie dziewuszki mówią słabo po ang, a następne trzy znają tylko pojedyncze słowa i zupełnie nic nie kumają) nie mógł go ostudzić. Zostałam zaskoczona na plus, klub wyglądał spoko, całkiem fajnie urządzony, ładne mebelki, nic bardzo fancy, ale nie mają się czego wstydzić. Muzyka też była spoko, różnorodna: elektroniczna- dramy- taneczne remixy różnych kawałków (np. lambada i wszędzie teraz panujący Michael Jackson), dla szukających czegoś ambitnego raczej lipa, ale żeby skoczyć się pobawić i powygłupiać- w sam raz.( + piękny DJ.) A wygłupiałyśmy się sporo i w ogóle był taki luzik bez lansu (z naszej strony, bo część Chinek jak z okładki żurnala, zarówno glamour jak i gyaru).
Przyszłyśmy do klubu, a właściwie zostałyśmy przywiezione przez chłopaka jednej z dziewczyn, po 22, ale było jeszcze pustawo, nikt nie tańczył. Postanowiłyśmy rozkręcić imprezę, poszłyśmy na parkiet a za nami ruszyły jeszcze jakieś 2 czupiradła, trwała+tapir, tona tapety i odstawały parę zupełnie zsynchronizowanych układów tanecznych do kliku kolejnych kawałków. Ciekawe ile to ćwiczyły… Wygadały przezabawnie; bardzo były wczute. Na początku myślałam, że może to pracownice klubu zapodają kroki XD ale jednak one tak same z siebie. Tak około 23 się towarzystwo rozruszało.

Aż tu nagle o północy muzykę nieco ściszono, zapalono światła, ludzie zeszli z parkietu a na środek wyszedł jakiś wylansowany koleś, coś tam sobie pogadał do gości i zaczął śpiewać (nienajlepiej mu szło). Trwało to dobre pół godziny, z jakimś konkursem w międzyczasie i mnie prawie zmarłam ze śmiechu. To się nazywa klimat.

A dodam jeszcze, że co chwile podchodziła do mnie któraś z kelnerek, żeby mi powiedzieć „You are sooo beautiful” bardzo łamaną angielszczyzną z zachwytem w głosie. Fufufufu, nie powiem, miło mi było, zwłaszcza słysząc to od dziewczyn. Zresztą zdarza mi się to nie tylko w klubie, jak mierzę jakieś ciuchy w sklepie, albo po prostu jadę autobusem… Można się dowartościować XD
Ewidentnie nie jest to klub, do którego zagadają biali.

wtorek, 4 sierpnia 2009

Kici kici?

Wiecie, jestem tu już od ponad tygodnia, ale jakoś nigdzie nie widziałam ani jednego kota!
Tak, mnie też w pierwszej chwili, gdy to sobie uświadomiłam, do głowy napłynęła myśl- "wszystkie koty zjedzone".
Widuję ludzi z psami, więc to nie to, że się nie trzyma zwierząt w domach. Hmm, może na moim wielkim blokowisku dzikich kotów nie ma, a domowych po prostu się nie wypuszcza na dwór, tylko trzyma zawsze w mieszkaniach, tak jak i u nas? I dlatego ich nigdzie nie widać? W końcu kot to nie pies, nie weźmiesz go na smycz i na spacer.
Ale tak bym sobie pogłaskała jakiegoś nekochana.

niedziela, 2 sierpnia 2009

Tam gdzie słońce nie dochodzi.

Rozmawiałam ze Stevenem (ang. imię Chińczyka z aiesecu, który załatwił ten staż) dziś. W sumie miły i wydaje się skory do pomocy, tylko jak wszyscy- na wakacjach, nie w Beijinie.
Istnieje szansa, że od września jednak będę pracować w centrum bardziej. Ale po moich dotychczasowych kontaktach z Chińczykami nie nastawiam się na to wcale. W każdym razie jest mała nadzieja, że nie umrę tu z nudy i samotności.

