piątek, 31 lipca 2009

Ja chcę internet!

Nadal nie mam Internetu T_T Zabija mnie to. Wszyscy wiemy, że jestem uzależniona od netu, ale tutaj to jednak sprawa życia lub śmierci. Tak naprawdę, nie wiem nawet, gdzie mieszkam. Nie mam mapy papierowej, bo spodziewałam się mieć google maps (albo raczej baidu, chiński odp. googli, jeśli chodzi o mapy Chin, dokładniejszy od googli). Nie mam jak sprawić komunikacji miejskiej. Wprawdzie stąd mam tylko jeden autobus do miasta, więc nie ma co kminić, ale jak już pisałam wcześniej, trzeba się przesiadać dużo, by gdzieś dojechać, bez dokładnej wiedzy co i jak- zapomnij. Na ulicy też o drogę nie spytam, bo nie mówią tu po ang. wcale. Są jeszcze jakieś małe lokalne autobusy, jeżdżące po dzielnicy, też nie mam jak sprawdzić, a mapek brak.
Nie mam też słownika, bo naturalnie korzystam z internetowego. Nie mam jak się kontaktować w aiesecerami. Bez netu nie da się tu żyć.
Był u mnie jakiś koleś od netu, oczywiście nie kuma po ang, choć i tak nie zle, bo znał z 10 słów, naprawdę zawyża poziom. Kminił długo, dzwonili do firmy internetowej namiętnie, ale nic nie wskórał. Chciał mi się wytłumaczyć, ale ja mu tylko ting bu dong (nie rozumiem) mogłam, więc potem mieliśmy sesję tłumaczeniową przez telefon z opiekującą się mną Chinką. Wiem tylko tyle, że jutro ma przyjść znów i mam dostać nowe hasło do netu (bo ogólne net jest i kabel działa, ale mi wywala komunikat, że ma zły login i/lub hasło, nikt nie wie dlaczego). Zapytałam więc, czy jest tu jakaś kafejka internetowa, ona zapytała kolesia, bo nie wiedziała, a on powiedział, że jest i że ze mną pojedzie, pokaże i przywiezie XD Więc pojechaliśmy autobusem, 5 przystanków (tak naprawdę to nie tak daleko, ale autobus jedzie trochę na około), pointernetowałam, przy okazji zaliczyłam McDonalds, lody były doskonałe, jak u nas; okazało się niestety, że cheesburgery nie wszędzie smakują tak samo. To znaczy ten był oczywiście bardzo podobny w smaku, ale nie taki sam, był jakiś taki suchy, miał tylko 1 plasterek ogórka i nie miał cebulki.
Mój towarzysz zaś przyjechał rowerem (!) i zawiózł mnie na bagażniku do domu :D :D :D Nie wiem, czy jeżdżenie na bagażniku nie liczy się tutaj za randkę XD

5 komentarzy:

Anna pisze...

Oczywiście, że się za randkę liczy!!!:P

Bez internetu ciężko, więc mam nadzieję, że szybko będziesz go miała. Bez niego jak bez ręki, ne:D

aneczka pisze...

Hmmm, coś było o randkach w Chinach na zajęciach z panem Fu...
Mgliście pamiętam, że zdziwiła mnie jakaś ciekawostka o ciemnym kinie... Hm...

Ale jazda na rowerze to jak najbardziej randka! :D

neko pisze...

Tak, tekst o pożyczaniu DVD pamiętam do dziś, bo kino=randka :D

kye.chwan pisze...

Hee, niemozliwe zebym AZ tak nie uwazala na zajeciach PanaChinczyka :/
Jakos nie kojarze ciekawostki o ciemnym kinie T.T *sulk in da korna-*

A w ogole, dobra randka nie jest zla - szczegolnie taka nietypowa na rowerze ;pp

neko pisze...

Ależ było, było. Zresztą cała historia jest opisana na moim poprzednim (japonistycznotematycznym)blogu.
Może akurat Cię tego dnia nie było? Z Frekwencją u Pana Fu to marnie było wszak.