Jak dotychczas nie wiedziałam tutaj (i jak byłam w centrum też) ani jednego białego człowieka (czarnego też) XD

Ciekawostka na dziś: światło na klatce schodowej jest na „fotokomórkę”, foto w cudzysłowie ponieważ światło się zapala na dźwięk, więc co piętro trzeba tupnąć :D

Pekin to miejsce, w którym słońce prawie nigdy nie świeci. Raj dla mnie, pomyśleć można. Do momentu, gdy się załapie, że to co zakrywa słońce to nie chmury, tylko osławiony smog. Przynajmniej tak zgaduję. Bo słońce jest w sumie lekko widoczne, prześwituje przez „chmury” i grzeje, ale światło nie dociera, a drzewa i budynki nie mają cienia. Nie ma też ani skrawka błękitnego nieba- cały czas szarobiałe, tylko przy słońcu widać lekki zarys chmur. Dalsze budowle wydają się spowita mgłą. Opaliłam się przez to T_T, bo słońca może nie widać, ale jednak jakieś promieniowanie dociera. Na szczęście nie mocno, bo to jednak nie to samo co „czyste” słonce.

A wieczorem… A wieczorem miasto przechodzi metamorfozę. Waaaaa. Raczej puste za dnia uliczki wypełniają się ludźmi, robi się gwarno, słuchać muzykę wszelkiego rodzaju, od tradycyjnej po pop, ale raczej w chińskim wydaniu (dziś słyszałam w supermarkecie chińską przeróbkę Ozone). Zapalają się neony. Na placu przy głównym skrzyżowaniu ludzie TAŃCZĄ. Są dwie grupy, jedna (same kobiety) tańczy coś w rodzaju aerobiku połączonego z tańcem, powtarzając ruchy za energiczną kobietą na przedzie. Druga grupka na placu obok, to pary, głównie starsze, zarówno mieszane jak i kobieta z kobietą, tańczą tańce towarzyskie 
Nad nimi rozciągnięte są sznury lampek, czerwonych i fioletowych, klimat nieziemski.

piątek, 31 lipca 2009

Ja chcę internet!

Nadal nie mam Internetu T_T Zabija mnie to. Wszyscy wiemy, że jestem uzależniona od netu, ale tutaj to jednak sprawa życia lub śmierci. Tak naprawdę, nie wiem nawet, gdzie mieszkam. Nie mam mapy papierowej, bo spodziewałam się mieć google maps (albo raczej baidu, chiński odp. googli, jeśli chodzi o mapy Chin, dokładniejszy od googli). Nie mam jak sprawić komunikacji miejskiej. Wprawdzie stąd mam tylko jeden autobus do miasta, więc nie ma co kminić, ale jak już pisałam wcześniej, trzeba się przesiadać dużo, by gdzieś dojechać, bez dokładnej wiedzy co i jak- zapomnij. Na ulicy też o drogę nie spytam, bo nie mówią tu po ang. wcale. Są jeszcze jakieś małe lokalne autobusy, jeżdżące po dzielnicy, też nie mam jak sprawdzić, a mapek brak.
Nie mam też słownika, bo naturalnie korzystam z internetowego. Nie mam jak się kontaktować w aiesecerami. Bez netu nie da się tu żyć.
Był u mnie jakiś koleś od netu, oczywiście nie kuma po ang, choć i tak nie zle, bo znał z 10 słów, naprawdę zawyża poziom. Kminił długo, dzwonili do firmy internetowej namiętnie, ale nic nie wskórał. Chciał mi się wytłumaczyć, ale ja mu tylko ting bu dong (nie rozumiem) mogłam, więc potem mieliśmy sesję tłumaczeniową przez telefon z opiekującą się mną Chinką. Wiem tylko tyle, że jutro ma przyjść znów i mam dostać nowe hasło do netu (bo ogólne net jest i kabel działa, ale mi wywala komunikat, że ma zły login i/lub hasło, nikt nie wie dlaczego). Zapytałam więc, czy jest tu jakaś kafejka internetowa, ona zapytała kolesia, bo nie wiedziała, a on powiedział, że jest i że ze mną pojedzie, pokaże i przywiezie XD Więc pojechaliśmy autobusem, 5 przystanków (tak naprawdę to nie tak daleko, ale autobus jedzie trochę na około), pointernetowałam, przy okazji zaliczyłam McDonalds, lody były doskonałe, jak u nas; okazało się niestety, że cheesburgery nie wszędzie smakują tak samo. To znaczy ten był oczywiście bardzo podobny w smaku, ale nie taki sam, był jakiś taki suchy, miał tylko 1 plasterek ogórka i nie miał cebulki.
Mój towarzysz zaś przyjechał rowerem (!) i zawiózł mnie na bagażniku do domu :D :D :D Nie wiem, czy jeżdżenie na bagażniku nie liczy się tutaj za randkę XD

środa, 29 lipca 2009

^o^

Internet ma być jutro.

Byłam dziś w centrum Pekinu^^ Miałam tam szkolenie i podpisywałam kontrakt.
Jechałam najpierw do centrum 50 min autobusem (choć niby powinien jechać 35, co się nigdy nie zdarza, jak mi powiedziano). Potem po centrum autobusem 2 przystanki, metrem 5 pryst., znów autobusem 3 przyst.(choć można też pojechać jednym, ale jedzie się o wiele dłużej.) Tutaj nie da się tylko jednym autobusem/metrem pojechać, gdziekolwiek chce się jechać, trzeba się przesiadać, autobusy jeżdżą jedynie do 21-22, rzadko później, metro do ok. 23 (choć nie wiem, jak wszystkie linie). Za to kursują często, są tanie, zwłaszcza jak się używa karty do elektronicznego czytnika, (choć jak się trzeba tyle przesiadać, to już nie jest tak tanio), w większości autobusów jest naprawdę wydajna klima, więc przyjemnie chłodno. Nie wiem, czy jest to źle pomyślane i rozplanowane, czy taka specyfika miasta, że nie da się lepiej, ale chyba to pierwsze. Nawet metro takie dziwnie rozplanowane się wydaje, mało stacji przesiadkowych. Na przystankach nie ma ani mapek trasy konkretnego autobusu, ani schematu komunikacji, choćby tylko dzielnicy. Nic. Jest za to pinyin, a niekiedy napisy po ang.

Jak już wszystko pozałatwiałam, to postanowiłam się przejść po mieście. Nie odchodziłam daleko od przystanku mojego autobusu, żeby się nie zgubić, ale wystarczyło, by złapać klimat. Kupiłam też jakieś ichnie jedzenie z ulicznych standów- dwa małe szaszłyczki, a potem miejscową odmianę dużego naleśnika z warzywami (świeże i piklowane) i sosem. Dość ostre, ale po tajskiej kuchni nie zrobiło większego wrażenia :D Pogadałam też nieco stafu sprzedawanego prosto z płachty na ziemi, torebki, portfele, skarpetki, ubrania. Gotowana kukurydza, owoce na patyku (arbuz, mango)- popularna orzeźwiająca w upale przekąska, czyli plasterek owocu nadziany na patyk jak od szaszłyka.

W drodze powrotnej, jak już wysiadłam z autobusu, zaczepiła mnie sympatyczna Chinka, która chce wymieniać naukę ang za chiński, podobno sama jest nauczycielką chińskiego, po ang też jako tako daje radę. Chyba skorzystam.

Jutro pierwsze lekcje ze skośnymi dziećmi XD.

the first day

No więc jestem w Chinach. Na razie wszystko wygląda spoko.
Mieszkam na zadupiu, w znaczeniu: daleko od centrum, ale na wielkim blokowisku, nie daleko sklepy, knajpki, bank, przystanki autobusowe itp. Nieco dalej, 3-6 przystanków autobusem jest większa dzielnica handlowa, ze sklepikami, butikami i dużym supermarketem. Jest też McDonalds i KFC. Jeszcze nie korzystałam.
Mieszkanie jest ok. Duuuuże! (spokojnie mogę zmieścić gości, nawet 6-8 osób, bo są dwa duże łóżka, sofa, materac, więc zapraszam serdecznie! :* ) 2 sypialnie, livingroom, kuchnia, łazienka, przeszklony taras, spiżarnio-balkon (?) w kuchni. Tylko dosyć zapuszczone, lokatorzy pomiszkujący tu tymczasowo, po kilka miesięcy ewidentne nie dbali o to, co nie ich, widać też, że nie malowane, od kiedy zbudowano (blok typu „nowe budownictwo” na oko dałabym mu z 15 lat, kiepska jakość wykończenia.). Nie spocznę, póki nie wyszoruję wszystkiego czymś domestosopodobnym. Pralka niestety typu japońskiego, czyli ulepszona Frania; tylko zimna woda. Moje ubrania będą wiecznie niedoprane 
Jest klima, nie ma ogrzewania! (Znaczy się można zimą klime na tryb ogrzewanie włączyć, ale z tego co słyszałam, to marne rozwązanie i bardzo drogie, a choć mieszkanie Am za darmo, to rachunki płacę sama.)
W pokoju mam wieeeelką szafę typu komandor, taką, jakiej zawsze pragnęłam, by poupychać nadmiar ubranek, a teraz gdy szafę mam, to ubrań brak. To znak znaczy się musi być- by iść wdzianka nakupować! :D A ubrania mają niekiedy dość fajne, takie „korean-japan style” jakie lubię, a jakich w Polsce tylko na allegro uświadczysz. Niestety ceny zupełnie zwyczajne, więc raczej szaleństwa nie będzie.

Przyjechały po mnie na lotnisko 2 panie, sympatyczne, jedna mówiła po ang. Zabrały na obiad (nium, dobre jedzonko, dobre! ^_^), do mieszkania, pokazały przedszkole, zawiozły do banku wymienić pieniądze, na zakupy. Chiny wcale nie są tanie! T_T Wydałam dziś prawie 200 yuanów i właściwie nic nie kupiłam. Supermarket- chleb, mleko, jogurt, woda mineralna, majonez, keczup itp. - ceny jak u nas, a produkty zachodnich koncernów (nestle, knorr) nawet droższe! Najtańsze płatki śniadaniowe- 12 zł !!!!!!!!!!! Może ichsine jedzenie jest tańsze, nie miałam czasu sprawdzać. Kola jest tańsza. Kupiłam pościel (najtańsza jaka była 89 yuanów czyli ok. 40 zł- za to jest dość piękna, w domu takiej nie mam ;) mam nadzieję, że nie tylko do pierwszego prania), ręcznik 23 yuany, jakiś staf do mieszania.
Zastanawiam się, jak wyglądają sklepiczki poza supermarketem. I co dziwnego można w nich kupić.

Poza tym, jest tu trochę jak w Japonii. Pod domem rośnie drzewo kaki (persymon), słychać też cykady, w koło krzaki i więcej krzaków, neony, skośni ludzie, tłumy, mushiatsui (gorąco i parno), także nocą.

Nie wiem, kiedy przyjdzie do mnie internet.

Ciekawostka na dziś: Używają 2 rodzajów wtyczek elektrycznych jednocześnie. Jedne z trzema płaskimi ukośnie położonymi bolcami, drugie z dwoma, również płaskimi, równoległymi- do tych spokojnie można wkładać nasz polskie okrągłe wtyczki, dziurki są przysuwane to nich, mimo, że tych się tutaj akurat nie używa. Nie trzeba więc przejściówki.